Pozorny, zracjonalizowany przez innych spokój runął na dobre, gdy Kubuś skończył trzy i pół roku. Stale płakał, nie mówił, chociaż już powinien, chodził na paluszkach, często był jak gdyby nieobecny. Wiedziała, że intuicja matki jej nie myli, ale w swoich spostrzeżeniach była osamotniona.

Uspokajała ją rodzina, sztorcował mąż, poza nią nikt nie widział powodów do paniki. Ona jednak nie ustawała w dzieleniu się swoimi niepokojami, z kim tylko się dało. W końcu trafiła do poleconej rehabilitantki. Doradziła jej, by sprawdzić, czy to nie jest autyzm. Umówiła wizytę i pojechała z Kubą do fundacji specjalizującej się w rozpoznawaniu autyzmu. Diagnozowanie trwało kilka godzin. W czasie, gdy Kubuś bawił się, rysował, w ciszy układał klocki, ona toczyła walkę z emocjami i kłębowiskiem własnych myśli. Z każdą kolejną minutą czuła coraz większy lęk.

Specjaliści prowadzili obserwacje. Diagnostyczną ciszę co jakiś czas przerywał przeraźliwy krzyk jej dziecka, gdy znikała z jego pola widzenia, ale dla niej było to normalne, to był jego sposób na wołanie matki, inaczej nie umiał. Po cyklu badań poproszono ją do gabinetu.

– Pani syn ma autyzm – spokojnym głosem oznajmiła pani z Synapsis, fundacji zajmującej się diagnostyką, terapią i rehabilitacją osób z autyzmem.

– Słucham?

– Kuba ma autyzm. To nieuleczalna choroba, ale…

– Jak to autyzm? – Miała przeraźliwą pustkę w głowie. – Przecież to…

– Autyzm. Tak niestety brzmi diagnoza.

– Autyzm? Przecież to wyrok. Nieuleczalna choroba. – Była jak w amoku, jakby nie rozumiała, co pani doktor do niej mówi. – Nie można nic z tym zrobić? – pytała, bojąc się odpowiedzi.

– Muszę panią zmartwić. Nie wiemy, co wywołuje chorobę ani co można zrobić, by dziecko wyleczyć. To schorzenie neurologiczne. Największe problemy są z funkcjonowaniem społecznym i z komunikacją. Najprostsze, oczywiste czynności są często nieosiągalne dla chorych. Mózg autysty działa w niestandardowy sposób, każdy przypadek jest inny. Większość naszych pacjentów nie mówi. Niekiedy wypowiadają pojedyncze słowa czy zdania, ale nie wiemy, od czego to zależy. Szukamy indywidualnego klucza, by dotrzeć do zamkniętego świata osoby chorej na autyzm. Czasem się zdarza, że znajdujemy taki klucz. Czasem wydaje się, że idzie dobrze, a nagle pojawia się regres i cała praca zaczyna się od początku. Nie ma żadnej stałej reguły, na której moglibyśmy się oprzeć. Więcej w autyzmie jest pytań niż odpowiedzi.

– Autyzm? – powtarzała, jakby próbowała oswoić zaklęcie. – Pani doktor, w jaki sposób można to wyleczyć? Może są jakieś kliniki prywatne albo…

– Będę z panią szczera. Możemy jedynie poprawić jakość życia pani syna, ale wyleczyć się nie da. Przykro mi. Wielogodzinne rehabilitacje i codzienna, systematyczna, ciężka praca czasem dają efekty, ale żadnej gwarancji nie ma, nikt pani jej nie da. Dzieci autystyczne wymagają wsparcia całej rodziny i…

Terapeutka opowiadała o autyzmie, a ona czuła, jak na jej szyi zaciska się pętla niczym sznur szubienicy. Co dalej? Co z Kubą? Co z jej życiem? Co ma zrobić? Gdzie szukać ratunku? Pytania przeplatały się z wyrzutami, które pojawiały się, bo czuła bezmierną samotność w starciu z chorobą syna. Mąż wiecznie w pracy albo zmęczony, albo poirytowany, albo zarzucający jej, że wmawia chorobę dziecku… A ona? Non stop na pełnych obrotach, gotowa na każde skinienie syna, męża, córki, matki, ojca, teściowej. Całodobowa opieka nad Kubą, odrabianie lekcji z Oliwią, doglądanie firmy, pranie, gotowanie, sprzątanie i wieczne próby zadowolenia wszystkich.

Jak mantra brzmiało w jej uszach zdanie: „Dzieci autystyczne wymagają wsparcia całej rodziny”. Jakiego wsparcia? Skoro jej mąż nawet nie zauważa dysfunkcji syna, a matczyne obawy wyśmiewa od samego początku. Pomału docierało do niej, że o wsparciu może jedynie pomarzyć.

Doskonale wiedziała, że on nie będzie się angażował w życie Kuby, bo nie robi tego w zasadzie od jego narodzin. Wiedziała, że ze wszystkim jest całkowicie sama. Chciała drugiego dziecka, to ma.

Trzymała fason, żeby się nie rozpłakać w Synapsis, żeby się nie rozpaść, bo przecież jest silną kobietą i matką. Przeraźliwy krzyk żalu, gniewu i rozpaczy rozdzierał ją od środka. Po powrocie do domu z druzgocącą diagnozą żebrała o wsparcie, o minimalne zaangażowanie męża, o chociaż jedno słowo pocieszania. Chciała usłyszeć, że dadzą radę, że będzie dobrze, że wszystko się ułoży, że to chwilowy kryzys, który razem pokonają.

Reakcja męża była, delikatnie mówiąc, dziwna. Jakby nie rozumiał albo nie słyszał, co do niego mówi. Nie przyjął do wiadomości diagnozy fachowców. Wyśmiał ją. Krzyczał, że chodzi po jakichś konowałach i cały czas szuka dziury w całym, żeby dała sobie spokój, bo z Kubą wszystko jest okej. Jego syn jest normalnym wcześniakiem, z którego tylko ona usiłuje zrobić chorego. Sama powinna się leczyć, a dziecku dać spokój.

Było w niej morze złości i rozdzierającego lęku. Co dalej? Płacząc całe noce, snuła czarne scenariusze i wizje, że Kuba nigdy nie pójdzie do szkoły, nie będzie samodzielny, nie będzie umiał zbudować relacji, nie będzie miał kolegów, przyjaciół, dziewczyny, nie będzie miał nikogo oprócz niej. Tak bardzo ją to przerażało, że sama zaczęła wypierać diagnozę. Podskórnie jednak wiedziała, że jest bardzo źle i nie będzie lepiej.

Codziennie czekała na cud, który się nie wydarzał. Kuba był jak zahipnotyzowany, nieobecny, bierny. Nie mówił, nie uśmiechał się, nie przytulał, nie angażował w dziecięce aktywności. Krzyk i irytacja pojawiały się nagle. Nigdy nie wiedziała, co może wprawić go w złość. Reakcje były nieadekwatne i nieprzewidywalne. Jedyny czytelny przejaw jego emocji to krzyk. Krzyk, którego chorobliwie nie znosił jej mąż. Niezwykle trudno było jej zaakceptować brak zainteresowania Kubą ze strony męża. Kompletnie go nie obchodził. Nieważne były jego potrzeby, jego emocje, najważniejsze, by nie było go słychać.

Mąż miewał wiecznie fochy, a syn różnego rodzaju fiksacje. Czasami zawieszał wzrok w jednym miejscu i bez mrugnięcia patrzył w jakiś punkt godzinami albo powtarzał jakąś czynność po wielokroć, słuchał jednej piosenki na okrągło albo trzaskał z uporem drzwiami, bez końca. Nie potrafiła nic z tym zrobić. Prośby, obietnice, groźby, krzyk, próby zajęcia go czymś innym – nic nie działało, była bezradna, żadnej zmiany ani w zachowaniu, ani w wyrazie twarzy.

– Uspokój go, do jasnej cholery! – słyszała, ilekroć mąż był w domu.

– Jeśli wiesz jak, to bardzo proszę, nie krępuj się, to przecież też twój syn.

Dalej już języki same ich niosły, często w dialog wplatane były wątki poboczne, żale, jakieś nierozwiązane tematy, pretensje, wulgaryzmy. Temperatura wymiany zdań zawsze osiągała stan wrzenia i zawsze raniła. Powściągliwości nie było u żadnej ze stron.

– Urodziłaś niedojdę, to znajdź na niego sposób, bo tego, kurwa, dłużej się nie da wytrzymać! Cholerny, rozwydrzony bachor! Zajmij się nim! Zrób coś! Co z ciebie za matka? – Ostatnie zdanie zwykle kończyło trzaśnięcie drzwiami, aż szyby w oknach drżały, i pan mąż wychodził z domu, a gdy wracał, czuć było od niego alkohol.

Od czasu diagnozy był to typowy scenariusz ojcowskiej opieki nad synem. Empatia była nieosiągalna w chwilach kryzysowych, a i bardzo rzadko, gdy były ku temu sprzyjające warunki.

Kuba nawet w chwilach awantur był niewzruszony. Niczym zaprogramowany stał i trzaskał drzwiami od pokoju, jak gdyby nic się nie stało. Jakby świat wokół nie istniał.

Początkowo płakała, później czuła wściekłość, z czasem coraz częściej myślała o rozstaniu z mężem. Paradoksalnie wraz z myślą o rozstaniu pojawiał się paniczny lęk, że sama nie da rady, nie podoła finansowo, fizycznie. Strach był na tyle potężny, że natychmiast odpuszczała te myśli i zastępowała je kolejną serią typu: dziecko potrzebuje ojca, dla chłopca ojcowski wzorzec to podstawa, to tylko przejściowy kryzys, kiedyś przecież minie.

Słabość i łzy pojawiały się głównie nocą. A w dzień samodyscyplina i motywacja do znalezienia jakiegoś rozwiązania, by ratować syna. Codziennie przybierała maski, próbowała się uśmiechać, bo przecież w domu była jeszcze Oliwia, jej zdolna, piękna córeczka, którą chcąc nie chcąc zaniedbywała i która była świadkiem dramatycznych zachowań nie tylko brata, ale przede wszystkim taty, no i niestety matki też.

Świat kręcił się wokół Kuby. Bardzo dużo czytała, do późna w nocy przeszukiwała sieć, by znaleźć jakikolwiek ślad dobrych informacji czy nadziei. W oczekiwaniu na cud‑wskazówki rozmawiała ze znajomymi, z autorytetami medycznymi. Pozbawiali ją złudzeń: autyzm jest nieuleczalny i koniec. Momenty załamania przeplatały się z irracjonalną wiarą, że przecież musi być jakiś sposób, by pokonać chorobę.

W tym czasie mąż oddalał się coraz bardziej nie tylko od niej, ale i od dzieci. Nie akceptował diagnozy, wypierał autyzm, negował wszystko i coraz bardziej znikał z jej, Oliwii i Kuby życia. Początkowo nie dostrzegała, że coraz później pojawiał się w domu, że zamykał się przed nimi w piwnicy, wymyślając najrozmaitsze preteksty, i że tam raczył się alkoholem, a potem upijał do nieprzytomności. Ileż on miał robót w tej piwnicy? Wynurzał się zawsze, gdy Kuba już spał, a ona padała na twarz ze zmęczenia. Później było jej to na rękę. Nie musiała z nim rozmawiać, udawać ani skomleć o uwagę. Coraz częściej nie odbierał od niej telefonów, chodził na imprezy i uroczystości sam. Przyjmowała to z pewną ulgą, bo dzięki temu nie było potrzeby odgrywania wzorowego małżeństwa ani poszukiwania opieki dla Kuby. Jej mąż był człowiekiem sukcesu, więc nie pasował do tego obrazu ani zaburzony syn, ani zafiksowana na jego leczeniu matka.

Na próżno było szukać oparcia czy zrozumienia w jej na pozór wzorcowym domu. Wspierała ją co prawda matka, ale nie wiedziała o wszystkim. Przyjaciele odwrócili się, ich atrakcyjność towarzyska z powodu Kuby spadła do zera. Czasem zadzwonił jakiś znajomy, kurtuazyjnie pytając, co słychać.

Pieniądze topniały w zatrważającym tempie. Wydawała je na terapie, rehabilitacje, integracje sensoryczne, zajęcia logopedyczne i inne konsultacje prywatne. Sterroryzowana przez autyzm co kilka dni przeczesywała notes, marząc, by znaleźć namiary kogoś, kto mógłby pomóc, kto zaprzeczyłby diagnozie i dał remedium.

W oko wpadł jej numer przypadkowej znajomej, której kiedyś pomogła urządzić dom. Ot, znajoma, głównie przez telefon, często polecała ją jako zdolną architektkę. Miała szerokie kontakty, sporo wiedziała, pracowała w mediach. Zadzwoniła do niej z nadzieją, że może ona coś wymyśli.

– Nie płacz. Będzie dobrze. Musisz to skonsultować jeszcze z innymi specjalistami. Daj mi chwilę, pomyślę, kto mógłby pomóc, i oddzwonię.

Potrzebowała tych słów otuchy tak bardzo, że poczuła się lepiej. Kaśka załatwiła jej po znajomości konsultacje u najlepszego w Polsce specjalisty. Znała go z telewizji, z prasy, to był autorytet, guru polskiej psychologii.

„Andrzej Samson to polski psycholog i psychoterapeuta zajmujący się terapią rodzin i dzieci, jeden z pionierów polskiej psychoterapii, którą zajmował się od początku lat siedemdziesiątych. Wypracował wiele własnych, niekonwencjonalnych metod terapeutycznych, z których część przynosiła spektakularne rezultaty. Autor poczytnych książek popularyzujących psychologię. Rozwiedziony”. Napisał książki psychologiczne: Moje dziecko mnie nie słucha, Pomiędzy żoną i mężem, czyli jak przetrwać w małżeństwie, Zawód psycholog, Książeczka dla przestraszonych rodziców, Dobra miłość (z Wojciechem Eichelbergerem i Anną Sosnowską), 20 tysięcy godzin w budzie oraz powieść Miska szklanych kulek.

Tyle znalazła o nim w internecie, w Wikipedii. Kaśka tchnęła promyk nadziei w jej beznadzieję. Każdy kolejny dzień przepełniała bezsilność i olbrzymie poczucie winy. Była bezradna w chorobie Kuby, zbyt nieobecna w życiu córki i niewidoczna w związku. Wiedziała, że odkąd pojawiła się diagnoza, poświęca córce za mało uwagi, że jej potrzeby zeszły na drugi plan, że nie tak powinno wyglądać jej nastoletnie życie. Ilekroć pojawiały się wspólne momenty, próbowała się usprawiedliwiać i nadrabiać matczyne zaległości. Córka zawsze jej wtedy mówiła: „Mamo, ja sobie radzę, a Kuba cię potrzebuje”. Oliwia wykazywała dojrzałość, była wsparciem, jej dumą i ukojeniem. Dobrze się uczyła, była otwarta, przepięknie malowała. Gdy pojawił się Kubuś, przestała być jej oczkiem w głowie. Większość czasu i uwagi absorbował synek, a Oliwia jakby świadomie usuwała się w cień.

Chociaż nigdy tego nie usłyszała, to wie, że mimo prób godzenia obowiązków matki dziecka chorego i matki dziecka zdrowego robiła to beznadziejnie. Okradała córkę z chwil, które nigdy już nie wrócą. Początkowo woziła Oliwię na prywatne lekcje rysunku, to był ich czas na rozmowy i wspólne bycie. Później dziewczynka dojeżdżała już sama. Świadomość, że zabrakło jej, gdy była najbardziej potrzebna córce, przyszła zbyt późno.

Rola matki – porażka, rola żony – jeszcze gorzej. Małżeństwo z czasem stało się fikcją. Oddalili się tak bardzo, że przepaść była nie do zasypania. Nie to jednak spędzało jej sen z powiek, tylko Kuba.

Uwierzyła, że guru polskiej psychologii znajdzie antidotum na autyzm. Umówiła wizytę w jego prywatnym gabinecie na warszawskim Mokotowie. Przyjmował w swoim mieszkaniu przy ulicy Wiktorskiej, stosunkowo blisko ich domu.

Pamięta, jak z Kubą weszli po schodach na trzecie piętro do gabinetu, a raczej do skromnej kawalerki, która nazywana była gabinetem. Miała wrażenie, że czas zatrzymał się tu w latach osiemdziesiątych. Zamiast poczekalni taboret w kuchni. Zamiast gabinetu zwykły pokój.

Usiadła na zydelku w kuchni, wzięła syna na kolana i czekała, aż psycholog ich zaprosi. Skanowała uważnie wnętrze. Kuchnia zapuszczona, nikt chyba z niej nie korzystał od lat. Kilka starych szafek, w maleńkim przedpokoju boazeria, na ścianach fotografie. Większość to zdjęcia jakiejś dziewczynki, a także fotografie z zagranicznych podróży.

W gabinecie wersalka, biurko, sosnowe półki, książki, zielone doniczkowe pnące kwiaty i mała kanapa, na której siadywała później po wielokroć. Jej uwagę zwróciła pokaźna kolekcja kaset wideo równo ułożonych na półkach. Wśród tytułów przeważało kino akcji i, o dziwo, filmy erotyczne. Natychmiast uruchomiła się jej wyobraźnia, ale dość szybko zganiła siebie w myślach – przecież do tak znanego specjalisty przychodzą pacjenci z różnymi problemami, także o podłożu seksualnym. Nawet przez chwilę, nie wiedzieć czemu, pomyślała o mężu. Może gdyby naprawić sprawy łóżkowe, to dałoby się jeszcze uratować ich małżeństwo. Przecież kiedyś byli tacy szczęśliwi. Dość szybko wróciła do śledzenia tytułów kaset wideo. A myśli biegały, snując własny scenariusz. Pewnie pokazuje filmy albo fragmenty pogubionym w związkach parom. Swoją drogą, ciekawe, jak wygląda taka terapia. Zaczęła się nad tym przez chwilę zastanawiać, ale pan Samson sprowadził ją na ziemię pytaniem dotyczącym celu wizyty. Poprosił, żeby zrelacjonowała, co ją trapi. Siedział w swoim wielkim fotelu biurowym i palił papierosy, jednego za drugim. Momentami miała wrażenie, że na jego twarzy wypisana była obojętność, że to, co mu opowiada, nic go nie obchodzi. Może to rodzaj ochrony samego siebie, a może po prostu taki był.

Długo przedstawiała historię Kuby. Opowiadała o wszystkim, co ją niepokoi, o diagnozie, którą postawili w Synapsisie, i o nadziei, jaką w nim pokłada. Umówili się na kolejną wizytę za tydzień. Był oszczędny w słowach. Mówił krótko i konkretnie. Postawi swoją diagnozę, ale dopiero gdy pozna Kubę i z nim popracuje.

Odliczała dni do wizyty, bo chociaż niczego nie obiecywał, to miała nadzieję. Kaśka dała mu znakomitą rekomendację, a ona uwierzyła w jego wielkość i zawodowstwo, bo guru to guru!

– Proszę zdjąć mu kurtkę i wyjść bez żadnych pożegnań – zarządził, gdy przyszli ponownie.

Była wystraszona, bo znała scenariusz, wiedziała, że syn będzie krzyczał, gdy tylko straci ją z pola widzenia, ale ani słowem nie skomentowała decyzji psychologa. Kubuś czasami zostawał z siostrą albo z babciami, ale nigdy nie zostawał z obcymi, bała się jego reakcji. Andrzej Samson od razu to zauważył.

– Proszę się nie obawiać. Znam się na dzieciach, pracuję z nimi od lat. Będzie trochę płaczu po pani wyjściu, ale zaraz potem syn się uspokoi. Niech pani przyjdzie za dwie godziny. Tyle zajmie mi konsultacja. Nie mam tu warunków, a obserwacja dziecka przynosi najlepsze rezultaty, gdy nie ma pod ręką rodzica. Dziecko jest autentyczne. Niech pani wróci dokładnie za dwie godziny i się nie spóźni, bo następni są w kolejce.

Syn został, a jej serce mało nie pękło. Schodziła stopień po stopniu, słysząc jego krzyk. To było pierwsze tak drastyczne rozstanie. Nie wiedziała, co ze sobą począć. Pojechała na chwilę do pracy, mając nadzieję, że tam zagłuszy rozdzierające ją emocje. Cały czas jednak w głowie słyszała płacz Kuby. Przekonywała własny umysł, że to, co robi, jest dobre. Andrzej Samson mu pomoże, to ich koło ratunkowe, najlepszy psycholog dziecięcy w Polsce.

Tak jak doktor kazał, wróciła punktualnie po dwóch godzinach. W gabinecie była cisza, a Kuba siedział na dywanie i układał szklane kulki. Ustawiał jedną za drugą. Gdy ją usłyszał, podniósł tylko głowę, nie przybiegł się przywitać. Był po swojemu nieobecny i skupiony w zabawie.

– Zapraszam za tydzień. Muszę go poobserwować, by postawić diagnozę.

Nic więcej nie powiedział. Potem też niewiele mówił. Nie mówił, co robili w czasie terapii z jej synem ani co działo się podczas obserwacji. Często na jej pytania odpowiadał jedynie tajemniczym uśmiechem. Nie była nachalna w dociekaniach, bo to przecież guru, wie co robi.

Publikujemy fragment książki „Psycholog. Sprawa Andrzeja Samsona” wydanej nakładem Wydawnictwa Otwarte.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version