To nawet nie było upokorzenie. To było batożenie, mobbowanie i opresja. Rząd PiS został sprowadzony przez ludzi Trumpa do roli lokaja, który ma wykonać polecenie i wyrzucić ustawę do kosza.

To był pamiętny rok 2018, szczyt politycznej potęgi Jarosława Kaczyńskiego. Chwilę wcześniej prezes PiS wymienił popularną premier Beatę Szydło na technokratę Mateusza Morawieckiego. Prezydent Andrzej Duda raz mu już wówczas wierzgnął — wetując ustawy, które miały doprowadzić do czystki wśród sędziów — ale poza tym robił to, czego prezes oczekiwał.

I wtedy Kaczyński, Morawiecki i Duda dostali siarczysty policzek od Trumpa, który sprawował swą pierwszą kadencję.

Trump wprowadził wobec nich specyficzne sankcje — nie spotykał się z nimi osobiście i zakazał tego wiceprezydentowi Mike’owi Pence’owi. Zero wizyt w Polsce, zero zaproszeń do Białego Domu, zero spotkań w kuluarach międzynarodowych imprez. Pełny bojkot.

Poszło o nowelizację ustawy o IPN, którą pilotował Patryk Jaki, wiceminister sprawiedliwości. Ziobryści chcieli karnie ścigać po całym świecie tych wszystkich, którzy przypisują Polakom współodpowiedzialność za niemieckie zbrodnie podczas II wojny.

Nowe prawo wywołało oburzenie w Izraelu, a za nim w Ameryce. Zdaniem Izraelczyków i Amerykanów takie przepisy były próbą kneblowania tych ocalałych z Holocaustu, którzy opowiadali o polskich denuncjatorach.

Dowodem na sankcje była notatka ambasady Polski w Waszyngtonie, tzw. claris — ujawniłem jej upokarzającą treść, co wywołało gigantyczną burzę. Sprawa była wizerunkowo katastrofalna dla PiS. W trzecim roku swych rządów partia walczyła już z Unią Europejską, Niemcami, Francuzami i Ukraińcami. Całą swoją politykę zagraniczną i propagandę opierała na Ameryce. A tu taki policzek.

Władza rzuciła wszystkie siły — kurze TVP, sieciowych hejterów i zakłamanych ministrów — by przekonywać, że zmyśliłem to, co czytałem w clarisie. Członkowie rządu twierdzili, że taki dokument nie istnieje, ale jednocześnie złożyli do prokuratury niejawne doniesienie o tym, że ów nieistniejący dokument wyciekł.

Byłem przesłuchiwany w tajnej kancelarii prokuratury. Nie jestem przesadnie rozemocjonowany, ale po przeczytaniu sporej części dokumentów byłem w szoku. Była tam seria dyplomatycznych materiałów skrupulatnie relacjonujących kontakty z Ameryką po wybuchu kryzysu.

To nawet nie było upokorzenie. To było batożenie, mobbowanie i opresja. Rząd PiS został sprowadzony przez ludzi Trumpa do roli lokaja, który ma wykonać polecenie i wyrzucić ustawę do kosza. I tak się właśnie stało — w ciągu jednego dnia nowelizacja została zmieniona.

Mimo to PiS nie potrafiło się rozstać z Trumpem. Partia ciężko przeżyła jego porażkę w 2020 r. z Joe Bidenem. Powód był prosty — Trump miał w nosie, co PiS robi w Polsce. Z kolei Biden to były wiceprezydent u Obamy. A Obama nie miał w nosie — podczas wizyty w Polsce w 2016 r. krytykował nalot PiS na Trybunał Konstytucyjny. Swoją drogą prof. Andrzej Zybertowicz — doradca Dudy — przekonywał mnie kiedyś, że Obama za zamkniętymi drzwiami dał prezydentowi burę, ale obiecał, że publicznie tego nie powie. Po czym, gdy obaj prezydenci wyszli na konferencję prasową, dokładnie to powiedział.

Biden całkowicie ignorował PiS. Dopiero po ataku Rosji na Ukrainę, gdy Ameryka potrzebowała Polski jako zaplecza do pomocy, Duda został dopuszczony do Bidena. Jeszcze w przededniu wojny PiS próbowało wykurzyć amerykańskich właścicieli telewizji TVN, by ją przejąć i stłamsić. Nie zgodził się na to Duda, działając pod naciskiem demokratycznego ambasadora Marka Brzezinskiego. Ten sam tandem zablokował inny prowokacyjny pomysł Kaczyńskiego — tuż przed wyborami w 2023 r. prezes PiS próbował nałożyć na Donalda Tuska 10-letni zakaz zajmowania stanowisk publicznych.

Kaczyński był wściekły, że demokraci wiążą mu ręce — i obwiniał ich o własną porażkę wyborczą w 2023 r. Dlatego PiS przyjęło z ulgą powrót Trumpa do władzy, wierząc, że amerykański Donald pomoże im obalić polskiego Donalda. Związki PiS z ruchem MAGA są dziś na tyle głębokie, że trumpiści są de facto kreatorami politycznej agendy PiS. To wskazani przez nich ludzie pomogli PiS wygrać wybory prezydenckie. Karol Nawrocki nie jest dla ludzi Trumpa „SAFE 0 proc.”, inwestycją, na której się nie zarabia. Wręcz przeciwnie — liczą na to, że takimi figurami jak ta da się doprowadzić do rozwalenia UE.

Za pomoc w zdobyciu władzy Nawrocki odwdzięcza się konkretnymi decyzjami — takimi jak zawetowanie unijnego SAFE, który Ameryka uważała za groźny dla swych interesów zbrojeniowych, czy też ustawy o blokowaniu nielegalnych treści w sieci, którą zwalczały amerykańskie koncerny internetowe.

Może kiedyś poznamy zapiski z wizyt ambasadora Toma Rose’a u prezydenta i u prezesa. Na pewno tym razem było godnie, bez batożenia, mobbowania i opresji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version