Zdumiewające, że wystarczyło trochę zdrapać złotą otoczkę Collegium Humanum, by spod spodu wyszła wielka pustka.
Od blisko dwóch lat Renata Kim i Jakub Korus piszą w „Newsweeku” o Collegium Humanum, prywatnej uczelni, która od 2018 r. w ekspresowym tempie zaopatrywała w dyplomy MBA zastępy kandydatów do pracy w zarządach i radach nadzorczych rozmaitych spółek.
Założyciel i rektor uczelni, dziś podpisywany już tylko jedną literą nazwiska, wyczuł moment, kiedy szeregi partyjnych towarzyszy będą potrzebować szybkiego i niedrogiego sposobu na zdobycie uprawnień do konsumpcji fruktów w spółkach skarbu. Bo PiS, aby uniknąć wpadek, takich jak z Bartłomiejem Misiewiczem, postawiło w 2017 r. wymóg: jakieś wykształcenie lub dyplom MBA trzeba mieć. Ale prawdziwe MBA to dwa lata ślęczenia nad skomplikowaną wiedzą i koszt nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. A gdyby zrobić to w kilka miesięcy albo tygodni i za kilka tysięcy? Na tę szkolną magię jak z Hogwartu chętnych były tłumy, nie tylko w PiS. W samorządach wszelkich barw też nie brakowało posad do obsadzenia.
Uczelnia rozwijała się prężnie, rektor Paweł C. paradował w widowiskowych gronostajach, a na publicznych imprezach towarzyszyli mu celebryci, tacy jak Doda czy Krzysztof Cugowski, politycy i duchowni. Do tego dochodziła współpraca z zagranicznymi uczelniami o poważnie brzmiących nazwach: londyńska Apsley Business School, Limburg Graduate School of Business w Maastricht czy Swiss School of Management w Rzymie.
Zdumiewające, że wystarczyło trochę zdrapać tę złotą otoczkę, by spod spodu wyszła wielka pustka. Wiele dyplomów z Collegium Humanum okazało się nic niewartymi papierami, które czasem wydawano po prostu na polecenie rektora, nie dbając o weryfikację stanu wiedzy posiadacza. Zagraniczne uczelnie albo w ogóle nie istnieją, albo sprowadzają się do mosiężnej tabliczki przy drzwiach. Tyle ustaliła JEDNA dziennikarka, która w tydzień objechała rzekome siedziby owych uczelni. A kiedy po wyborach za biznes na szkole biznesu w końcu zabrały się prokuratura i CBA, zatrzymano dziewięć osób, z czego siedem, na czele z rektorem, siedzi w areszcie tymczasowym. Lista zarzutów wydłuża się z każdym tygodniem: kierowanie grupą przestępczą, mobbing, molestowanie seksualne, przyjmowanie korzyści majątkowych przez pracownika Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która ma pilnować poziomu edukacji.
Jak to się mogło wydarzyć? Do jesieni zeszłego roku rektora Pawła C. chronił polityczny parasol: cieszył się zaufaniem ministra edukacji, a także rozdzielanymi przez niego dotacjami, dostał nawet list z gratulacjami od samego prezesa Kaczyńskiego. Ale „te zwyczaje się skończyły” – by zacytować prezesa z przedwyborczego spotu.
Na tym jednak nie koniec. Przed tygodniem Anna Mierzyńska z Oko.press opisała kontakty uczelni rektora Pawła C. z Rosyjską Akademią Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej, a także z białoruską Państwową Akademią Łączności. Sam rektor od lat obracał się w kręgach ludzi związanych z dawnym Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Kto wie, czy polityczno-łapówkarski skandal w edukacji nie okaże się czymś jeszcze groźniejszym.


