Miesiąc miodowy prezydentury Karola Nawrockiego nieuchronnie dobiega końca. Mimo że współpracownicy prezydenta sławią jego międzynarodowe sukcesy, nie jest wcale tak dobrze, jakby się chciało.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Chwali się oczywiście prezydentowi, że uzyskał od Donalda Trumpa zapewnienie, iż Amerykanie nie zmniejszą liczby swoich żołnierzy stacjonujących w Polsce, a jeśli polskie władze będą chciały, może się ona nawet powiększyć, ale co z tego, gdy drugą ręką Trump tnie programy wojskowe w krajach bałtyckich? Przecież to tam pójdzie kolejne po Ukrainie uderzenie rosyjskiego rzeźnika, a następna może być Polska. Skoro Karol Nawrocki ma takie świetne relacje z Trumpem, może warto byłoby zabiegać o wsparcie dla całego regionu, wszak polityka „nasza chata z kraja” ma krótkie nogi.
Nie lepiej wypadł drugi przystanek na międzynarodowej trasie prezydenta, czyli podróż do Włoch i spotkanie z premier Giorgią Meloni. Jeszcze przed wylotem prezydent odgrażał się, że będzie dążył do zbudowania mniejszości blokującej w sprawie umowy z krajami Mercosur, co się nie udało rządowi Tuska. Jednym z przywódców, których miał namówić do blokowania porozumienia do spółki z Polską i Francją, miała być właśnie premier Włoch. I co wyszło z tego prężenia muskułów? Poza serią wzajemnych duserów i uśmiechniętymi fotkami klops. Gdy Nawrocki zamknął drzwi za sobą, Meloni ogłosiła, że Włochy będą wspierać ratyfikację porozumienia handlowego UE-Mercosur. Tak więc aby osiągać strategiczne cele w polityce międzynarodowej, Karol Nawrocki będzie musiał jeszcze poterminować.
W krajowej polityce sytuacja też się skomplikowała. Gdy miesiąc temu Nawrocki obejmował urząd, plan był taki, by wetować, co się da i jak najszybciej wykoleić rząd Tuska, otwierając drzwi koalicji PiS-Konfederacja. Początkowo nawet dobrze żarło. Siedem wet w miesiąc od sasa do lasa, od ustawy o pomocy Ukrainie, po nieszczęsne wiatraki i mrożenie cen prądu, które Nawrocki miał w ciągu 100 dni obniżyć o jedną trzecią, zaskoczyło niejednego Polaka, o rządzie Tuska nie wspominając. Nic dziwnego, że notowania Nawrockiego spadły o kilka punktów procentowych, a w sondażu zaufania spadł na drugie miejsce, za Sikorskim. I nagle, ku zaskoczeniu rozpalonych głów przy Krakowskim Przedmieściu na Polskę spadł deszcz dronów z kierunku rosyjsko-białoruskiego i trzeba było schować zabawki do szafki i wziąć się za politykę na serio. Trzeba przyznać, że — przynajmniej w pierwszych godzinach — wojenne toporki udało się zakopać i wspólnie usiąść do rozmów na temat bezpieczeństwa.
Gdyby do tego okazało się, że Nawrocki zdoła namówić Trumpa do szybszego przekazania Polsce czterech myśliwców F-35, które mieliśmy dostać z początkiem 2026 oraz baterii Patriot, o czym — według telewizji CNN — polski prezydent miał rozmawiać z amerykańskim przywódcą — byłby to wymierny sukces tej prezydentury.
Nawrocki sprawia wrażenie zawodnika wagi cięższej od Andrzeja Dudy, co uczciwie mówiąc: specjalnie trudne nie jest. Przez to dla rządu łatwym partnerem nie będzie. Tym bardziej że wymyślił sobie, iż tak się rozepchnie w prezydenckich kompetencjach, że będzie nadpremierem i będzie pisał plan pracy rządowi. Tyle że to plan dobry na krótką metę, co dobrze pokazało weto do ustawy o mrożeniu cen prądu. Bo komu zaszkodził Nawrocki? Przecież nie Tuskowi, który w kilka dni przygotował nowy projekt, tylko Polakom, czekającym na obiecane przez Nawrockiego obniżki cen energii. Działanie według starej maksymy „na złość mamie odmrożę sobie uszy” rykoszetem uderzyło więc w Nawrockiego. Nie wiem, kto doradził Nawrockiemu wetowanie, czego popadnie, ale jakby powiedział prezydent Aleksander Kwaśniewski — „Karolu Nawrocki i jego otoczenie, nie idźcie tą drogą!”.
Zaskakujące, że jak na razie najmniej konfrontacyjnie spośród ludzi nowego prezydenta wypowiada się szef BBN Sławomir Cenckiewicz, słynny tuskożerca i lustrator. Pewnie rozumie, że w kwestiach obronnych zabawki są w rękach Kosiniaka-Kamysza i bez niego nic nie zdziała.

