Paul McCartney na pierwszej od pięciu lat solowej płycie wraca do Liverpoolu sprzed Beatlesów. Ale nie brzmi jak artysta odcinający kupony od własnej legendy. „The Boys of Dungeon Lane” to album pełen pamięci, czułości i świetnych melodii.
W ostatnich latach Paul McCartney wyjątkowo często domykał sprawy ze swojej przeszłości. Najpierw „The Beatles: Get Back” pozwolił inaczej spojrzeć na sesje do „Let It Be”, potem świat usłyszał „Now and Then”, ostatnią piosenkę The Beatles. W filmie „Man on the Run” wrócił do trudnego czasu po rozpadzie zespołu i narodzin Wings. Mogło się wydawać, że także „The Boys of Dungeon Lane” będzie rozliczeniem z pamięcią. I trochę jest. Tyle że McCartney nie urządza muzeum samego siebie.
Żywa obecność, żywe emocje
Tytułowa Dungeon Lane prowadzi nas do Speke, robotniczej dzielnicy Liverpoolu, do czasów sprzed Beatlemanii, zanim czterej chłopcy z północy Anglii podbili świat. „Days We Left Behind” to emocjonalne serce płyty — McCartney śpiewa delikatnie, niemal krucho, jakby świadomie nie ukrywał śladów czasu w głosie. To piosenka o tym, że chociaż nic nie zostaje takie samo, wspomnienia nie muszą być ciężarem. John Lennon nie jest tu pomnikiem, lecz obecnością, z którą Paul wciąż prowadzi wewnętrzny dialog.
Album The Boys of Dungeon Lane
Foto: Materiały prasowe
Jeszcze wyraźniej słychać to w „Down South”, akustycznej pieśni drogi, w której można rozpoznać wspomnienie nastoletniego George’a Harrisona i wspólnych wypadów autostopem. Jak mówi McCartney, pisanie o Johnie i George’u jest jak oglądanie starych fotografii. Ten obraz dobrze pasuje do całej płyty: zdjęcia są pożółkłe, ale emocje pozostają żywe.
Nie brakuje tu też rodzinnych portretów. Brawurowy „Salesman Saint” zaczyna się trąbką, po czym nagle skręca w stronę elegancji swingowej orkiestry z lat 40. To opowieść o rodzicach: ojcu, sprzedawcy bawełny, i matce, pielęgniarce i położnej, którą Paul nazywa w piosence świętą. Jej postać wraca także w „Momma Gets By”, wzruszającym hołdzie dla kobiety, która „nigdy nie narzekała”.
Paul McCartney, wystę w Madrycie
Foto: newspix.pl
Ale „The Boys of Dungeon Lane” nie jest tylko albumem wspomnieniowym. McCartney z Andrew Wattem, producentem kojarzonym ostatnio głównie z rockowymi gigantami, ułożyli płytę zaskakująco żywą i różnorodną. Otwierające „As You Lie There” ma w refrenie ostrość przywołującą ducha Wings, „Lost Horizon” sunie średnim tempem jak zagubiona pocztówka z lat 90., którą mogliby nagrać Tom Petty albo Traveling Wilburys, a „Mountain Top” bawi się rytmem, aranżacją i rockową końcówką na granicy małej fiesty.
Stara-nowa opowieść
Są też piosenki miłosne — pogodne „Ripples in a Pond”, beatlesowskie w tonie „We Two”, bardziej pulsacyjne „Never Know” z szalenie chwytliwym refrenem oraz „First Star of the Night” z pełną ciepła gitarową solówką. Najbardziej symbolicznym momentem płyty pozostaje „Home to Us”, pierwszy pełnoprawny duet wokalny McCartneya i Ringo Starra. Paradoksalnie musieli skończyć osiemdziesiąt lat, by zrobić coś, czego nie zrobili nawet w czasach Beatlesów.
McCartney napisał przy okazji premiery, że chce tylko, by ludzie mogli usiąść, włączyć winyl czy streaming, nałożyć słuchawki i po prostu cieszyć się muzyką. Brzmi skromnie, ale w tej skromności jest sens całej płyty. „The Boys of Dungeon Lane” nie aspiruje do bycia wielkim dziełem. To raczej czuła rozmowa z dawnym sobą, przyjaciółmi, rodzicami i miejscem, w którym wszystko się zaczęło. A że McCartney wciąż potrafi zamienić takie wspomnienia w melodie, które zostają z nami na długo, to już osobna historia.

