My, członkowie tak zwanego liberalnego i lewicowego dyskursu, wyszliśmy w rozmowie z Ukraińcami na frajerów. Bo, jak zawsze, próbowaliśmy przenieść poziom debaty z sąsiadami z prostackiego nacjonalistycznego okładania sie kijami po głowach na poziom autorefleksji i samokrytycyzmu. Tak, jak to się udało w innych miejscach, które w Europie zaczęły się dogadywać po latach konfliktów. Niemcy z Francją, Francja z Wielką Brytanią itd.
Na taki poziom, na jakim wcześniej nam się udało dogadywać, a udało przecież ze wszystkimi: od Niemców po Litwinów.
Niestety – Ukraina tu nie dowiozła. I smutna prawda jest taka, że faktycznie zwolennicy okładania po głowach mają trochę racji: wyszliśmy na frajerów. W relacjach z Ukrainą. Bo tam, gdzie byli partnerzy do rozmowy na tym samokrytycznym poziomie, to okazało się, że z wszystkimi się porozumieliśmy. I zawsze było z kim rozmawiać, i zawsze się dogadywaliśmy. Z Niemcami, z Czechami, Słowakami, Litwinami. Tylko z Ukraińcami się nie udało. Okazuje się, że przez cały czas gadaliśmy sami do siebie. A Ukraińcy tylko kiwali głowami.
Gdy my mówiliśmy „Polska popełniała błędy takie a takie”, oni nie mówili, jak np. Niemcy „a Niemcy popełniały błędy takie a takie”, tylko mówili: „tak. Polska popełniała błędy takie a takie”. W sumie już to dawno widziałem. Ale czasem człowiek wybiera bycie ślepym.
Po polskiej stronie bowiem jest mnóstwo Polaków broniących Ukraińców. Nawet ja – raz krytykując jakieś ukraińskie głosy, innych bronię. Staram się wypośrodkować, bo uważam, ze tak trzeba. Więc tak, Polacy bronią Ukrainy często nawet mocno kosztem własnej narracji. Po drugiej stronie tego fenomenu nie ma.
A potem wychodzi jedna czy druga osoba i twierdzi, że to wszystko to tylko wina „gardzących Ukrainą Polaków”, bo „nikt im nie tłumaczy Ukrainy”. Co jest tak potworną bzdurą, że ręce opadają. W drugą stronę nie ma nawet próby zrozumienia, nie wspominając o jakiejkolwiek symetrii w „próbach tłumaczenia”. Strasznie to jest przykre i dołujące. I zniechęcające.
Ja rozumiem, że jest wojna i wojenne tabu każde razem bić w tarabany, żeby nie być uznanym za „zdrajcę”. Ale potwornie mnie to rozczarowuje.
Nie boimy się silnej Ukrainy. Boimy się Ukrainy nieodpowiedzialnej
Wspieram Ukrainę nadal. Ale bardziej już z poczucia przyzwoitości, a nie z odruchu serca.
Bo przerażające jest to, jak bardzo ludzie, którzy przecież zawsze byli wyrafinowanymi intelektualistami, dziś nawet nie próbują zrozumieć drugiej strony i jak bardzo fiksują się na swojej paranoi, że Polacy „boją się silnej Ukrainy”.
Nie. Polacy boją się Ukrainy nieodpowiedzialnej. I niedialogowej. Czyli Ukrainy z takimi ludźmi jak ci intelektualiści, którzy opowiadają tylko buńczuczne monologi, jak to cały świat się na nich uwziął. Ze szczególnym uwzględnieniem Polski, którą interpretują jako całość.
Ja nadal wspieram i będę wspierał Ukrainę. Ale to nie znaczy, że nie można czasem Ukraińcom czegoś przykrego powiedzieć i że trzeba chodzić wokół nich na paluszkach.
Dobra, to teraz coś pozytywnego, z nadzieją na przyszłość
Ale nie tylko debatą świat stoi. Bo czasem wydaje się, że wszystko przepadło. Ludzie, których miało się za rozumnych i otwartych – oszaleli, wszędzie hejt. A potem wchodzi się, na przykład, na news ukraińskiego Kanału 5 o gdańskiej konferencji, czyta komentarze Ukraińców, a tam same pozytywy. Że Zełenski powinien mimo wszystko pojechać do Gdańska, że relacji z Polską nie należy psuć, i tych komentarzy dziesiątki i dziesiątki. I widać, że to tylko tak zwana „debata specjalistów” oszalała. A świat – nie.
Tak zwany „zwykły człowieku”, ty, który mówisz „byle tylko nie było wojny”, ty, który chcesz tylko zgody i spokoju, ty, przezywany przez wielce zaangażowanych dyskutantów „lemingiem”, „biomasą” itd – w Tobie nadzieja. Jak zawsze.













