-
Norweski potentat energetyczny Equinor i jego dostawcy zatrudniali pracowników z Europy Wschodniej, w tym Polaków, w oparciu o krótkoterminowe umowy, co mogło naruszać norweskie prawo pracy.
-
Pracownicy miesiącami nie otrzymywali wynagrodzenia, a agencje tłumaczyły to niskim wymiarem etatu, podczas gdy praca była wykonywana na pełen wymiar.
-
Prawnicy wskazują na nielegalność takich praktyk, a Equinor oraz pośrednicy deklarują wyjaśnienie sprawy.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Z pracy obywateli państw trzecich, głównie z Europy Wschodniej, mieli korzystać dostawcy Equinora, największej norweskiej firmy z sektora energetycznego. Projektem, na który trafiali, była warta co najmniej 45 mld koron (około 16,5 mld złotych) stacja skraplania gazu na wyspie Melkoeya za kołem podbiegunowym.
– To, co się tu wyłania, jest tak obrzydliwe, że można się zastanawiać, czy firmy nie wykorzystują faktu, że pracownicy są obcokrajowcami – mówi dziennikowi „VG” Ole André Oftebro. Prawnik podkreśla, że cudzoziemcy nie zawsze wiedzą, co jest legalne, a co nie.
– Jeśli to się dzieje bez zwracania na to uwagi, jeśli nikt nie robi wokół tego zamieszania. To jest absolutnie niewiarygodne – zaznacza.
Norwegia: Cudzoziemcy mogli być zatrudniani niezgodnie z prawem. „To przerażające”
Rekrutowani przez pośredników pracownicy mieli być zatrudniani na krótkoterminowe, pięciotygodniowe kontrakty. Potem umowy te były regularnie odnawiane. Zgodnie z norweskimi przepisami pracownicy zatrudnieni przez agencje powinni mieć stałe umowy o pracę oraz prawo do wynagrodzenia również w okresach, gdy nie mają przydzielonych zleceń.
– Dopuszczalne jest zawarcie umowy tymczasowej, jeśli praca ma charakter tymczasowy – wyjaśnia Fanny Naess Landmark. W tym przypadku jednak – jak twierdzi – prawniczka, nie wydaje się to mieć miejsca. – To jest nielegalne – podkreśla.
Norwescy dziennikarze potwierdzili tymczasem, że część zatrudnionych nie otrzymywała wynagrodzenia w przerwach między zleceniami.
Agencje, do których „VG” zwrócił się z prośbą o wyjaśnienia, próbowały uzasadnić brak wynagrodzeń tzw. rozliczaniem średnim, zgodnie z którym pracownik z umową na 50 proc. etatu otrzymuje wynagrodzenie odpowiadające temu wymiarowi w ujęciu rocznym. Cytowani przez dziennik prawnicy ocenili jednak, że praktyka stosowana przez pośredników narusza przepisy.
– To przerażające, że dzieje się to w Norwegii. Że nadal istnieją części świata pracy, które w ten sposób korzystają z pracowników tymczasowych – zauważa Oftebro.
– To oznacza zerowe ryzyko dla pracodawcy, ale duże ryzyko dla pracownika. Stwarza sytuację, w której musisz być posłuszny i nie zadawać żadnych pytań, bo inaczej nie dostaniesz nowej umowy – mówi.
– Że to zadziała w 2025 roku – nie uwierzyłbym w to – komentuje prawnik.
Skandal wokół umów o pracę jednej z firm w Norwegii. Chodzi również o Polaków
Niektóre umowy, do których dotarł „VG”, obejmowały od 20 do 50 proc. etatu, mimo że zatrudnieni na Melkoeyi mieli wykonywać pracę w większym wymiarze. Zgodnie z tymi doniesieniami pracownicy m.in. z Polski nie otrzymali wynagrodzenia po zakończeniu zlecenia, trwającego od lutego 2024 r. do czerwca 2025 r., choć formalnie umowa z pośrednikiem nie została wypowiedziana.
– To nie problem pracowników, że firma nie może im znaleźć pracy. Dzięki stałemu stanowisku w agencji pracy tymczasowej mają oni prawo do wynagrodzenia, nawet gdy nie są na delegacji. Przewidywalne dochody to jeden z atutów stałego zatrudnienia – mówi Landmark.
„VG” opisuje, że prawie wszyscy pracownicy, z którymi rozmawiał dziennik, uważają, że stracą pracę, jeśli wypowiedzą się w mediach. Prawie wszyscy, którzy to robią, proszą, aby ich pracodawcy nie wiedzieli, że rozmawiali z gazetą. Jak czytamy, wyjątkiem jest Piotr Podmagórski.
Polak pracował w zakładzie Equinor w miejscowości Melkoya od lutego 2024 r. do czerwca 2025 r. Wówczas powiedziano mu, że nie jest już potrzebny przy tym projekcie. Z relacji mężczyzny wynika, że agencja pracy tymczasowej przestała odbierać telefony, e-maile i SMS-y od osób pytających o nowe zlecenia. W końcu 38-latek znalazł nową pracę, ale jak twierdzi firma, w której pracował, nigdy go nie zwolniła.
W kontrakcie Polaka wskazano, że jest zatrudniony na stanowisku o wymiarze 50 proc. i otrzymuje stawkę godzinową w wysokości 209 koron (ok. 76 złotych). Zapewniłoby to miesięczną pensję wynoszącą około 17 tys. koron (ok. 6200 złotych).
Oftebro i Landmark przeanalizowali umowę mężczyzny. – Ma prawo do pracy i ma prawo do wynagrodzenia, dopóki nie został prawnie zwolniony – podsumowuje prawnik.
„Nie mieli bezpośrednich kontraktów”. Rzeczniczka firmy zabrała głos
Agencja, z którą skontaktował się „VG”, oznajmiła, że jest „świadoma zarzutów skierowanych pod adresem firmy i będzie je dalej badała”. „Wstępne dochodzenie wskazuje, że zarzuty te są bezpodstawne” – dodano.
Rzeczniczka Equinor Ellen Maria Skjelsbaek poinformowała, że wymienieni przez „VG” pośrednicy nie mieli bezpośrednich kontraktów z Equinor. Zapewniła, że wszyscy jej dostawcy są zobowiązani do przestrzegania norweskich przepisów, a sprawa będzie wyjaśniana.
– Zakładamy, że wszystkie umowy o pracę muszą być zgodne z norweskimi przepisami i regulacjami – mówi Skjelsbaek . – Nie mamy informacji o tym, aby jacyś dostawcy, związki zawodowe lub inne podmioty zgłaszały nam tę kwestię – dodaje.
Agencje opisane w artykule norweskiego dziennika miały zatrudniać w 2024 r. łącznie ponad 2500 pracowników, uzyskując obrót na poziomie około 1,5 mld koron norweskich (około 550 mln złotych). „VG” nie wie, ilu pracowników w tych firmach ma umowy o pracę na warunkach opisanych w artykule.














