-
Grzegorz Władyka w kilka lat zbudował we Wzdowie gospodarstwo warte trzy miliony złotych.
-
Mężczyzna przyłapał żonę na romansie z pracownikiem. Ten, odchodząc z pracy, miał poprzysiąc zemstę. Krótko po tym stał się głównym oskarżycielem Władyki, twierdząc, że był ofiarą wieloletniego wykorzystywania.
-
Interia dotarła do świadków, którym oferowano tysiące złotych za fałszywe zeznania. Kiedy zainteresowaliśmy się sprawą, otrzymaliśmy telefony z pogróżkami.
-
Grzegorz Władyka został skazany i przebywa w więzieniu, mimo że biegli sądowi uznali głównego oskarżyciela za niewiarygodnego, a w zeznaniach były liczne sprzeczności.
-
W składzie sędziowskim zasiadał znajomy żony Grzegorza. Mimo konfliktu interesów sędzia nie został wyłączony ze sprawy.
-
Mężczyzna podupadł na zdrowiu i choruje na nowotwór. Jego nowoczesne gospodarstwo upadło i zostało wyprzedane, by spłacić długi, a on sam konsekwentnie odmawia przyznania się do winy.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Bartek ma siedem lat i wiedzę, której nie powinien posiadać żaden chłopiec w jego wieku.
– Jutro będzie u nas policja – oznajmia.
Zofia, babcia chłopca, zamiera. „Skąd dziecko może wiedzieć takie rzeczy” – pyta samą siebie.
Bartek nie kłamie. Wie o tym, bo podsłuchuje rozmowę swojej mamy z Łukaszem, znajomym kobiety.
Następnego dnia, 28 marca 2014 r., dokładnie tak jak zapowiada siedmiolatek, pod dom Grzegorza Władyki podjeżdża radiowóz. Troje funkcjonariuszy działa szybko. W dłoniach mają dokument podpisany przez prokurator Alicję Bąk. Nakaz jest jasny: Zatrzymać i doprowadzić.
Pismo powstaje dzień wcześniej w prokuraturze w Brzozowie. Dokładnie w tym samym czasie siedmioletni Bartek, patrząc babci w oczy, informuje ją o przyjeździe policji. Skąd dziecko wie to, co prokurator przelewa na papier? Śledczy nigdy nie badają tego tropu.
Kiedy Grzegorz jest prowadzony do radiowozu, nie ma szarpaniny. – Chcę widzieć się z mecenasem – rzuca krótko.
W domu zostają troje dzieci i żona, Grażyna. Gdy kilka godzin później do drzwi domu podchodzi Bogumiła, siostra Grzegorza, zostaje zaryglowane wejście. Grażyna nie wpuszcza jej do środka. Milczy.
W tym samym czasie Grzegorz siedzi już naprzeciwko prokurator, tej samej, która wydała nakaz jego doprowadzenia. Z zawodu kucharz i kelner, z wyboru właściciel gospodarstwa rolnego wartego trzy miliony złotych. – Nie przyznaję się do winy. Nie będę odpowiadał na pytania – ucina i dodaje, że chce zapoznać się z aktami.
Zarzuty są poważne. Troje byłych pracowników oskarża go o gwałt i „inne czynności seksualne”. Dramat ma trwać wiele lat, a w przypadku jednego z nich zaczyna się, gdy ten chodzi jeszcze do szkoły podstawowej.
Grzegorz odpiera zarzuty. To nie on jest agresorem, ale ofiarą. Łukasz – ten sam, o którym wspomniał siedmioletni Bartek – ma romans z jego żoną Grażyną. A dwaj pozostali pokrzywdzeni? Emil zniszczył maszynę wartę tysiące złotych, za co zostaje zwolniony. Sławomir traci pracę po tym, jak zostaje przyłapany na kradzieży.
Sędzia uznaje, że w małej, zamkniętej społeczności ryzyko matactwa jest zbyt wysokie. Decyzja zapada szybko: Trzy miesiące aresztu. Tego samego dnia, w którym Grzegorz zostaje zatrzymany, stalowa brama aresztu śledczego w Sanoku zamyka się za nim.
Grzegorz przychodzi na świat w Komańczy w 1969 r., ale to Wzdów staje się jego światem, gdy jako czterolatek przyjeżdża tu z rodzicami i rodzeństwem. Ryszard, ojciec, jest człowiekiem pracy: najpierw jako kierowca PKS-u, później jako oddany rolnik. Zofia, mama, jest sercem domu. Pracowita, życzliwa, czasem nadpobudliwa.
Do podstawówki Grzegorz idzie w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Już na starcie zderza się z murem. Jest leworęczny, co dla ówczesnych pedagogów jest błędem nie do przyjęcia. Musi powtarzać pierwszą klasę. Szkoła ma zresztą swój własny, brutalny kodeks kar. Gdy nauczyciele uznają, że uczeń nabroił, na środek klasy wysuwa się ławkę. Publiczne lanie na oczach rówieśników jest częścią codzienności.
Do wojska nie trafia. Ma jedną nogę krótszą, to pamiątka po wypadku z dzieciństwa. Przez dziesięć lat pracuje w Domu Turysty jako kelner, a gdy trzeba, kucharz. Później kolejne cztery lata spędza w stołówce zakładów mięsnych, ale prawdziwe imperium zaczyna budować dopiero w 2005 r., gdy rodzice przekazują mu skromne, pięciohektarowe gospodarstwo.
W ciągu kilku lat Grzegorz zostaje lokalnym potentatem. Skupuje ziemię, bierze w dzierżawę kolejne połacie, aż areał rośnie do ponad 70 hektarów. W 2006 r. stawia nowoczesną oborę dla 40 krów. Podpisuje kontrakt ze spółdzielnią mleczarską w Radzyniu Podlaskim na stałą dostawę mleka. Wyceniane na trzy miliony złotych gospodarstwo jest dumą Grzegorza, ale ma też swoją cenę: milionowy kredyt i miesięczną ratę – 30 tys. złotych.
Grażynę poznaje w 1990 r. na weselu jej kuzynki. Wszystko toczy się szybko, kilkanaście miesięcy później sami są już małżeństwem, a niebawem potem na świat przychodzi ich pierwsza córka.
Przez 13 lat małżonkowie mieszkają pod dachem rodziców Grzegorza. On w tym czasie własnymi rękami wznosi dom na sąsiedniej działce. Grażyna, urzędniczka skarbowa i Grzegorz żyją razem przez ponad 23 lata.
Bogumiła, ta sama, która zastała zaryglowane drzwi przez Grażynę, wyciąga białą kopertę z różańcami. Przesyłka trafi do miejsca, o którym świat wolałby zapomnieć – do Zakładu Karnego w Rzeszowie. Jej brat, Grzegorz, jest tam łaźniowym. Paciorki rozda współwięźniom. Jest listopad 2025 r.
Pół roku później, w sennej podkarpackiej wsi, spotkam jednego z nich. Potężna muskulatura, ogolona głowa, tatuaż wokół oka, kopia tego, który nosi Mike Tyson. Wielka dłoń zanurzy się w kieszeni dresów i wyciągnie czarną plecionkę koralików. – Ten różaniec ocalił mi życie – wyzna. – Teraz chcę być kimś innym.
To jednak nastąpi później. Na razie siedzimy na ławce przy Dworcu Zachodnim w Warszawie. Szum pociągów, dwie kawy na wynos i Bogumiła. Pielęgniarka, matka trójki dzieci, blond włosy do ramion. Jej telefon dzwoni, co kilka minut. Kontaktuje się ze mną, po tym, jak widzi mnie w Polsacie. – Dlaczego ja – pytam. – Bo wydał mi się pan konkretny – ucina.
Bogumiła ma na sobie czerwony bezrękawnik. Kiedy wstaje, lekko utyka. To pamiątka po dwóch dniach i mroźnej nocy spędzonej na betonie przed Ministerstwem Sprawiedliwości. Głodowała w proteście przeciwko temu, „co robią z jej bratem”. Jej głos jest pozbawiony emocji, mówi pewnie i konkretnie. Twierdzi, że Grzegorz siedzi w więzieniu za niewinność. – Proszę wszystko sprawdzić – rzuca na pożegnanie. – Zrobiłam, co mogłam, aby się uwiarygodnić. Teraz ruch jest po pana stronie.

Sprawdzam. Przez kolejne miesiące rozmawiam z ponad trzydziestoma osobami, kopię w dokumentach, odbieram telefony z groźbami. Z każdą nową informacją coraz bardziej wybrzmiewa pytanie: Czy polski wymiar sprawiedliwości, karmiąc się fałszywymi zeznaniami, nie zamknął w więzieniu człowieka, którego jedyną winą było to, że znalazł się w złym miejscu i czasie?
Wzdów pod Sanokiem to niewielka wieś, w której czas zdaje się stać w miejscu. W salonie Zofii, babci siedmioletniego Bartka, zapach kawy miesza się z wonią starych fotografii ukrytych w ciężkim kredensie. Na szczycie stoi błękitna figura Maryi.
Kobieta wspomina swoją synową.
– Przez trzynaście lat było w porządku – mówi cicho Zofia. – Jak poszła na swoje, to jakby piorun ją strzelił.
Dotąd nie może wybaczyć Grażynie tego, co stało się później.
Wie, że jej wnuk Bartek, nosi w sobie tajemnice. To, co jej opowiada w 2014 r., nie brzmi jak dziecięca fantazja. Jest zbyt konkretne, zbyt brutalne w swojej prostocie. Siedmioletni Bartek mówi o drzwiach zamykanych na klucz. Opowiada, że Łukasz, ten sam, z którym Grażyna rozmawiała przez telefon, zamyka go w pokoju, bo „idzie do łóżka z mamą”. Wspomina o pocałunkach, które podpatruje w pokoju starszej siostry.
Najbardziej wstrząsający fragment tej opowieści rozgrywa się między ojcem a synem. To wtedy z ust małego chłopca padają słowa, które Grzegorz i jego rodzice zapamiętają na długo
„Tato zjedz tabletki. Zaśniesz, będzie spokój i będę miał innego tatę”.
Na kilka tygodni przed nalotem policji siedmiolatek rzuca ojcu prosto w twarz: „Ty już moim tatą nie będziesz”. Świadek tej sceny, człowiek spoza rodziny, do dziś ma tę scenę przed oczami. – Takie dziecko samo by tego nie wymyśliło – kwituje krótko.
Atmosfera w domu gęstnieje z każdą godziną. Dzień przed aresztowaniem Zofia i Grzegorz podejmują ostateczną decyzję: chcą odebrać Grażynie prawa rodzicielskie. Nie wiedzą, że w tej samej chwili na prokuratorskim biurku leży już nakaz zatrzymania Grzegorza.
Zofia, matka Grzegorza, wciąż ma przed oczami tę scenę. Idzie po mleko do zlewni i zastaje tam w łazience Grażynę i Łukasza. – Byli tam oboje, zamknięci – opowiada. – Kiedy wyszedł, nerwowo zapinał rozporek. Na mój widok uciekł z powrotem do środka. Siedzieli tam długo, aż w końcu wybiegli, każde w swoją stronę.
Kiedy Zofia rzuca mu w twarz, że rozbija rodzinę, Łukasz bierze zamach, jakby chciał ją uderzyć, Grażyna ucieka i zatrzaskuje drzwi, nie chce rozmawiać.
Łazienka to tylko część tej historii. Władysław, znajomy rodziny, zapamiętuje scenę przy oborze z 2013 r. Grażyna ma zamknięte oczy, a Łukasz trzyma dłoń na jej kroczu. Inni pracownicy gospodarstwa też widzieli: czułe gesty, głaskanie po kolanie, trzymanie się za ręce. – Łukasz groził mi połamaniem żeber, jeśli komukolwiek pisnę słowo – wspomina jeden z nich.

Wieś obserwuje za firanek. Zakochani wypracowują niemal idealny mechanizm spotkań. Niedziela, Grażyna idzie na poranną mszę. Grzegorz z rodzicami kilka godzin później ładuje się do samochodu i jedzie na uroczystą sumę. Wtedy Łukasz wchodzi na podwórko, a zakochani idą do domu lub obory. Sąsiadka Danuta widzi to dwukrotnie. Widzą też inni. W sklepie we Wzdowie zachowują się „jak małżeństwo”. Na imprezie w Rudawce Rymanowskiej idą za rękę.
Atmosfera w domu gęstnieje od drwin. Adam zapamiętuje jeden wspólny obiad. Na stole leżą ampułki. – Co to jest – pyta Grzegorz. Grażyna odpowiada mu z kpiącym uśmiechem, że to leki na „popęd”.
Tomasz jest świadkiem kłótni między małżonkami. Grażyna przechodzi kilka razy obok stołu i łapie za udo i kolano Łukasza. Grzegorz w pewnym momencie wstaje i krzyczy, żeby w jego obecności takich rzeczy nie robiła.
Trzy miesiące przed aresztowaniem Grzegorza Grażyna i Łukasz wspólnie spędzają Boże Narodzenie w Szwajcarii, u brata mężczyzny.
Łukasz, ten sam, którego rozmowę z Grażyną podsłuchuje siedmioletni Bartek, to pracownik fizyczny. Wychowuje się w pełnej, wielopokoleniowej rodzinie prowadzącej niewielkie gospodarstwo rolne. Po śmieci ojca przedwcześnie porzuca edukację na rzecz pracy zarobkowej.
Choć w dzieciństwie nie sprawia problemów wychowawczych (rodzice zostali wezwani do szkoły tylko raz, z powodu incydentu z alkoholem), jego sytuacja pogarsza się w szkole zawodowej. Łukasz zaniedbuje naukę, ma liczne nieobecności i nie jest w stanie poprawić negatywnych ocen.
Kiedy ma 19 lat wchodzi w konflikt z prawem, prowadzi auto pod wpływem alkoholu. Zdaniem sądowych biegłych charakteryzuje się niskim poczuciem własnej wartości i nadwrażliwością, a w sytuacjach frustrujących wykazuje skłonność do utraty kontroli oraz kłamstwa.
W marcu 2014 r., kiedy zatrzymano Grzegorza, dwudziestodwuletni Łukasz jest bezdzietnym kawalerem, a znajomi wołają na niego „Usiek”. Ma 175 centymetrów wzrostu i waży 80 kilogramów. W gospodarstwie Grzegorza pracuje od kilku lat.
Grzegorz długo wierzy w świętość swojego małżeństwa. Choć wieś huczy, a pracownicy wymierzają porozumiewawcze spojrzenia, on wypiera każde doniesienie. Mur pęka dopiero wtedy, gdy własna matka, Zofia, opowiada mu o tym, co zobaczyła pod drzwiami łazienki.
– Czy ja kiedykolwiek przez te wszystkie lata powiedziałam na nią choć jedno złe słowo? – pyta syna, widząc w jego oczach niedowierzanie.
Razem z matką kreślą plan. Grzegorz mówi, że rusza w dalszą trasę. Odpala silnik, odjeżdża spod domu, ale nie opuszcza okolicy. Samochód ukrywa w bezpiecznym oddalonym miejscu, wraca pieszo do domu rodziców i zaczyna obserwować oborę.
Plan działa, od strony pól dostrzega skradającego się Łukasza. Z drugiej strony, jakby na umówiony sygnał, nadchodzi Grażyna. Razem idą do obory. Grzegorz wchodzi za nimi i nakrywa kochanków na sytuacji, która nie pozostawia pola do interpretacji.

– Albo on, albo ja – rzuca.
Dla Łukasza nie ma już miejsca w gospodarstwie. Okoliczności jego odejścia pozostają sporne. Grzegorz twierdzi, że go wyrzucił, Zofia wspomina, że odszedł sam, nie czekając na formalności. Jedno zdanie, które rzuca na odchodne, zapada wszystkim w pamięci: „Zniszczę cię”.
Małżeństwo Władyków, budowane przez lata przestaje istnieć 18 marca 2015 r. Niespełna rok po tym, jak Grzegorz zostaje zatrzymany.
O tym, że Grzegorz ma znęcać się nad żoną, pierwszy śledczym opowiada Łukasz, a ci zapisują to w urzędowej notatce. Przez kilka tygodni papier leży w aktach. Dopiero gdy Grzegorz trafia za kraty, policja postanawia sprawdzić, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami jego domu.
Kiedy policja pojawia się u Grażyny, kobieta otwiera się niemal natychmiast. Jej wspomnienia są jak wyliczanka, precyzyjne co do miesiąca i narzędzia.
Marzec 2007 r.: bicie, gdy jest w ciąży z Bartoszem.
Kwiecień 2008 r.: uderzanie trzepaczką do dywanów i ucieczka z dzieckiem w nocy.
Lipiec 2012 r.: Grzegorz wraca pijany z wesela i wymierza ciosy.
Marzec 2014 r., kilkanaście dni przed zatrzymaniem: kolejny wybuch przemocy
Funkcjonariusz notuje każde słowo. Obraz jest jasny: Grzegorz to domowy tyran, a Grażyna jest jego wieloletnią ofiarą.
Dwadzieścia cztery godziny później Grażyna staje przed prokuratorem, ale pewność siebie znika. Gdzieś ulatuje historia o biciu w ciąży, wymazany zostaje obraz trzepaczki do dywanów. Zamiast tego pojawia się nowy, drastyczny detal – mąż ma trzykrotnie wyrywać jej włosy garściami. Zmienia się też postać oprawcy. Grzegorz ma być trzeźwy, kiedy dopuszcza się ataków. To uderzające, bo przecież jeszcze dobę wcześniej Grażyna mówi o alkoholowym odorze po weselnej zabawie.
Kobieta o swoim dramacie opowiada czterem osobom: matce Łukasza, siostrze, dwojgu znajomym. Wszyscy mówią to samo: „Wiem, bo mi opowiedziała”. Wszystkie te zwierzenia ujawniają się, dopiero gdy Grzegorz siedzi już w areszcie.
Siostra Grażyny przyznaje: „Nigdy nie widziałam u niej żadnych sińców”.
W tej historii jest tylko jeden naoczny świadek – córka, która widziała awanturę po weselu. To zdarzenie ma swój prolog.
Przed weselem kilkuletni Bartek, ten sam, który zwierza się babci, mówi sąsiadce, że widzi mamę całującą się w pokoju z Łukaszem. Sąsiadka nie potrafi milczeć, wszystko powtarza Grzegorzowi przy weselnym stole, między rosołem a drugim daniem.
Grażyna, która przed prokuratorem twardo rzuca: „Żądam ścigania i ukarania męża„, w sądzie nagle milknie. Korzysta z prawa do odmowy zeznań. Ze wszystkich wcześniejszych słów, opisów bicia i wyrywania włosów się wycofuje.
W gąszczu oskarżeń pojawia się jeszcze jeden wątek.
Jest 2008 r., końcówka czerwca. W gospodarstwie pomaga wtedy Szymon, chłopak przyjezdny z Puław. Ma nocować u dziadków, ale Grzegorz upiera się, by gość mieszkał pod ich dachem. Grażyna opisuje śledczym scenę, którą zapamiętuje. Wchodzi o poranku do pokoju i zastaje męża leżącego w łóżku z Szymonem. Obaj mają na sobie tylko bieliznę.
– Córki wiedziały, co on robił tym chłopakom – mówi śledczym.
To zdanie powinno wstrząsnąć policjantami, uruchomić telefony, zmusić do wyjazdów w teren. Przecież Szymon nie jest duchem. Mieszka u dziadków, w niewielkiej miejscowości, gdzie każdy wie, kto u kogo je obiad. Dla lokalnej policji ustalenie tożsamości wydaje się zadaniem na jedno popołudnie.
Śledczy nigdy nie podążają tym tropem, nie pukają do drzwi dziadków Szymona, nie weryfikują.
Jakiś czas później Grażyna wycofuje się i z tej opowieści.
Kurz osiadający na gazetach z 2014 r. gryzie w gardło, ale to w nich, w starych wydaniach podkarpackich „Nowin”, odnajduję brakujący element układanki. Krótka, rzeczowa notatka prasowa uderza jak obuchem. Opisuje 45-letniego mieszkańca powiatu brzozowskiego. To artykuł o Grzegorzu.
Dziennikarka, powołując się na oficjalne informacje ze śledztwa, kreśli obraz wieloletniego procederu. Między 2003 a 2012 rokiem Grzegorz ma wykorzystywać seksualnie trzech nastolatków. Ofiary w chwili czynów mają mieć od 12 do 15 lat. Z tekstu wyziera pewność organów ścigania: Sprawa wyszła na jaw po latach, bo „ofiary w końcu zdecydowały się mówić”, a policja „odkryła szokujące szczegóły”.
Główną narratorką medialnego przekazu jest prokurator Alicja Bąk, ta sama, która podpisuje nakaz zatrzymania Grzegorza. To ona ogłasza na łamach prasy sukces: Śledztwo jest zamknięte, a akt oskarżenia właśnie trafia do sądu.
Akt oskarżenia, pod którym widnieje podpis prokurator Bąk, liczy zaledwie siedem stron. Uzasadnienie to tylko dwie i pół kartki A4. To niewiele jak na dziewięć lat rzekomego procederu i krzywdę trzech młodych chłopców.
W tej oficjalnej wersji coś jednak nie pasuje. Gdy prokuratura mówi o „nastoletnich ofiarach”, liczby mówią co innego. W 2003 r., gdy proceder ma mieć swój początek, Łukasz faktycznie ma 13 lat, ale Sławomir ma już 21, a Emil – 26.
Historia, którą Łukasz przedstawia śledczym, jest drastyczna. Wszystko zaczyna się w 2003 r., kiedy ma 13 lat, jest uczniem szóstej klasy podstawówki i pomaga w gospodarstwie przy bydle. To wtedy Grzegorz ma po raz pierwszy włożyć mu ręce w spodnie. Do molestowania dochodzi w „nowej oborze”. Śledczy przyjmują tę wersję, nie dopytują, nie zadają trudnych pytań.
W tej opowieści coś jednak zgrzyta.
Pierwszy zgrzyt to prawo własności. Grzegorz przejmuje gospodarkę od rodziców dopiero w 2005 r. Trudno wyobrazić sobie, że decyduje on o zatrudnieniu trzynastoletniego chłopca, na dwa lata przed objęciem rządów.
Drugi zgrzyt to beton i stal. Nowa obora, w której według zeznań Łukasza, ma być on krzywdzony między 2003 a 2005 r., w tym czasie istnieje wyłącznie na papierze. Jej budowa rozpoczyna się w 2006 r., a oficjalny odbiór następuje kilka miesięcy później.
Ostatni cios w wiarygodność zadają sąsiedzi. Ich relacje są spójne i chłodne: Łukasz zaczyna pojawiać się u Grzegorza dopiero około 2007 r. Ma wtedy siedemnaście lat.
Najcięższy zarzut dotyczy wydarzeń z sierpnia 2012 r. To wtedy, w nowej oborze, ma dojść do brutalnego gwałtu na Łukaszu. Relacja jest drastyczna: obezwładnienie, przyciśnięcie kolanem do łóżka i wymuszenie aktu seksualnego. Grzegorzowi ma pomagać jego znajomy, Tomasz.
Cztery dni po ataku rozgrywa się kolejny akt dramatu. Łukasz, jak sam twierdzi, znajduje się w oborze u Grzegorza i zakłada sobie pętlę na szyję. Ratunek przychodzi w ostatniej chwili, kiedy do obory wchodzi przypadkiem Grażyna. Kobieta zupełnie inaczej zapamiętuje to zdarzenie. Cała sytuacja ma miejsce kilka miesięcy po ataku, a do obory idzie po dramatycznym telefonie od Łukasza.
On nadal idzie w zaparte: nikogo nie informował, ona po prostu weszła do obory.

W tej opowieści zgrzytów jest więcej. Chodzi o postać Tomasza, rzekomego pomocnika Grzegorza. Jego rola w opowieści Łukasza zmienia się kilkukrotnie.
Policjantom mówi, że Tomasz obezwładnia go razem z Grzegorzem i potem ucieka. W prokuraturze zeznaje, że mężczyzna tylko go popcha i ucieka. W sądzie rzuca, że Tomasz znika, kiedy tylko widzi atak Grzegorza. Kilkanaście minut później, w trakcie tej samej rozprawy, opowiada, że Tomasz wspólnie z Grzegorzem powalają go na plecy.
Nikogo ze śledczych nie dziwi, że mężczyzna podaje wykluczające się wersje.
A rozbieżności jest więcej. Łukasz mówi, że do ataku dochodzi na łóżku. Jego matka, powołując się na rozmowę z synem, że wszystko dzieje się na ziemi. Tomasz przez lata konsekwentnie zaprzecza, by brał udział w takim zdarzeniu. Śledczy nigdy nie stawiają mu żadnych zarzutów.
Biegli sądowi podczas procesu uznają, że Łukasz jest niewiarygodny, a jego zeznania niespójne.
Bezpośrednim impulsem do przerwania milczenia jest wizyta policjantów w domu rodzinnym Łukasza w marcu 2014 r. Funkcjonariusze przychodzą tam w zupełnie innej sprawie, ale ich obecność sprawia, że Marta, matka Łukasza zaczyna mówić.
Kobieta wyjawia, że kiedy syn mówi jej o incydencie w oborze, chce o tym powiadomić policję, jednak Łukasz jej zabrania. Ten twierdzi, że jest inaczej, to „matka każe mu siedzieć cicho”. Minie rok, zanim ich wersja się ujednolici.
Łukasz przedstawi śledczym inną motywację: twierdzi, że impulsem do ujawnienia prawdy jest wyznanie innego pracownika, Emila. Ten zdradza mu, jak twierdzi Łukasz, że Grzegorz próbował ściągnąć mu spodnie. Podobne sytuacje mają się wydarzyć 40 razy. To wyznanie ma skłonić Łukasza do opowiedzenia jego własnej historii.
Emil nigdy nie potwierdza tej opowieści.
Podobne wyrwy w opowieści są u Sławomira. To jedna z trzech kluczowych postaci w akcie oskarżenia. To jego zeznania mają posłać Grzegorza na dno, ale wystarczy zestawić daty, by poczuć, że coś tu się nie klei.
Mężczyzna opowiada o brutalności: molestowanie przy udoju, dwa gwałty po zakrapianych imprezach. Wszystko ma dziać się jesienią i zimą 2006 r. Sławomir dokładnie pamięta datę, drugi z ataków Grzegorza ma nastąpić tydzień po pożarze w sąsiedztwie.
Archiwa straży pożarnej są nieubłagane. Sąsiednie gospodarstwo rzeczywiście trawi ogień, ale w maju 2008 r. To nie jest drobna pomyłka. To różnica dwóch lat i dwóch różnych pór roku. Maj to nie deszczowa jesień czy mroźna zima.
Sławomir gubi się w zeznaniach dotyczących własnego zatrudnienia. Raz mówi, że pracował dwa miesiące, innym, że siedem, a śledczy notują, że pracę rozpoczął pod koniec 2006 r. To kłamstwo. W rzeczywistości Sławomir pracuje u Grzegorza od kwietnia do czerwca 2011 r. Traci pracę po tym, jak zostaje przyłapany na kradzieży paliwa.
Skąd ta rozbieżność? „Ja nie przyjąłem tej daty, tylko policjant mi ją wpisał. On wyliczył mniej więcej, kiedy to mogło być” – mówi po jakimś czasie jednemu z prywatnych detektywów Sławomir, a ten nagrywa wszystko na dyktafon.
To niejedyna rozbieżność. Śledczy zanotują, że do ataków na Sławomira dochodzi po zakrapianych alkoholem imprezach nad halą udojową. Sławomir w rozmowie z detektywem rzuca inne światło na te wydarzenia: żadnej wódki, żadnych imprez. Zwykłe spotkania rolnicze.

Mężczyzna nie potrafi opowiedzieć szczegółów ataku, ale po latach pamięta, ile wódki przed napaścią stało na stole.
Wiarygodność Sławomira podważają lekarze – psychiatrzy, u których mężczyzna leczy się od lat. Notują: „pacjent kłamie”, „ma tendencje do fantazjowania i konfabulacji”. Stwierdzają u niego lekką niepełnosprawność intelektualną.
Kiedy w lipcu 2015 r. rozpoczyna się proces, Sławomir oświadcza, że wycofuje się ze wszystkiego. Jest wycieńczony, nie sypia, nie chce żadnych pieniędzy, prosi o odwołanie oskarżeń i że on „do Grześka nic nie ma”.
– Jest już za późno – słyszy w odpowiedzi od sędziny.
Kiedy o całej sytuacji dowiaduje się Łukasz, ten, który ma romans z żoną Grzegorza, dzwoni do Sławomira. Ma do niego pretensje, że ten chce zrezygnować.
Emil to kolejna postać dramatu. To rencista o kruchym zdrowiu psychicznym i problemach alkoholowych, który ma być kolejną ofiarą Grzegorza. Jego opowieść zmienia się wraz z upływem czasu.
Marzec 2014 r.: Grzegorz atakuje go od tyłu w łazience, ale wszystko przerywa ojciec oskarżonego.
Kwiecień 2014 r.: Wersja z łazienką nagle przestaje obowiązywać. Pojawia się nowa, o pocieraniu ręką miejsc intymnych.
Wrzesień 2015 r.: Przed sądem incydenty mnożą się, mają dziać się niemal od pierwszego dnia pracy.
Kiedy śledczy pytają o incydenty, ich liczba się zmienia: „kilkadziesiąt” przechodzi w „parę”, by potem stać się „kilkunastoma”. Emil gubi się też w datach: raz zaczyna pracę u Grzegorza w 2001 r., kiedy indziej mówi o 2005 r. U Grzegorza przestaje pracować około 2008 r. po tym, jak w wyniku błędu niszczy maszynę wartą kilka tysięcy złotych.
Emil od początku mówi śledczym, że „on pokrzywdzonym się nie czuje, chce tylko powiedzieć, jak było i mieć święty spokój”.
Biegła psycholog, która przysłuchuje się opowieści Emila, uznaje jego relację za wiarygodne, a luki w pamięci i sprzeczności tłumaczy „silnymi emocjami”.
Jeden ze świadków wspomina scenę, która rozgrywa się w 2014 r., tuż po zatrzymaniu Grzegorza. Jego pracownicy śmieją się z całego zdarzenia. Wśród nich jest Emil. Świadek, widząc ich rozbawienie, rzuca krótko: Jeśli Grzesiek jest winny, niech poniesie karę, ale jeśli jest niewinny, to stało się bardzo źle.
Emil odpowiada: On mi nic złego nie zrobił. Według mnie jest niewinny.
O tym zdarzeniu świadek opowiada przed sądem, ale jego słowa są bagatelizowane. Ani prokurator, ani sędzina nie dopytują Emila o tę sytuację.
CZĘŚĆ V: WĄTPLIWOŚCI
W sprawie Grzegorza wątpliwości jest więcej. Łukasz dwukrotnie mówi śledczym, że jego kurator (ma go po tym, jak został złapany za jazdę po alkoholu) opowiada mu historię, jak w przeszłości Grzegorz próbował go molestować w sądzie w Brzozowie. Konfrontacja ze śledczymi ujawnia kłamstwo: Kurator wszystkiemu zaprzecza, uznając słowa Łukasza za manipulację.

Kolejnym opowieściom zaprzecza Jakub, jeden z pracowników Grzegorza. Choć Łukasz twierdzi, że chłopak ma krzyczeć przez okno obory i błagać o ratunek przed gwałtem, to mężczyzna konsekwentnie temu zaprzecza. Jakub opisuje Grzegorza jako wzorowego szefa bez żadnych skłonności homoseksualnych, a biegła psycholog uznaje jego opowieść za wiarygodną.
Śledczy słyszą inną historię. Tym razem molestowany ma być dobry znajomy Łukasza, Kamil. Łukasz dzieli się rewelacjami jeszcze przed wszczęciem oficjalnego śledztwa. To ważny szczegół. Kamil przyznaje śledczym, że o wszystkim informuje Łukasza, kiedy sprawa staje się głośna, a Grzegorz trafia do aresztu śledczego. Jak to zatem możliwe, że Łukasz opowiada całą historię policjantom na kilka tygodni przed tym, zanim sam ją usłyszy? Czy to prawdziwa opowieść, a może to wymyślone zdarzenie mające obciążyć Grzegorza? Dlaczego śledczy nigdy nie sprawdzają tych rozbieżności, a sam Kamil nie zostaje uznany przez śledczych za pokrzywdzonego?
W kwietniu 2014 r. kilkanaście dni po zatrzymaniu Grzegorza jeden ze świadków widzi w parku we Wzdowie Łukasza i Emila, tego samego, który od początku śledczym mówi, że nie czuje się pokrzywdzonym. Mężczyźni piją wspólnie piwo. Świadek, który ich dostrzega, jest zaskoczony, nigdy wcześniej nie utrzymywali oni bliskich relacji. Podchodzi do nich niepostrzeżenie, słyszy strzępki rozmów. „Żebyś się nie wycofał z tego, co usłaliśmy” – rzuca Łukasz do Emila.
Inny świadek mniej więcej w tym samym czasie dostrzega obu mężczyzn przed komisariatem policji. Łukasz mówi Emilowi, jak ma zeznawać.
Trzy tygodnie przed zatrzymaniem do Zofii (tej, której siedmioletni Bartek opowiedział, że policja przyjdzie do nich do domu) dociera wiadomość: Jeden z pracowników gospodarstwa otrzymał propozycję, kilka tysięcy złotych za fałszywe zeznania na Grzegorza.
Mężczyzna odmawia, a w zamian słyszy groźby. Ma siedzieć cicho. Zofia opowiada tę historię już po zatrzymaniu Grzegorza, ale śledczych ta opowieść nie interesuje. Ani policja, ani prokurator, ani sędzia nie dopytują, a pracownik, który ją opowiada, nie zostaje przesłuchany w tej kwestii.

Dwanaście lat później odnajduję dawnych pracowników. Jeden wprost przyznaje: Żona Grześka proponowała mi 5 tys. zł, ale się nie zgodziłem.
Oglądam też nagranie, które jeden z pracowników wykonał najprawdopodobniej w 2014 r. Widać na nim kilku mieszkańców Wzdowa, miejscowości, gdzie znajduje się gospodarstwo Grzegorza. Rozmawiają o propozycji, jaką składa żona Grzegorza jednemu z nich. Pieniądze za fałszywe zeznania.
To sądowa biegła proponuje, że Grzegorz powinien zostać przebadany fallopletyzmografem, tak aby stwierdzić, czy ma skłonności homoseksualne. W skrócie: mężczyzna ma oglądać pornograficzne filmy, a urządzenie rejestrować zmiany członka.
Badanie nie jest obowiązkowe, a Grzegorz odmawia. Tuż przed badaniem z ust biegłego słyszy niewybredne żarty na swój temat, nie ma do niego zaufania. Drugim powodem, jak sam przyznaje, jest kwestia religijna (oglądanie pornografii to grzech).
Mimo braku badania biegły wyrokuje: Grzegorz ma orientację homoseksualną lub biseksualną, a świadczy o tym zaprzestanie pożycia z żoną i niepoddanie się badaniom.
O tym, że zaprzestanie współżycia zbiega się mniej więcej w czasie z rozpoczęciem romansu Grażyny i Łukasza biegły nie wspomina.
Biegli wyjaśniają jeszcze jedną rzecz. Łukasz, choć jest dorosłym mężczyzną, pozwala na ataki ze strony Grzegorza, bo te niedogodności rekompensuje mu romans z jego żoną.
CZĘŚĆ VI: TERAŹNIEJSZOŚĆ
Sąd Rejonowy w Brzozowie uznaje Grzegorza za winnego i skazuje go na pięć lat i sześć miesięcy więzienia. Sąd Okręgowy w Krośnie podtrzymuje tę decyzję. W składzie tego ostatniego zasiada trzech sędziów, jeden z nich to znajomy Grażyny, żony Grzegorza. Razem pracują przez lata w urzędzie.
Dlaczego mimo konfliktu interesów, nie wyłącza się on ze sprawy? Czy informuje swoich przełożonych? Czy w trakcie trwania śledztwa ma kontakt z Grażyną?
Kiedy do niego dzwonię, nie zaprzecza znajomości z Grażyną, ale rozmowa nie trwa długo. Po kolejnym pytaniu sędzia bez słowa się rozłącza.

Do policji w Brzozowie, prokuratury i sądów wysyłam ponad 70 pytań. Dlaczego nigdy nie zrobiono wizji lokalnej, dlaczego nie przesłuchano w asyście psychologa siedmioletniego Bartosza (tego, który mówił, że będzie mieć innego tatę), dlaczego nigdy nie wyjaśniono sprzeczności w zeznaniach Łukasza, Emila i Sławomira, dlaczego śledczy nigdy nie podążyli tropem pieniędzy proponowanych za fałszywe zeznania, jak to możliwe, że śledczy mimo wielu rozbieżności w opowieści Łukasza uznali go za wiarygodnego?
Te pytania i wiele innych pozostaje bez odpowiedzi.
Łukasz nie decyduje się na rozmowę. Jakiś czas po tym, jak odwiedzam jego dom, wieczorem odbieram dwa telefony z zastrzeżonego numeru. Męski głos sugeruje mi, że powinienem się tą sprawą przestać interesować, trochę grozi. Rozmówca wylicza: Grzegorz to seksualna bestia, wielu jest takich, których skrzywdził i oni „zaraz zgłoszą się na policję”. Sprawdzam, kilkanaście tygodni po telefonie nikt się nie zgłosił.
Odtwarzam nagranie tamtej rozmowy kilku informatorom, nie mają wątpliwości – to głos Łukasza, tego samego, który jest głównym oskarżycielem w procesie Grzegorza.
Sławomir, ten, który w sądzie chciał się wycofać ze swojej opowieści, rozmawiać nie chce. Jakiś czas temu, jak twierdzą jego bliscy, przeszedł zawał. Musi odpocząć.
Trop po Emilu, tym który nie czuje się poszkodowanym, urywa się w Krośnie. Jakiś czas po tym, jak Grzegorz zostaje zatrzymany, mężczyzna znów mierzy się ze swoimi alkoholowymi demonami. Próbuje pomóc rodzina, na jakiś czas przeprowadza się do bliskich w Sanoku. Potem trafia do Krosna, podobno do jakiegoś ośrodka dla bezdomnych.
Kamil, ten, który miał podobno podzielić się historią swojego molestowania z Łukaszem, też nie decyduje się na rozmowę. Niedługo po tym, jak odwiedzam jego dom, mężczyzna wsiada w samochód i jedzie do Łukasza. Tak wynika z opowieści mieszkańców, którzy informują mnie o ich spotkaniu.
Grażyna nie mieszka już we Wzdowie, po tym, jak okazało się, że po zatrzymaniu Grzegorza gospodarstwo zaczyna podupadać, a kredyt bankowy trzeba spłacić, zrzeka się majątku i wyjeżdża razem z siedmioletnim Bartoszem (dziś to dorosły mężczyzna). Po namyśle nie zgadza się na rozmowę.
Relacja Łukasza i Grażyny jakiś czas po zatrzymaniu rozpada się, od wielu lat nie są już razem.
Część policjantów zaangażowanych w śledztwo jest już na emeryturze.
Prokurator, która przygotowała akt oskarżenia, awansowała do prokuratury okręgowej.
Sędziowie, którzy wydali wyrok, nadal decydują o losie innych oskarżonych.
Grzegorz przebywa obecnie w zakładzie karnym w Rzeszowie. Tam podupadł na zdrowiu, zachorował na nowotwór. Twierdzi, że jest niewinny. Na wolność wyjdzie za kilkanaście miesięcy. Mógł zostać zwolniony wcześniej, musiał tylko przyznać przed sądem penitencjarnym, że dopuścił się zarzucanych mu czynów. Tak, aby można powiedzieć, że resocjalizacja zadziałała. Grzegorz konsekwentnie trwa przy swoim.
Więźniowie, którzy odbywali z nim karę, nie wierzą w jego winę. – Więzienia są pełne niewinnych, ale w przypadku Grześka rzeczywiście tak jest – mówi jeden z nich.
Zofia, mama Grzegorza, wciąż nie może wybaczyć Grażynie tego, co się stało.
Ryszard, tata Grzegorza, podupadł na zdrowiu. Niedawno ponownie trafił do szpitala.
Bogumiła, siostra, ciągle walczy o dobre imię brata. Liczy, że instytucje państwowe w końcu zainteresują się sprawą.
Obora, ta sama, w której miało dochodzić do ataków, ma jasną elewację, w której znajduje się rząd małych kwadratowych okienek. W niektórych miejscach ściany są popękane, a tynk odpada. Wejście do budynku znajduje się z boku, wchodzimy przez metalowe drzwi, na których ktoś zawiesił żółtą tabliczkę z napisem wstęp wzbroniony.
W pokoju socjalnym pod ścianą stoi stary stół przykryty brudną ceratą, na którym leżą narzędzia i niebieski segregator z papierami. Obok widać drewniane krzesło z powieszonymi ręcznikami oraz gumowce pozostawione pod stołem.

Na kafelkowej ścianie wisi pomarańczowa apteczka z napisem „pierwsza pomoc”. Tuż obok plastikowy zegar, który już dawno przestał działać. Pod nim kalendarz, ostatnia data to wrzesień 2021 r.
Tuż obok pokoju socjalnego znajduje się łazienka, ta sama, w której Zofia przyłapała Łukasza i Grażynę.
Dawne gospodarstwo, warte kiedyś trzy miliony złotych, upadło. Budynek stoi opuszczony, a przyległą do niego ziemię trzeba było sprzedać. Żeby spłacić bankowy kredyt na budowę nowej obory.
Po dawnym „królestwie” Grzegorza oprowadza mnie jego ojciec, Ryszard.
– Takie ludzie jak my się nie liczą, byle zagłosować, a potem jak się topisz, to cię tylko popchną – rzuca gorzko, kiedy rygluje drzwi wejściowe.
– Ja już straciłem nadzieję, że ktoś nam pomoże.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: [email protected]













