Na razie największy popyt mamy na usługi dla wojska, ale marzy mi się, żeby satelity obserwacyjne stały się na tyle dostępne, żebyśmy mogli ich używać w codziennym życiu – mówi Rafał Modrzewski, współzałożyciel firmy satelitarnej ICEYE.

Rafał Modrzewski: To satelita, który pozwala wykonać zdjęcie Ziemi. Na tym zdjęciu jesteśmy w stanie dostrzec wiele szczegółów, nawet takich o wymiarach 25 cm. To zdjęcie możemy wykonać na dowolnym skrawku Ziemi: od Europy, przez Azję, aż po Amerykę, a nawet na Antarktydzie. Wszystko zależy od tego, gdzie skierujemy…

– No właśnie nie, ponieważ satelita SAR korzysta z technologii radarowej.

– Nie ma żadnej optyki. To jest po prostu duża antena, która wysyła wiązkę fal radarowych. Te fale dochodzą do Ziemi, odbijają się i wracają do anteny. Satelita nagrywa to odbicie, wszystkie zniekształcenia wysyłanych fal i tak je interpretuje, że faktycznie wychodzi nam coś, co przypomina zdjęcie. Ponieważ nie korzystamy ze sprzętu optycznego, to nasze „zdjęcie” wychodzi zawsze, niezależnie od pory dnia i warunków pogodowych.

– I tu dochodzimy do sedna sprawy i wyjaśnienia, dlaczego ten biznes jest teraz taki gorący: jesteśmy w stanie wykonać zdjęcie nad dowolnym kawałkiem globu, niezależnie od tego, czy ktoś sobie tego życzy, czy nie. Możemy to zrobić niezależnie od pogody, pory dnia czy nocy. A na tym zdjęciu widzimy z dużą dokładnością, co się w danym miejscu dzieje. To pozwala nam zdobywać wartościowe informacje, dzięki którym można podejmować lepsze decyzje.

– Owszem, nasze satelity to jedna z technologii tzw. podwójnego zastosowania (dual use), czyli zarówno wojskowa, jak i cywilna. Bo zaczynaliśmy od obserwacji pokrywy lodowej w Arktyce.

– Pytanie, co to znaczy „na żywo”. Jeśli mamy jednego satelitę, to interesujący nas obszar globu możemy podglądać co 12-18 godzin, powiedzmy, że dwa razy dziennie. Do pewnych zastosowań to może wystarczyć, ale na froncie w 12 godzin może wydarzyć się wszystko. Jeśli odpowiednio zwiększymy taką konstelację, to częstotliwość robienia zdjęć rośnie i na przykład co 1,5-2 godziny możemy mieć aktualizację sytuacji.

– Tak, to ściema. Możemy dojść nawet do 100 zdjęć na dzień, ale nie będzie to obraz na żywo. Doświadczenia z wojny w Ukrainie pokazują, że jedno zdjęcie dziennie to w zasadzie zawracanie głowy. Dziesięć takich fotografii dziennie pozwala nam już podejmować decyzje na poziomie operacyjnym.

Oczywiście, jeśli chcę komuś wytłumaczyć w przystępny sposób, czym zajmuje się nasza firma, to opowiadam, że działam trochę jak w filmach o Bondzie – pozwalam podejrzeć, co się dzieje w jakiejś tajnej bazie niedostępnej dla postronnych.

– Zgadza się. To tak jak na Ziemi – jadąc samochodem, też nie zrobimy zdjęcia i nie sfilmujemy wszystkiego, np. jak skierujemy obiektyw na lewą stronę, to omija nas to, co jest po prawej.

– Jako człowiek wolałbym zarabiać na usługach o innym charakterze, a nie militarnym. Ale rynkiem rządzi prawo popytu i podaży. Trwa wojna w Ukrainie, więc jest popyt na takie usługi, tym bardziej że potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa wzrosła ostatnio dramatycznie. Pięć lat temu, zwłaszcza w Europie, panowało przekonanie, że przecież nic nie może się stać. Dziś to przekonanie zostało mocno podważone, więc zmieniają się priorytety. Z tego podwójnego zastosowania naszej technologii na pewno istotniejsze staje się zastosowanie militarne. Od tego może zależeć bezpieczeństwo niejednego kraju, także naszego.

– Komercyjnie to na pewno dla nas dobry czas. Satelity chciałem budować od zawsze, ale nie do końca chciałem, żeby były wykorzystywane do zastosowań wojskowych. Ale jest, jak jest, i trzeba jakoś zareagować na tę sytuację, skoro mamy w ręku tę technologię. Owszem, mamy częste rozmowy i współpracę z rozmaitymi rządami i agencjami, bo za sprawą wojny w Ukrainie widać jasno, jak kluczowy jest postęp technologiczny. Ta wojna to jest wojna technologiczna. Jednego dnia powstają jakieś drony, zaraz potem – system antydronowy i tak w kółko. Zdolność do rozwoju i adaptacji ma fundamentalne znaczenie, a satelity okazują się kluczowym elementem systemu bezpieczeństwa państwa.

– Okazało się, że jedną decyzją można oślepić wielką armię. Tym bardziej rośnie popyt na nasze usługi, bo na wszelki wypadek każdy chce mieć własne „oczy na niebie”.

– Owszem, najpierw obserwowaliśmy lód. Potem powodzie i wszelkie inne katastrofy naturalne. Jeśli trzeba, patrzymy też na wulkany, wycieki ropy naftowej ze statków czy wycinkę puszczy amazońskiej. Dopiero z czasem dochodziło coraz więcej zadań ze sfery bezpieczeństwa, bo świat zaczął się zmieniać.

– Właściwie tak. W przypadku Amazonii akurat zgłosiły się Brazylijskie Siły Powietrzne. Chciały kupić u nas satelity obserwacyjne, bo wprawdzie już w ten sposób monitorowano puszczę amazońską, ale za pomocą dużych satelitów. Zdjęcia robiono z dużym opóźnieniem i nim się zorientowano, że coś złego się dzieje, to wycinających już nie było na miejscu. A gdyby władze szybciej zauważyły ten proceder, to mogłyby szybciej interweniować. To był nasz pierwszy klient, który zamówił całą konstelację satelitów. Bardzo byliśmy zadowoleni z tego kontraktu i dziś mogę z dumą powiedzieć, że lasy Amazonii są chronione przez nasze satelity.

– Pamiętam ciekawą historię, choć wolałbym nie podawać nazwy firmy. Dostaliśmy kiedyś telefon, że ktoś zgubił statek. I chciał go jak najszybciej odnaleźć. Udało nam się to w kilka godzin. Okazuje się, że wyłączył się z systemu śledzenia radiowego i wtedy właściwie szukaj wiatru w polu. Ale się udało.

– Na razie chyba pozostaniemy w branży pozyskiwania informacji. Cała ta domena wojskowych instrumentów dzieli się na dwie główne części, czyli sensory i efektory. Jestem wielkim zwolennikiem tego, żeby skupić się na czymś i robić to naprawdę dobrze, niż robić wiele rzeczy, ale średnio. Wolimy więc skupić się na sensorach, żeby zdobywać informacje wysokiej jakości, przetwarzać je i jak najszybciej składać fakty w całość, pozwalającą lepiej podejmować decyzje. Jak wszędzie także i w tej branży niezbędna staje się sztuczna inteligencja, a raczej uczenie maszynowe. To fascynująca część tej pracy i myślę, że w ciągu najbliższych pięciu lat czeka nas prawdziwa rewolucja.

– Jest to dość daleko od tego, co dzisiaj robimy. Na razie nie mamy tego w planach, ale czy to znaczy, że nigdy się tym nie zajmiemy? Nie wiem.

– Naturalnie, widać to nawet po samym Starlinku. Notabene, to rynek dość dobrze obstawiony, bo są na nim gracze tradycyjni: Intelsat, Iridium, o których czasem zapominamy. Ale nie brakuje nowych konstelacji, bo poza Starlinkiem jest Kuiper od Amazona czy OneWeb należący teraz do Eutelsatu. Powstaje też projekt europejski, czyli IRIS². Na pewno Chińczycy też budują coś swojego, bo to trochę jak z satelitami GPS, z powodów geopolitycznych każdy duży gracz chce mieć swoją sieć.

– Najczęściej korzystamy ze SpaceX, ale nie tylko. Używaliśmy kiedyś rakiety indyjskiej, rakiet Electron firmy Rocket Lab, włoskiej Vegi. Ale nigdy jeszcze nie wykupiliśmy miejsca na pokładzie francuskiej Ariane. Bardzo czekamy na wysyp nowych europejskich graczy oferujących lekkie i tanie rakiety – takich jak Isar Aerospace czy PLD. Liczymy, że dzięki temu Europa dość szybko zyska większy dostęp do kosmosu niż tylko przez starty Ariane. Myślę, że najbliższe 12 miesięcy będzie bardzo ciekawym czasem w tej branży.

– Kluczowe są dwa elementy: zdolność do utrzymania się na właściwej orbicie i bywa że sprzęt wraca na Ziemię szybciej, niż życzyłby sobie jego właściciel. Ale nasze satelity mają własne silniki, więc są na właściwej orbicie tak długo, jak potrzebujemy. Ale musimy też pamiętać o wieku sprzętu oraz o tym, że kosmos to dość nieprzyjazne środowisko. Z satelitami jest trochę jak z komputerami i iPhone’ami. Po pewnym czasie się starzeją i psują, choć z jednym z naszych najstarszych satelitów, wyniesionym w 2018 r., nadal utrzymujemy kontakt i używamy go do testów oraz robienia zdjęć.

– Tak, mamy panele słoneczne, pokładowe baterie. Ale te komponenty z czasem się psują. Promieniowanie kosmiczne mocno skraca okres żywotności sprzętu na orbicie. Dzisiaj w branży standardowy okres żywotności takiego satelity szacuje się na 3-5 lat. W sumie zbliżony do czasu żywotności iPhone’a.

– Właśnie. Czasami też sobie myślę: fajnie byłoby, gdyby satelita mógł „żyć” na orbicie 6 lub 10 lat. Ale dlaczego nie korzystasz z iPhone’a przez 10 lat? Dziś często nawet nie kupujemy telefonu na lata, tylko go wynajmujemy od operatora. A po 2-3 latach możemy wymienić na nowszy model.

– W USA są dwie firmy, Umbra Space i Capella Space, ale jedna właśnie została przejęta. Są też dwie firmy w Japonii – Synspective i iQPS, ale wszystkie cztery są od nas mniejsze. Na razie, odpukać, idzie nam nieźle, jeśli chodzi o przewagę konkurencyjną, ale nie można się zdekoncentrować, bo to jak z jazdą na rowerze – dobrze być w peletonie, ale wystarczy moment, by ktoś nas wyprzedził.

– Świetna książka swoją drogą.

– Od samego początku marzy mi się, żeby za jakiś czas – może za 10 albo więcej lat – satelity obserwacyjne stały się na tyle dostępne i tanie, żebyśmy my, użytkownicy, korzystali z nich na co dzień i używali tych informacji do podejmowania decyzji. Wyobrażam sobie, że ktoś ma łódź w jakiejś marinie i kiedyś będzie mógł sprawdzić, czy ona wciąż tam stoi. Albo automatycznie dostanie alert, że zniknęła.

– To ja mam taką historię z prawdziwego życia. Nasze satelity są zajęte w różnych miejscach na świecie, ale nad pewnymi obszarami nie mają aż tyle pracy, np. nad Finlandią. Z kolegą Pekką Laurilą, z którym w 2014 r. założyliśmy ICEYE, czasami pływamy w Finlandii kajakami. Kiedy nie mamy pewności, czy szlak jest jeszcze zamarznięty, czy już się da przepłynąć, to czasami przez telefon ustawiamy odpowiednio jednego z satelitów i po jakimś czasie dostajemy zdjęcie tego miejsca. Chciałbym, żeby w przyszłości takie usługi były dostępne dla każdego.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version