Ostatnie tygodnie nie tylko udowodniły, że legendarne rosyjskie „bańki antydostępowe” są mitem, ale także pokazały, że w Rosji system obrony cywilnej w zasadzie nie funkcjonuje. Rosjanie w żaden sposób nie są ostrzegani przed uderzeniami i nie mają schronów ani działających służb. Obrona cywilna jest na gorszym poziomie niż w Polsce.
Dopóki atakowane były Togliatti, Tichorieck, Sterlitamak, Morozowsk, a nawet Briańsk czy Niżny Nowogród, to w Moskwie mało kto się tym przejmował. O istnieniu pierwszych czterech mało kto słyszał, a dwa ostatnie, choć wielkie i znaczące w Rosji, to od Moskwy są daleko. Kiedy jednak latające bomby zaczęły spadać na Moskwę, wszelkiej maści influencerzy rzucili się do narzekania, dzięki czemu to, o czym wiedzieli już dawno mieszkańcy innych regionów, odbiło się szerszym echem.
Rosjanie od niemal roku narzekają w serwisach społecznościowych, że nie budziły ich alarmy przeciwlotnicze, a wybuchające latające bomby. O tym, że rozpoczął się atak, większość ludzi dowiadywała się z lokalnych kanałów na Telegramie, a nie z federalnego systemu powiadamiania — odpowiednika naszego RCB. Ale niedługo nawet w ten sposób nie będą ostrzegani, bo władze planują zamknąć tę platformę.
Rosyjska obrona cywilna tylko na papierze
Za system obrony cywilnej odpowiada Ministerstwo Obrony Cywilnej, Sytuacji Nadzwyczajnych i Likwidacji Skutków Klęsk Żywiołowych Federacji Rosyjskiej zwane w skrócie Ministerstwem Sytuacji Nadzwyczajnych. Jej obecny model powstał jeszcze w czasach ZSRR jako rozbudowany system ochrony ludności na wypadek wojny nuklearnej, bombardowań i katastrof przemysłowych. Po rozpadzie Związku Radzieckiego struktura została zachowana, ale dostosowana do nowych zagrożeń. Począwszy od katastrof naturalnych, przez terroryzm, aż po awarie infrastruktury.
Mimo to w rosyjskiej doktrynie obrona cywilna wciąż jest przede wszystkim ściśle związana z przygotowaniem państwa do wojny totalnej. Nadal istnieją procedury mobilizacji gospodarki, ewakuacji przemysłu oraz rozproszenia administracji. To bezpośrednie dziedzictwo sowieckiego myślenia strategicznego. Reagowanie kryzysowe jest traktowane po macoszemu, co pokazały ostatnie klęski żywiołowe.
W marcu i kwietniu przez przynajmniej 32 regiony Federacji Rosyjskiej przeszły powodzie. Najbardziej ucierpiały republiki Północnego Kaukazu — Dagestan i Czeczenia, w których były to jedne z największych powodzi od ponad 100 lat. Oficjalnie wszystko odbyło się zgodnie z planem — ewakuowano 6 tys. mieszkańców, wydano pożywienie, a Władimir Putin wezwał lokalne władze do dalszych działań w celu złagodzenia skutków i zalecił utworzenie kolejnych grup kryzysowych.
W praktyce okazało się, że koce, zapasy wody i pożywienia „organizowano” w okolicznych sklepach i hurtowniach. Było za mało środków transportu, więc ewakuację prowadził każdy, kto miał łódź albo samochód. Lokalne władze prosiły o pomoc, bo sytuacja je przerosła. Armia wysłała do pomocy tegorocznych poborowych, ale była to kropla w morzu potrzeb. Zarówno w siłach zbrojnych, jak i w ministerstwie brak ludzi.
Przed zaatakowaniem Ukrainy gen. płk Aleksandr Czuprijan, wówczas wiceminister ds. sytuacji nadzwyczajnych, powiedział, że „nie ma czegoś takiego jak podwyższona gotowość”: — Siły gwardii pozostają tak samo szczupłe, jak zawsze; nie wzmocniliśmy niczego ani nie uruchomiliśmy żadnego dodatkowego sprzętu. A to oszustwo, które przenika cały system, jest z radością podsycane na każdym szczeblu, od dowództwa głównego po centrum regionalne, od centrum regionalnego po Narodowe Centrum Studiów Strategicznych. Po prostu się bawimy, i tyle”.
O dziwo nie stracił stanowiska, a niedługo potem został nawet szefem resortu i miał naprawić sytuację. Nie naprawił. Został odwołany w marcu 2023 r. Tym razem Putin już nie wytrzymał krytyki działania systemu obrony cywilnej, kiedy Czuprijan poinformował o fikcyjnym raportowaniu gotowości, niedofinansowaniu części regionów i nierównym poziomie przygotowania lokalnych władz. Jako przykład podał m.in. kaukaskie republiki.
Brak systemu ostrzegania w Rosji
Podczas ukraińskich ataków powtórzył się znany z klęsk żywiołowych problem z powiadamianiem kryzysowym. Rosyjski system alarmowania ludności działa nierówno i zależy przede wszystkim od regionu, rodzaju zagrożenia oraz czasu reakcji lokalnych władz. W teorii Federacja Rosyjska posiada rozbudowaną sieć ostrzegania obejmującą syreny, komunikaty SMS, aplikacje regionalne, media państwowe i lokalne centra zarządzania kryzysowego. W praktyce działa bardzo słabo. Zwłaszcza w przypadku ukraińskich uderzeń.
Największy problem wynika z charakteru samych nalotów. Ukraińskie bezzałogowce dalekiego zasięgu lecą często bardzo nisko, mają małą skuteczną powierzchnię odbicia radarowego i dzięki temu pojawiają się nad celem stosunkowo nagle. Rosyjska obrona przeciwlotnicza potrafi wykrywać duże cele, ale wolniejsze drony lecące na małej wysokości bywają zauważane dopiero niedługo przed wejściem nad miasto lub sam cel. W rezultacie lokalne władze często nie mają czasu na uruchomienie pełnej procedury alarmowej.
Kolejnym problemem jest to, że rosyjski system alarmowania jest mocno scentralizowany i oparty na pionie administracyjnym. Wiele decyzji wymaga zgody regionalnych centrów kryzysowych albo struktur związanych z Ministerstwem Sytuacji Nadzwyczajnych. Przy szybko rozwijającym się zagrożeniu pojawiają się opóźnienia. Zdarzało się, że informacje o zagrożeniu docierały do mieszkańców już po zakończeniu ataku.
Relacje Rosjan mówiących, że obudziły ich dopiero eksplozje, pojawiają się regularnie od 2023 r. W wielu przypadkach alarm publiczny ogłaszano dopiero po eksplozji albo po rozpoczęciu działań obrony przeciwlotniczej. Część mieszkańców dowiadywała się o nalocie z lokalnych kanałów na Telegramie szybciej niż z oficjalnych komunikatów.
Dobrze było to widoczne podczas ataków na Moskwę i obwód moskiewski. Stolica dysponuje najgęstszą siecią obrony przeciwlotniczej w Rosji, ale nawet tam alarmowanie ludności długo pozostawało ograniczone. Władze obawiały się efektu psychologicznego i chaosu. Rosyjski model bezpieczeństwa od lat bowiem zakłada utrzymywanie obrazu pełnej kontroli państwa nad sytuacją. Powszechne alarmy lotnicze w Moskwie byłyby politycznie niewygodne, bo oznaczałyby przyznanie, że wojna dociera do centrum kraju. A na to reżim nie może sobie pozwolić.
Z tego powodu władze początkowo często minimalizowały zagrożenie. Ataki przedstawiano jako incydenty i przypadkowe działania, a nie element regularnej kampanii lotniczej. Dopiero gdy naloty stały się częstsze, zaczęto rozwijać bardziej jawne procedury ostrzegania. W części regionów uruchomiono nawet aplikacje alarmowe, systemy powiadomień SMS oraz komunikaty dla mieszkańców dotyczące zachowania podczas ataków bezzałogowców.
Jednak system wciąż jest niespójny. W obwodach graniczących z Ukrainą, jak biełgorodzki czy kurski, alarmy są częstsze i bardziej rozbudowane, ponieważ zagrożenie jest permanentne. Mieszkańcy słyszą syreny regularnie i mają większą świadomość procedur. W głębi Rosji nadal zdarza się, że reakcja ogranicza się do publikacji komunikatu po zakończeniu ataku, jak to było w przypadku dwóch pierwszych ataków na Tuapse.
Rosja ma problem ze schronami
Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych zarządza także miejscami schronienia dla cywilów. Po ukraińskich atakach okazało się, że z powodu trzech dekad zaniedbań stan infrastruktury jest gorszy nawet niż w Polsce. Formalnie Rosja nadal posiada ogromną liczbę obiektów ochronnych odziedziczonych po ZSRR, ale znaczna część z nich nie nadaje się dziś do użycia albo istnieje wyłącznie na papierze.
Po rozpadzie ZSRR utrzymanie tej infrastruktury stało się dla wielu regionów zbyt kosztowne. W latach 90. i 2000. ogromna liczba schronów została porzucona, zalana, sprywatyzowana albo zamieniona na magazyny, parkingi czy sklepy. W wielu miejscach lokalne administracje formalnie raportowały gotowość obiektów, choć realnie nie były one konserwowane od dekad.
Dlatego po rozpoczęciu regularnych ukraińskich ataków dronowych zaczęły pojawiać się liczne skargi mieszkańców. Rosjanie nagle odkrywali, że schron, który figuruje w dokumentach obrony cywilnej, jest w rzeczywistości zamkniętą piwnicą, magazynem albo zdewastowanym pomieszczeniem bez wentylacji, oświetlenia, a nawet drzwi. W mediach społecznościowych publikowano zdjęcia zalanych przejść, zaspawanych wejść czy obiektów pełnych śmieci.
Problem szczególnie mocno ujawnił się w regionach przygranicznych, przede wszystkim w obwodzie biełgorodzkim i kurskim. Tam mieszkańcy regularnie narzekali, że podczas ostrzałów rakietowych lub dronowych nie mają gdzie się schować. Władze zaczęły więc budować prowizoryczne schrony z prefabrykowanych betonowych modułów ustawianych przy przystankach, szkołach i centrach miast.
W dużych miastach sytuacja także nie wygląda idealnie. Moskwa posiada relatywnie najlepszą infrastrukturę ochronną w kraju, częściowo dzięki rozbudowanemu metru i zachowanym obiektom z czasów zimnej wojny. Jednak nawet tam dostępność miejsc ochronnych dla zwykłych mieszkańców jest ograniczona. Wiele schronów należy do instytucji państwowych lub przedsiębiorstw strategicznych i nie jest przeznaczonych dla całej ludności.
Pojawił się też problem wizerunkowy. Przez lata rosyjskie społeczeństwo funkcjonowało w przekonaniu, że wojna nie dotyczy bezpośrednio terytorium Federacji Rosyjskiej. Gdy zaczęły się ataki dronów na rafinerie, bazy lotnicze czy miasta, okazało się, że wiele osób nie wie nawet, gdzie znajduje się najbliższy schron albo czy w ogóle istnieje.
Propaganda Kremla przez lata podkreślała odporność państwa i gotowość na wielki konflikt. Ukraińskie naloty pokazały natomiast, że codzienna ochrona ludności cywilnej jest znacznie słabsza niż obraz prezentowany oficjalnie, a Rosja nie jest przygotowana na żaden konflikt, a nawet na klęskę żywiołową. Rosjanie jednak nie winią władz centralnych, a lokalne, które miały sprzeniewierzyć fundusze przekazane przez Putina. Ten przecież kazał działać i tworzyć nowe jednostki. W Rosji nadal bowiem żywe jest hasło, że car jest dobry, tylko bojarzy źli.

