Ukochany pies przy łóżku umierającego człowieka? W polskich szpitalach to na ogół zakazane, jest jednak pewien wyjątkowy oddział i jego szef, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

— Pan Waldemar miał raka w zaawansowanym stadium i wiedział dobrze, że zostało mu niewiele czasu — opowiada dr hab. Tomasz Dzierżanowski, kierownik Kliniki Medycyny Paliatywnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. — Kiedyś przechodziłem koło jego łóżka i chwilę z nim porozmawiałem, widząc, że jest przygnębiony. Okazało się, że powodem jest nie sama choroba i odchodzenie, ale dwa kotki, które pan Waldemar zostawił w domu — mówi prof. Dzierżanowski. Zajmował się nimi od kilku miesięcy sąsiad pana Waldemara, który zresztą był już zmęczony tą rolą. — Mój pacjent strasznie martwił się, co będzie z jego ukochanymi zwierzętami, kiedy on umrze, i marzył o tym, żeby przed śmiercią móc je jeszcze pogłaskać chociaż raz — wspomina ze wzruszeniem prof. Dzierżanowski.

Profesor opowiedział o całej sprawie swojej córce Pauli, a ona postanowiła spełnić marzenie pana Waldemara. Wzięła dwa kontenerki i pojechała na drugi koniec Warszawy po kotki. — I tak, niespodziewanie, kotki wylądowały u nas w klinice, na łóżku tego schorowanego pacjenta. Nie zapomnę jego wzruszenia, kiedy sięgnął do kontenerków i głaskał swoje ukochane zwierzęta. Łzy ciekły mu po policzkach. Podobnie jak drugiemu pacjentowi, który leżał obok — wspomina prof. Dzierżanowski. Córka profesora postanowiła spełnić też drugie marzenie pana Waldemara i znaleźć kotkom dom. Zorganizowała na Facebooku casting na nowych opiekunów. Najważniejszy warunek był jeden — kotki musiały być adoptowane razem. I udało się! Pan Waldemar odszedł spokojny o ich los.

Klinika Medycyny Paliatywnej WUM na ul. Lindleya w Warszawie jest jednym z nielicznych oddziałów szpitalnych w Polsce, na które można wprowadzać zwierzęta domowe, te należące do pacjentów, jak i zwierzęta terapeutyczne. Prof. Dzierżanowski jest przekonany, że kontakt ze zwierzętami wpływa bardzo pozytywnie na chorych, a możliwość pożegnania się z własnym pupilem bywa często najjaśniejszym momentem trudnego procesu odchodzenia, zwłaszcza w szpitalu. Dlatego chciałby, aby taka możliwość była nie tylko w jego klinice, ale na wszystkich podobnych oddziałach w Polsce. Opracował Kartę Praw Pacjenta do kontaktu ze zwierzęciem towarzyszącym i stara się o to, aby stała się dokumentem obowiązującym w szpitalach, nie tylko w opiece paliatywnej. Czy uda się przebić mur niechęci i stereotypów?

Profesor od lat obserwuje niepokojące trendy, opiekując się terminalnie chorymi pacjentami. I od dawna ma jedną refleksję. — W Polsce naprawdę mamy zastraszająco szybko szerzącą się epidemię samotności, zarówno wśród ludzi starszych, jak i młodych. Coś takiego się wydarzyło, że starsi ludzie przestali być osobami tak istotnymi w życiu swoich dorosłych dzieci, jak to było kiedyś, nie wspominając o życiu wnuków, których kontakt z babcią czy dziadkiem w nastoletnim życiu jest praktycznie żaden. Kiedyś nastolatek często spędzał ferie u dziadka czy babci. Teraz ta opcja przegrywa z chęcią pozostania w domu przy komputerze — mówi prof. Dzierżanowski.

To dlatego starsze osoby czują się tak samotne, przebywając w szpitalu. — Nawet jeżeli rodzina mobilizuje się i odwiedza chorego staruszka, to często widać, że robi to dorosły syn czy córka, często też już w podeszłym wieku. To sprawia, że ci starsi czują jeszcze głębsze wyobcowanie — mówi ze smutkiem prof. Dzierżanowski. Jednocześnie, rozmawiając ze swoimi pacjentami, wielokrotnie słyszał, że najbliższymi im istotami były ich zwierzęta i w szpitalu właśnie tych zwierząt brakuje im najbardziej. — Te relacje są bardzo głębokie. Nie można ich negować — podkreśla profesor.

A dlaczego właściwie ludzie przebywający w szpitalu muszą być odcięci od wizyt swoich pupili? — No właśnie nie muszą. Na poziomie ogólnokrajowym nie ma żadnego przepisu, który zabraniałby wprowadzania zwierząt do szpitali — przekonuje prof. Dzierżanowski. I podkreśla, że mamy prawo, które sankcjonuje wizyty zwierzęcia u swojego właściciela. To ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, artykuł 20. — W punkcie pierwszym ustawodawca zapisał, że świadczenia zdrowotne powinny być udzielane z poszanowaniem godności pacjenta, a w punkcie drugim, że pacjent ma prawo do umierania w warunkach spokoju i godności. A trudno mówić o godności, jeżeli choremu odmawia się wizyty istoty najbliższej — tłumaczy lekarz.

W praktyce jedyne regulacje dotyczące odwiedzin zwierząt w szpitalach to zakazy wydawane przez dyrektorów placówek. — A oni często nie wiedzą, że nie wolno takich bezwzględnych zakazów wprowadzać. Rzeczywiście istnieją oddziały, gdzie nie można wpuszczać zwierząt. Intensywna terapia, transplantologia czy miejsca z pacjentami o obniżonej odporności. To zrozumiałe ograniczenie — mówi prof. Dzierżanowski. Podkreśla, że jego projekt dotyczy głównie psów i kotów. — Trudno mi sobie wyobrazić i chyba nie wydałbym na to zgody, żeby ktoś przyniósł pacjentowi węża boa czy pająka ptasznika, chociażby ze względu na komfort i bezpieczeństwo innych pacjentów — zastrzega prof. Dzierżanowski. Trzeba też uszanować fakt, że niektórzy pacjenci mogą mieć fobie związane ze zwierzętami, np. mogą się bać psów. — To jednak nie oznacza całkowitego zakazu, tylko konieczność odpowiedniej organizacji, aby zachować równowagę między potrzebami pacjentów a bezpieczeństwem i komfortem wszystkich, i ludzi, i zwierząt — przekonuje lekarz.

Prof. Dzierżanowski postanowił włączyć do swojej misji studentów medycyny. Ogłosił, że w ramach Studenckiego Koła Naukowego Medycyny Paliatywnej organizuje grupę wolontaryjną w swojej klinice. — Chciałem dać im miejsce, gdzie mogłaby odbywać się ich formacja jako przyszłych lekarzy, empatycznych, takich, którzy są wierni pacjentowi — tłumaczy profesor. Nie liczył na tłumy wolontariuszy, miał nadzieję, że będzie ich chociaż kilku. A zgłosiło się 146 osób! Wśród nich Małgorzata Brzozowska, studentka IV roku wydziału lekarskiego na WUM, prywatnie opiekunka dwóch psów terapeutycznych — jamniczki Zuzi oraz Kluski, suczki rasy owczarek australijski.

I to właśnie Małgorzata wpadła na pomysł, że będzie ze swoimi psami odwiedzać pacjentów w klinice. — Mam ukończony kurs dogoterapeuty, a moje psy przeszły i szkolenie, i testy sprawdzające, czy nadają się na psy terapeutyczne, czy np. nie są lękowe i czy poradzą sobie w trudnych warunkach — mówi Małgorzata Brzozowska. — Ludzie najczęściej myślą: taki słodki piesek, co to dla niego za problem wskoczyć na łóżko i dać się pogłaskać? Tymczasem dla psa przyjście na oddział, gdzie są wszystkie te piszczące pompy, masa obcych zapachów, to także spory stres. Nie każdy pies będzie w stanie się do tego dostosować — tłumaczy dogoterapeutka. Wiedzą o tym również pacjenci, którzy mają w domu zwierzęta. Jeśli ich pies czy kot ma naturę lękową, rezygnują z możliwości przyprowadzenia pupila do szpitala.

Tacy pacjenci, którzy tęsknią za swoimi zwierzakami, wręcz garną się do Zuzi i Kluski, które doskonale przystosowały się do szpitalnych warunków. — Nie spodziewałam się, że moje odwiedziny z psami mogą być dla pacjentów tak ważne. Bo przecież tam lekarze walczą o ich życie, robią poważne rzeczy, a ja przychodzę z psem, to jakieś głupstwo, myślałam. Aż kiedyś jedna pacjentka powiedziała mi z wdzięcznością, że jej ostatnim marzeniem przed śmiercią było jeszcze raz zobaczyć i pogłaskać psa — opowiada studentka.

Dlaczego jeszcze pacjenci tak lubią jej wizyty? — Wydaje mi się, że przynoszę im wraz z Zuzią czy Kluską jakąś namiastkę normalności, zwyczajnego życia. Pacjenci na oddziałach paliatywnych zazwyczaj leżą dość długo, aż do końca. I są tego końca świadomi. Kiedy przychodzę z psem, rozmawiamy o nim, o jego zwyczajach, o zwierzętach, które znał pacjent, to odrywa go od przygnębiających myśli, kieruje je ku życiu — mówi Małgorzata.

Od pół roku regularnie odwiedza klinikę z Zuzią i Kluską, a pacjenci zawsze wyczekują jej wizyt, dopytując, czy na pewno do nich także zajrzy. — Traktujemy to nie jako rozrywkę czy źródło pocieszenia dla pacjentów, ale jako normalną procedurę leczniczą. Niefarmakologiczna interwencja przy pomocy zwierzęcia może powodować niesamowite zmiany w samopoczuciu — mówi prof. Dzierżanowski. Do dziś wspomina jedną z pacjentek, panią Beatę, która była w tak ciężkim stanie, że profesor, wychodząc w piątek z kliniki, liczył się z tym, że w poniedziałek już jej nie zobaczy. — Tymczasem w poniedziałek zastałem ją siedzącą na łóżku. Wstała, była uśmiechnięta. To była diametralna poprawa stanu ogólnego — opowiada lekarz. Zdumiony, zaczął dopytywać, co się stało i okazało się, że w weekend klinikę odwiedziła Małgorzata Brzozowska ze swoimi psami i pani Beata miała okazję się z nimi pobawić.

Małgorzata jako przyszła lekarka też docenia terapeutyczne oddziaływanie psów na osoby chore. Dzięki swojemu wolontariatowi w klinice prof. Dzierżanowskiego miała okazję zobaczyć to na własne oczy. — Kiedyś, gdy akurat byłam w szpitalu, profesor poprosił, żebym poszła z Kluską do sali, gdzie przyjechała świeżo przyjęta pacjentka, bardzo przerażona tym, co się dzieje — wspomina wolontariuszka. Porozmawiała z ta pacjentką, Kluska leżała na jej łóżku. — Nagle zauważyłam, jak jej bardzo wysokie ze stresu ciśnienie zaczęło się normować, jak walące serce zaczynało bić prawidłowo. To było coś niesamowitego, zobaczyć, jak ten kontakt ze zwierzęciem naprawdę działa — mówi Małgorzata.

I są to nie tylko obserwacje Małgorzaty czy prof. Dzierżanowskiego. Również badania naukowe potwierdzają dobroczynne oddziaływanie kontaktu człowieka z psem czy kotem, zwłaszcza podczas długotrwałego pobytu w szpitalu czy w okresie terminalnym choroby. Wykazało to chociażby badanie przeprowadzone przez naukowców z hiszpańskich uniwersytetów w Walencji i w Madrycie, którzy przeanalizowali dostępne badania ze świata dotyczące terapii z udziałem zwierząt w opiece paliatywnej, obejmujące łącznie 663 terminalnie chorych dorosłych i dzieci. Z analizy tej wynika, że obecność zwierząt w opiece paliatywnej zdecydowanie poprawia dobrostan psychiczny i fizyczny chorych. Korzyści psychiczne to m.in. obniżenie lęku, objawów depresji, lepsza adaptacja do środowiska szpitalnego, mniejsze poczucie samotności. Korzyści fizyczne obejmowały obniżenie poziomu hormonu stresu — kortyzolu, spadek tętna, zmniejszenie bólu i duszności. Dane ze wszystkich ośrodków medycznych, które zezwoliły na przeprowadzenie terapii z udziałem zwierząt, są bardzo podobne i wszystkie wskazują na korzystne aspekty obecności zwierząt w opiece paliatywnej.

Tymczasem dyrektorzy polskich szpitali są na tę wiedzę jakby impregnowani. Najczęściej zasłaniają się lękiem przed chaosem na oddziale czy przed patogenami przenoszonymi przez zwierzęta. — Ale takie zagrożenie jest minimalne, patogeny zwierzęce, zwłaszcza takie, które może mieć domowy kot czy pies, są na ogół nieszkodliwe dla człowieka w zwykłym kontakcie typu głaskanie czy przytulanie. Zdecydowanie bardziej niebezpieczne są dla chorych wirusy i bakterie wnoszone na oddziały przez innych ludzi — podkreśla prof. Dzierżanowski. Oczywiście, pozostaje problem astmy czy alergii na zwierzęcą sierść, ale — jak proponuje profesor — wystarczy tylko znaleźć jakieś miejsce, np. pokój, gdzie takie kontakty mogłyby się odbywać bez szkody dla alergików, jeśli akurat tacy na oddziale są.

To, co wciąż nie udaje się w szpitalach, od dawna praktykowane jest w hospicjach — tam na ogół zwierzęta mogą być przyprowadzane. Często jest też tak, że w hospicjum nawet mieszka jakiś zwierzak, np. kot, choć trochę w tajemnicy, żeby nie było problemów z sanepidem. — Pora wreszcie przestać się obawiać, bo w tym lęku przed zarazkami, kłopotami, kontrolami gubi nam się to, co najważniejsze: potrzeby odchodzącego człowieka — podkreśla prof. Dzierżanowski.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version