Wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz zaproponował nowy ruch w sprawie SAFE. PSL ma złożyć w Sejmie poprawioną wersję ustawy o „SAFE zero proc.”, wolną od „błędów” projektu Karola Nawrockiego. Dla prezydenta weto do takiej ustawy może się okazać bardzo problematyczne.
Swój pomysł Kosiniak-Kamysz przedstawił w piątek wieczorem w trakcie live’a na Facebooku. Można zgadywać, o jakie „błędy” mu chodziło. Prezydencka ustawa tworzyła Polski Fundusz Inwestycji Obronnych, w którego władzach blokującą mniejszość mieli mieć przedstawiciele prezydenta. To dawałoby Karolowi Nawrockiemu potencjalnie niezgodny z konstytucją wpływ na prowadzenie polityki obronnej państwa.
Kosiniak-Kamysz zapowiedział też, że ustawa PSL ma wskazać jako beneficjentów nowego SAFE te obszary, których finansowanie trudniej będzie zapewnić z unijnej pożyczki w wyniku weta Nawrockiego. A więc np. Straż Graniczną czy inwestycję w infrastrukturę transportową. Jaki jest sens takiego politycznego ruchu PSL?
Przypomnieć się jako „trzecia droga”
Pierwszy to przypomnienie się przez PSL jako „trzecia droga” w polskiej polityce. Siła, która jest co prawda lojalną częścią obecnej koalicji, ale jednocześnie potrafi konstruktywnie współpracować z drugą stroną. Nawet po tym, gdy ta zachowała się tak nieodpowiedzialnie jak prezydent, wetując ustawę o SAFE.
Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty od początku nie krył sceptycyzmu wobec projektu prezydenta. Ostatecznie ogłosił, że nie nadaje mu sejmowego numeru druku, tylko kieruje do dalszych konsultacji. Projekt nie wskazuje bowiem źródeł finansowania i trzeba dopiero zbadać jego skutki ekonomiczne.
Kosiniak-Kamysz w tej sytuacji ustawia się w roli „dobrego policjanta”, obok „złego” Czarzastego. W ten sposób wysyła opinii publicznej sygnał: PSL jest gotowe współpracować z każdym, do projektów podchodzi merytorycznie. I nawet jeśli prezydent przesłał źle napisaną ustawę, to w duchu współpracy ludowcy są gotowi „uratować” jej sensowne elementy. Oczywiście umieszczając je we własnym, lepszym projekcie.
Takie zagranie ma odróżnić ludowców nie tylko od ośrodka prezydenckiego, ale też reszty koalicji, wysyłając jej wyborcom sygnał: jeśli macie dość sporów, to my jesteśmy siłą, która zamiast partyjnej nawalanki stawia na konkretną pracę.
Pokazać sprawczość
Jednocześnie kluczowe pozostaje to, jak z problemem źródeł finansowania poradzi sobie projekt ludowców. Czy będzie tu lepszy od projektu prezydenta? Czy nie będzie ograniczał się do zapisu, że jeśli pojawi się jakiś zysk NBP, to ma być skierowany na finansowanie np. Straży Granicznej? Albo do uruchomienia dodatkowego finansowania budżetowego — opłacanego np. z obligacji — na inwestycje w obronność, infrastrukturę krytyczną i odporność państwa?
Bez wątpienia nakłady w tych obszarach są Polsce bardzo potrzebne. Wielu ekspertów wskazuje, że weto prezydenta do ustawy o SAFE stworzyło tu niebezpieczną lukę. Gdyby Kosiniakowi-Kamyszowi udało się ją zapełnić zapowiedzianą w piątek ustawą, to byłby to spory sukces ministra obrony.
Lider PSL zademonstrowałby w ten sposób sprawczość — nie tylko w ramach koalicji, ale też relacji z prezydentem — i „dowiózł” konkretne „dobra” dla takich grup wyborców jak np. strażnicy graniczni. Na pewno nie zaszkodziłoby mu to przed wyborami. To pewnie drugi cel projektu.
Przerzucić winę
Czy jednak prezydent podpisze „peeselowską” wersję ustawy o „SAFE zero procent”, w której zostanie niewiele z jego propozycji? Zwłaszcza taką, która usuwa zapisy dające jego ludziom wpływ na to, jak wydawane są pieniądze na polską obronność? Można w to szczerze wątpić, analizując historię wszystkich wet Karola Nawrockiego.
Prezydent składał przecież swoją propozycję nie jako uzupełnienie do europejskiej pożyczki, ale w kontrze do niej. Gdyby skończyło się na tym, że jego wersja ustawy trafia jako bubel prawny do kosza, a Sejm uchwala wersję PSL, nie stawiałoby to Karola Nawrockiego i jego politycznego zaplecza w dobrym świetle.
I być może o to właśnie chodzi. Prezydent wetujący kolejny projekt związany z obronnością — w dodatku podobny do propozycji, którą sam zgłosił — wpadłby w swoistą pułapkę. Wzmocniłby bowiem w opinii publicznej wrażenie, że to on jest w obszarze zbrojeń wielkim hamulcowym. I odrzuca rękę na zgodę wyciągniętą przez stronę rządową.
Ludzie mogą mieć już dość sporów
Ruch PSL niesie jednak ze sobą co najmniej dwa ryzyka. Po pierwsze, nie wiemy, jak zareaguje na niego reszta koalicji — zwłaszcza na to, skąd autorzy projektu chcą wziąć pieniądze na obronność. Gdyby projekt padł ofiarą koalicyjnych targów, minister obrony pokazałby przeciwieństwo sprawczości.
Po drugie, po przybierającym często naprawdę żenujący poziom — głównie w retorycznych szarżach posłów PiS i paskach Telewizji Republika — sporze o europejski SAFE ludzie mogą nie mieć najmniejszej ochoty na kolejny. Tym razem o to, czy Sejm powinien procedować prezydencki projekt, czy jego „poprawioną wersję” PSL.
Zamiast gier wokół projektu prezydenta większość może dziś oczekiwać od ministra obrony, by zajął się pozyskiwaniem i wdrażaniem europejskich środków — tych, które można pozyskać bez ustawy. To wystarczająco dużo pracy, a i na tyle spora okazja, by zbudować się politycznie, że niekoniecznie trzeba wdawać się w kolejne polityczne szachy z Nawrockim.

