Gostynin miał być miejscem dla najbardziej niebezpiecznych sprawców po odbyciu kary. Dziś przebywają tam również osoby na wózkach inwalidzkich, po udarach i w terminalnym stadium chorób. — Są ludzie, którzy umierają za tymi murami — mówi dr Ewa Dawidziuk.

Dr Ewa Dawidziuk: Na pewno co najmniej pięć razy. Zaczęłam w 2014 r., gdy umieszczono tam pierwszego pacjenta, Mariusza T. Rozmawiałam z nim wtedy. Zobaczyliśmy, jak ośrodek jest przygotowany. Rok później była weryfikacja, co się zmieniło. Potem systematycznie odbywały się wizytacje przedstawicieli RPO na różnych etapach funkcjonowania tego podmiotu leczniczego. Ostatnia wizytacja miała miejsce w lutym tego roku, powstał z niej raport.

Przede wszystkim miejsce, które od lat zmaga się z tymi samymi problemami. Pacjenci przebywają w wieloosobowych pokojach, śpią na piętrowych łóżkach. Tylko niektóre osoby, z racji swojego stanu zdrowia, korzystają z łóżek pojedynczych. Jest to rozwiązanie niespotykane w innych podmiotach leczniczych, a takim jest Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, choć oczywiście ma także charakter izolacyjny.

Pacjenci od lat skarżą się również na brak prywatności. Aby choć częściowo odgrodzić się od współlokatorów, zasłaniają swoje łóżko kocami lub prowizorycznymi osłonami. W budynku w Gostyninie pomieszczenia wietrzy się tylko przez małe lufciki pod sufitem. W filii w Czersku pod tym względem jest nieco lepiej, gdyż okna można otworzyć, ale montuje się w nich blendy, które ograniczają dostęp do światła dziennego.

— Permanentnym problemem jest przeludnienie. Choć Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dysocjalnym (KOZZD) w Gostyninie został zaprojektowany dla 60 osób, pod koniec lutego 2026 r. przebywało tam już 87 pacjentów. Razem z oddziałem zamiejscowym w Czersku, gdzie przebywało kolejnych 36 osób, w systemie detencji postpenalnej znajdowały się 123 osoby.

Sądy kierują tam kolejne osoby po odbyciu kary. Coraz częściej mamy też do czynienia z sytuacją, w której ktoś został objęty nadzorem prewencyjnym, czyli funkcjonował na wolności pod kontrolą policji i miał obowiązek terapii, ale ten środek został zamieniony na pobyt w KOZZD.

— Często dlatego, że taka osoba nie realizuje terapii. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z problemem systemowym, wielokrotnie sygnalizowanym przez RPO. W Polsce jest bardzo mało placówek, które prowadzą terapię zaburzeń preferencji seksualnych finansowaną przez NFZ. Można je policzyć na palcach jednej ręki w skali Polski. Stawki za te świadczenia są bardzo niskie, niezachęcające kolejnych podmiotów leczniczych do podpisania kontraktu na takie świadczenia.

Zatem osoby skierowane na terapię muszą często jeździć setki kilometrów, żeby uczestniczyć w terapii. Od lat RPO zwraca na to uwagę.

— Ustawa regulująca funkcjonowanie KOZZD przewiduje możliwość kierowania do ośrodka osób z określonymi zaburzeniami, jednak w praktyce coraz częściej przebywają tam osoby z rozpoznanymi chorobami psychicznymi, którym towarzyszą dodatkowe diagnozy, np. zaburzenia osobowości. Pod koniec lutego w ośrodku przebywało 10 takich osób. To znacząca liczba, biorąc pod uwagę, że KOZZD nie został stworzony z myślą o leczeniu osób chorujących psychicznie.

Decyzje o ich umieszczeniu podejmują sądy cywilne na podstawie opinii biegłych. W wielu przypadkach biegli wskazują tzw. podwójną diagnozę — chorobę psychiczną oraz dodatkowe zaburzenia niepsychotyczne. To właśnie taka kwalifikacja prowadzi do kierowania ich do KOZZD, mimo że charakter placówki nie odpowiada ich potrzebom terapeutycznym.

— KOZZD jest podmiotem leczniczym, ale nie jest szpitalem psychiatrycznym. Można tam zapewnić leczenie farmakologiczne, ale nie pełen zakres specjalistycznej terapii przeznaczonej dla osób chorujących psychicznie. Tymczasem skuteczna pomoc wymaga nie tylko podawania leków, lecz także odpowiednio dostosowanych oddziaływań terapeutycznych, których w ośrodku brakuje. Powoduje to trudności zarówno dla samych pacjentów, jak i dla funkcjonowania całej placówki.

Skoro jednak ich liczba w tym ośrodku rośnie wobec rozstrzygnięć sądów, należałoby stworzyć dla nich odrębny oddział i zapewnić bardziej adekwatne formy terapii, odpowiadające ich potrzebom zdrowotnym. Organizacyjnie byłoby to możliwe, zwłaszcza że planuje się prace nad dostosowaniem kolejnego budynku do potrzeb KOZZD.

— Faktycznie niekiedy przetrzymujemy tam osoby w bardzo ciężkim stanie zdrowia, a nawet w stanie letalnym. Pamiętam osobę, którą odwiedziliśmy wspólnie z zastępcą Rzecznika Praw Obywatelskich, prof. Wojciechem Brzozowskim. Dwa tygodnie po naszej wizycie ten pacjent zmarł.

W ośrodku przebywają osoby chorujące onkologicznie, po udarach, poruszające się na wózkach inwalidzkich. Są też pacjenci, którym trzeba zapewniać łóżka szpitalne, bo ich stan zdrowia nie pozwala już na korzystanie ze standardowego wyposażenia placówki. Zdarzały się również przypadki osób kierowanych do hospicjum na krótko przed śmiercią.

— Nie ma prostej ścieżki kierowania tych osób do DPS-ów czy hospicjów. Obowiązujące przepisy są skonstruowane w taki sposób, że jedynym organem uprawnionym do podjęcia decyzji o zwolnieniu jest Sąd Okręgowy w Płocku. Sąd opiera się na opinii biegłych (a nie tylko opinii pracowników KOZZD) i musi stwierdzić, że dana osoba nie stwarza już bardzo wysokiego zagrożenia dla społeczeństwa. W praktyce zdarza się, że mimo bardzo ciężkiego stanu zdrowia biegli nadal uznają, że takie zagrożenie istnieje.

Rzecznik Praw Obywatelskich nie może kwestionować rozstrzygnięć sądu, ponieważ jest zobowiązany do poszanowania niezawisłości sędziowskiej. Możemy jednak zwracać uwagę na konkretne przypadki i sygnalizować problemy systemowe.

— Tak. W naszej ocenie pobyt osób umierających lub znajdujących się w skrajnie ciężkim stanie zdrowia należy analizować w kontekście art. 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który zakazuje tortur oraz nieludzkiego lub poniżającego traktowania. Przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka nadal oczekuje na rozpoznanie dziewięć spraw dotyczących KOZZD. Rzecznik przedstawił w części z nich opinię przyjaciela sądu, wskazując na problemy systemowe związane z funkcjonowaniem ośrodka.

Orzeczenia Trybunału mogą stać się impulsem do zmian legislacyjnych, o które od lat występuje RPO. Lista koniecznych zmian ustawowych jest dość długa.

— Tak, takie decyzje zapadają. Ustawa przewiduje co prawda pobyt bezterminowy w KOZZD, ale nie oznacza to, że osoba umieszczona w ośrodku pozostaje tam bez jakiejkolwiek kontroli sądowej. Co sześć miesięcy sąd dokonuje weryfikacji zasadności dalszego pobytu. Taka okresowa kontrola jest konieczna również z punktu widzenia standardów wynikających z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Do tej pory zwolniono już 18 osób. Nie jest więc tak, że zwolnienia nie następują. Osoby te pozostają jednak pod nadzorem prewencyjnym, czyli są monitorowane przez policję i mają obowiązek uczestniczenia w terapii. Problem polega na tym, że w przypadku osób ciężko chorych odpowiednie rozstrzygnięcia zapadają bardzo rzadko.

Do tych trzech wspomnianych grup chciałabym dodać jeszcze jedną. W Gostyninie nie powinny również być umieszczane osoby z upośledzeniem umysłowym. Tutaj natomiast potrzebna byłaby zmiana legislacyjna.

Materia jest niezwykle skomplikowana. Podstawowy problem pojawił się bowiem już na etapie tworzenia przepisów w 2013 r. Zdecydowano wówczas, że kwestie izolacji po odbyciu kary będą rozstrzygane w postępowaniu cywilnym, a nie w ramach prawa karnego.

— Różnica występuje na poziomie gwarancji prawnych. Wsteczne rozstrzyganie na mocy przepisów prawa karnego nie mogłoby mieć miejsca. Mówimy przecież o osobach, które w chwili popełnienia czynu były poczytalne, zostały skazane przez sąd karny i odbywają karę pozbawienia wolności. Stąd, ustawa przewidziała, że to sąd cywilny jest uprawniony zdecydować pod koniec odbywania kary, iż nie odzyskują wolności, lecz są nadal izolowane w KOZZD wyłącznie dlatego, że na podstawie opinii biegłych uznano, iż mogą w przyszłości stwarzać zagrożenie dla społeczeństwa.

— Tak, ale jak widać, zakresem stosowania ustawy objęto wiele innych osób. Sam pan T. z KOZZD trafił do zakładu karnego, gdzie zmarł, odbywając wieloletnią karę pozbawienia wolności.

Mało się mówi o tym, że 1 lipca 2015 r. w Polsce wprowadzono istotne zmiany do kodeksu karnego, zmieniając system środków zabezpieczających i czyniąc ustawę o KOZZD temporalną. Po tej nowelizacji sąd karny przy wydawaniu wyroku może zdecydować, że po zakończeniu odbywania kary osoba zostanie skierowana do zakładu psychiatrycznego. Dotyczy to jednak wyłącznie sprawców czynów popełnionych po 1 lipca 2015 r. To rozwiązanie jest bardziej transparentne i daje większe poczucie pewności prawa. Nie bez powodu właśnie w takiej formie funkcjonuje w krajach zachodnich. Jak widać prawodawca wdrożył tę zmianę już dwa lata po wejściu w życie ustawy dotyczącej KOZZD.

— Mam świadomość, że społeczeństwo jest nastawione na surowe karanie. Przekłada się to również na politykę karną i liczbę osób pozbawionych wolności. Poziom prizonizacji w Polsce, czyli liczba osób w izolacji penitencjarnej na 100 tys. mieszkańców, jest obecnie najwyższy w Europie.

Musimy jednak pamiętać, że sposób, w jaki traktujemy osoby pozbawione wolności, bardzo wiele mówi o nas jako społeczeństwie. Przypomina mi się słynne zdanie Nelsona Mandeli: „Nikt naprawdę nie pozna narodu, dopóki nie zobaczy jego więzień. Naród powinno się oceniać nie po tym, jak traktuje swoich najwybitniejszych obywateli, lecz po tym, jak traktuje tych najniżej postawionych”. Cytat ten odnosił się do zakładów karnych, ale nie możemy zapominać o tysiącach innych typów miejsc pozbawienia wolności w naszym kraju i potrzebie poszanowania praw osób w nich umieszczonych. Te wynikają z prawa krajowego i międzynarodowego.

— To z pewnością jeden z powodów. Trzeba uczciwie powiedzieć, że wskaźniki recydywy są wysokie. Badania pokazują, że ok. 60 proc. osób opuszczających zakłady karne czy placówki dla nieletnich ponownie popełnia czyny zabronione. Nie oznacza to jednak, że należy z góry rezygnować z terapii i uznać, że nikt nie jest w stanie się zmienić.

Społeczeństwo powinno mieć świadomość, że chodzi o stworzenie realnej możliwości przejścia przez proces terapii i resocjalizacji tym osobom, które mają szansę na zmianę swojego funkcjonowania. Nie oznacza to jednak żadnego automatyzmu w podejmowaniu rozstrzygnięć o zwolnieniu z tej placówki.

— Przede wszystkim myślenia o tym, co dzieje się z człowiekiem po zakończeniu terapii. Ustawa nie przewiduje etapu przygotowania do zwolnienia. Tymczasem jeśli chcemy zwiększyć bezpieczeństwo społeczne, musimy patrzeć na ten proces całościowo. Nie wystarczy stworzyć miejsce izolacji i prowadzić terapię. Trzeba jeszcze odpowiedzieć sobie na pytanie, jak przygotować człowieka do życia na wolności i jak ocenić, czy rzeczywiście nie stanowi już zagrożenia oraz jakiego wsparcia potrzebuje po powrocie do społeczeństwa.

— Bo pozbawienie wolności zawsze musi wiązać się z określonymi gwarancjami. Przez dziesięciolecia budowaliśmy w Europie system ochrony praw człowieka właśnie po to, aby państwo nie mogło izolować ludzi bez realnej perspektywy oceny ich sytuacji i bez stworzenia im szansy na zmianę. Nie chodzi o lekceważenie bezpieczeństwa publicznego, ale o zachowanie równowagi między ochroną społeczeństwa a poszanowaniem godności człowieka. To jest fundament demokratycznego państwa prawa i ratyfikacji wielu umów międzynarodowych, które nas do tego zobowiązują.

Dr Ewa Dawidziuk — dyrektor zespołu ds. wykonywania kar w Biurze RPO, przedstawicielka Polski w Europejskim Komitecie Zapobiegania Torturom oraz Nieludzkiemu lub Poniżającemu Traktowaniu albo Karaniu (CPT), wykładowca akademicki na Uniwersytecie SWPS.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version