W co musiałby uderzyć rosyjski dron, by NATO i UE zrozumiały, że są na wojnie? W Centrum handlowe w Chełmie? W Pałac Elizejski w Paryżu? Ilu ludzi musiałoby zginąć w takim ataku, żeby przywódcy UE przeszli od słów do czynów? 10? 100? 500?
Z reakcji NATO i UE na wydarzenia ostatniej nocy wynika, że uderzenie w blok mieszkalny w Rumunii najwyraźniej nie kwalifikuje się jako agresja. Rumunia jest wprawdzie członkiem NATO i UE, drony były wyprodukowane w Rosji, ale nikt nie zginął i „tylko” dwie osoby zostały ranne. Od kilku godzin trwają spekulacje dlaczego uzbrojony dron zboczył z kursu i naruszając rumuńską przestrzeń powietrzną rozbił się w Gałaczu. Obawiam się, że skończy tym tym co zawsze – rytualnym oburzeniem, wysypem oświadczeń przywódców i szefów różnych organizacji, chóralnym potępieniem działań Rosji i spekulacjami na temat uruchomienia Artykuły IV Traktatu Północnoatlantyckiego. Być może „na znak solidarności” sojusznicy wzmocnią rumuńską obronę powietrzną, wysyłając tam kilka samolotów i baterie rakiet. To stanowczo za mało.
Ruchoma „cienka, czerwona linia”
Incydent w Gałaczu po raz kolejny uzmysłowił nam, że Rosja konsekwentnie przesuwa cienką czerwoną linię oddzielającą „pokój” od „wojny”. Wtargnięcie rosyjskich dronów na terytorium Polski we wrześniu 2025 roku i to, co od kilku tygodni dzieje się na niebie krajów bałtyckich nie jest przypadkiem. Testowanie Zachodu wchodzi w kolejną, dużo ostrzejszą fazę. Nikt w UE i NATO nie chce iść na „gorącą” wojnę z Putinem, ale obawiam się, że nie zauważymy nawet, kiedy będzie już za późno, by powstrzymać go przed agresją.
Europa zbroi się i przygotowuje na najgorsze w nadziei, że to nie nastąpi. Nie jest jednak gotowa, by rzucić wyzwanie Rosji, europejskim przywódcom brak odwagi, by zagrać ostro tak jak Putin. Będąc potęgą moralnego oburzenia nie powstrzymamy Rosjan. Od dawna powtarzam, że Kreml rozumie tylko język siły, zaś nasza słabość jest jego największą siłą. Tymczasem przywódcy Zachodu zachowują się tak, jakby nie uczyli się na błędach i niczym zaklęcia powtarzają wyświechtane formułki: „Rosyjska agresywna wojna napastnicza przekroczyła kolejną granicę” – oświadczyła szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Zapowiedziała, że UE będzie „nasilała presję” na Rosję wspominając 21. pakiet sankcji. „Eskalacja rosyjskich działań na terytorium UE jest lekkomyślna i nieodpowiedzialna” – napisał z kolei szef Rady Europejskiej Antonio Costa.
Poza rytualny kanon nie wybiega oświadczenie Matthew G. Whitakera, stałego przedstawiciela USA przy NATO: „Stajemy po stronie naszego sojusznika z NATO, Rumunii, i potępiamy ten lekkomyślny incydent, do którego doszło na jej terytorium. Nasze myśli są z poszkodowanymi w Gałaczu. Będziemy bronić każdego centymetra terytorium NATO”. Problem w tym, że to co robi Rosja, nie jest ani lekkomyślne, ani „nieodpowiedzialne”. To bardzo konsekwentna polityka mająca na celu przetestowanie natowskich procedur i determinacji. Tym bardziej, że wbrew deklaracjom Whitakera nie jest wcale pewne, czy USA będą „bronić każdego centymetra terytorium NATO”.
Rosja jest kilka kroków przed nami
W tej dziwnej, niewypowiedzianej „wojnie” z Zachodem Kreml jest rozgrywającym. Rosjanie działają z zaskoczenia, są zawsze o kilka kroków przed NATO. Wykorzystują farmy trolli, armię hakerów, szkolą i wynajmują prowokatorów, wysyłają do krajów NATO podpalaczy, dywersantów, szwadrony śmierci, a od ponad roku coraz częściej sięgają po drony. Zachód ogranicza się do reagowania na te prowokacje i neutralizowania zagrożenia. Najwyższy czas zmienić zasady gry. Absolutnym minimum powinno być potężne wzmocnienie ukraińskiej obrony przeciwlotniczej przez NATO, tak, aby Ukraińcy byli w stanie zabezpieczyć przed atakami z powietrza nie tylko własne terytorium, ale także Polskę, Litwę, Łotwę, Estonię czy Rumunię. Kraje NATO powinni pomóc Ukraińcom w niszczeniu rosyjskich zakładów zbrojeniowych, w których składane są drony bojowe. Fabryki shahedów znajdują się w głębi terytorium Rosji, ale Ukraińcy nie raz już zademonstrowali, że mają zdolności rażenia celów oddalonych tysiące kilometrów od Kijowa.
Od aneksji Krymu wiadomo, że wcześniej czy później Rosja zdecyduje się sprawdzić, ile tak naprawdę warte są natowskie gwarancje bezpieczeństwa. Z planów rosyjskiej wojny kognitywnej, które wyciekły właśnie do zachodnich mediów, wynika, że celem jakiejś grubszej akcji mogą być kraje bałtyckie. Kilka dni temu „The Moscow Times” poinformował, że Rosja zamierza odwołać się do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości ONZ, aby „chronić” prawa Rosjan mieszkających na Litwie, Łotwie i w Estonii. Eksperci ostrzegają, że może to być przygrywka do zbrojnych prowokacji w krajach bałtyckich, od 1939 roku ZSRR/Rosja tłumaczy agresję na sąsiadów koniecznością „ochrony” praw Rosjan albo osób mówiących po rosyjsku.
Putin doskonale wie, że otwiera się okno możliwości na tego typu działania. Relacje między USA a Europą są napięte, Trump jest wyjątkowo uległy wobec Rosji, NATO przeżywa największy kryzys od czasu powstania. W dodatku zakrojona na większą skalę „prawierka bojem” odciągnęłaby uwagę rosyjskiej opinii publicznej od braku sukcesów na froncie w Donbasie.

