— Pozytywiści to lewacy, którzy odważyli się twierdzić, że liczą się sprawiedliwość społeczna, edukacja i gospodarka. I generalnie — że przyszłość jest ważniejsza od przeszłości. Jak można tak mówić — zakrzyknęli narodowcy — kiedy nie ma Polski! — opowiada prof. Ryszard Koziołek, literaturoznawca. To, że jesteśmy w stanie kibicować Wokulskiemu, nazywa „majstersztykiem pisarskiej manipulacji”.

Prof. Ryszard Koziołek: Większość popularnych powieści jest o tym, czego nam najbardziej brakuje. A więc o pieniądzach, miłości, sprawiedliwości, której daremnie oczekiwać w świecie. Od czego jest jednak literatura? Tak, Wokulski chce sprawiedliwości. Jest 45-letnim facetem, który swoje w życiu przeszedł. Walczył w powstaniu styczniowym, a kiedy wraca po siedmiu latach z zesłania, czuje się wykiwany. Podczas gdy on był na Syberii, inni się urządzili albo przyjęli wobec Rosjan postawę oportunistyczną. I w dodatku kpią z jego ideałów i ambicji naukowych.

On sam i czytelnicy uważają, że zasługuje wreszcie na coś dobrego: miłość kobiety chociażby. Majątek zapewnia sobie sam. Również Rzecki oczekuje sprawiedliwości, tyle że w wymiarze historycznym. Stąd jego obsesja na punkcie Napoleona, co może się błędnie wydawać bzikiem starszego pana.

— W „Lalce” często mamy do czynienia ze zwodniczym stylem humorystycznym, który czyni temat pozornie niepoważnym. Sam przez lata nabierałem się na Rzeckiego w kostiumie nieszkodliwego dziwaka. Momentem zwrotnym była lektura jednej z późnych „kronik” Prusa, z 1910 r., mającej tytuł: „Czego nie nauczyły nas dzieje Napoleona”. Prus na dwa lata przed śmiercią pisze o Napoleonie, który dla niego jest nie tyle wielkim wodzem, ile nauczycielem ludzkości, uczącym nas, jak dyscyplinować się jako jednostki i społeczność, aby osiągać zarówno zwykłe, jak i wielkie cele. Napoleon to nie tylko przykład osobisty, ale i nauczyciel dysponujący przemocą w „dobrym” celu. To apologia oświeconej przemocy. I tu pojawia się coś, co wydaje mi się cechą całego pokolenia — impas projektu wczesnomodernistycznego zwanego pozytywizmem. Dajemy ludziom wykształcenie, poprawiamy im warunki życia, ale oni nadal nie są dobrzy! Jako społeczeństwo ciągle zawodzą, ciągle rozczarowują.

— Ależ oczywiście.

— Momentem założycielskim dla rozczarowania inteligencji społeczeństwem jest właśnie XIX w. Czyli czas, gdy inteligencja pojawia się na mapie społecznej Polski. Widać entuzjastyczną wiarę w pracowitość i edukację, gdy czytamy pisma pozytywistów z lat 60. i 70. XIX w. Oni naprawdę są przekonani, że jeśli damy ludziom edukację i dobre warunki bytu, to staną się dobrymi ludźmi.

— Rzecki, a w moim przekonaniu sam Prus, mówi: bez przymusu to się nie uda. Trzeba zmusić ludzi, żeby byli dobrzy.

— I kto politycznie zagospodarował te nastroje na początku XX w.? Narodowa demokracja, do której było blisko na przykład Reymontowi czy Wyspiańskiemu… Skryta niewiara w emancypację, w powszechną równość polityczną, w demokrację — to głęboki kompleks polskiej literatury nowoczesnej, począwszy od pozytywizmu.

— Nie wiem. Ale są takie przesłanki w ich twórczości i biografii. Testem dla pierwszej fazy polskiej nowoczesności była rewolucja 1905 r., która umożliwiła pierwszy wielki sukces polityczny endecji. Wokulski jest pełen gniewu i rozczarowania kondycją polskiego społeczeństwa; jego małością, intrygami i egoizmem. Widzi to Rzecki, który w pamiętniku pisze, że Staś mu często wspominał, że chciałby obrócić wszystko w perzynę i wysadzić świat w powietrze.

Z drugiej strony wydaje się kompletnie apolityczny. Polityka międzynarodowa to dla niego tylko gra interesów, a naiwniakom mydli się oczy wielkimi ideami. Tu drogi przyjaciół Rzeckiego i Wokulskiego rozchodzą się bezpowrotnie.

— Bo Prus nam uświadamia, że XIX w. się nie skończył. Podziały, o których mówimy i których jesteśmy efektem — na Polskę Kaczyńskiego i Polskę Tuska — mają swoje korzenie w XIX w. Wówczas trzeba było zacząć wymyślać Polskę, która nie miała precedensu. Pozytywiści to lewacy, którzy odważyli się twierdzić, że liczą się sprawiedliwość społeczna, edukacja i gospodarka. I generalnie — że przyszłość jest ważniejsza od przeszłości. Jak można tak mówić — zakrzyknęli narodowcy — kiedy nie ma Polski! Najpierw Polska, potem wszystko inne. Czy już istniejemy? Czy jesteśmy suwerenni? No pewnie, że nie, bo oddaliśmy się Unii… No i tak to trwa.

Mam dla pozytywistów ogromny szacunek. Kilkuset ludzi w trzech zaborach postanowiło zrobić nowoczesną Polskę bez własnego państwa. To się nie mogło udać, bo inteligencja jest równie niebezpieczna, co broń w rękach powstańców. I okupanci świetnie o tym wiedzieli. Orzeszkowa opisała to w noweli „ABC”. Nawet jak uczysz dziecko alfabetu, jesteś zagrożeniem dla systemu. Ale główną przeszkodą było to, że większość społeczeństwa, czyli chłopi, nie miała żadnej świadomości politycznej, w ogromnej części nie umiała czytać ani pisać.

— Otóż to. Pozytywiści uważali, że podstawowym celem jest nauczyć ich czytać i pisać. To ważne. Ale ważniejsze, że chłopi dopiero niedawno zostali wyzwoleni z niewolniczej pańszczyzny. Niestety, przez zaborców i wbrew woli szlachty. I to trwały składnik ludowej pamięci. Poza tym chłopi mówią i modlą się po polsku, bo Kościół pozostanie przez całe zabory instytucją języka polskiego. Dlatego, moim zdaniem, wieś będzie w swoim rdzeniu długo jeszcze narodowa i konserwatywna. Pozytywizm — choć zrobił dla wiedzy o życiu chłopów więcej niż „Chłopki” Kuciel-Frydryszak — był ruchem miejskim. „Antek” czy „Janko Muzykant” to agresywna literatura zaangażowana warszawskich lewaków, którzy nagle przestraszyli się swoich haseł. I słusznie, bo „uobywatelniony” chłop w wolnej Polsce będzie słusznie domagał się swoich praw, ale także zadośćuczynienia za wieki wyzysku. I oni to zrozumieli i swój impet rewolucyjny wyhamowali. Doskonale widać to w następnym pokoleniu, przede wszystkim w „Chłopach” Reymonta, którzy powinni zrobić w Lipcach rewolucję, ale nie robią, bo im autor nie pozwala. Najpierw niepodległość.

— Pamięta pan z dzieciństwa taką zabawę, że stawało się na brzegu basenu i mówiło: skaczemy na trzy! I zawsze jakiś frajer skoczył. To sytuacja, której Prus doświadczył, a potem przeniósł na Wokulskiego: skoczył i wylądował na Syberii. A ci na brzegu się z niego śmiali. Nie dziwmy się jego rozczarowaniu.

— Tak. To szarża bez trzymanki ze strony Prusa. A zarazem majstersztyk pisarskiej manipulacji. Wyobraźmy sobie, że ktoś zaopatruje armię Putina w Ukrainie, a my go lubimy i kibicujemy jego planom zdobycia ukochanej. Więcej nawet, uważamy Izabelę za idiotkę, ponieważ nie zakochała się w nim od razu.

— Mydliny sprawiają, że łzawimy i nie dostrzegamy, że to nie jest żaden projekt filantropijny. To tylko impulsy, nie ma w nich wiele współczucia. Wokulski spotyka w kościele Mariannę i mówi jej, żeby przyszła, to da jej pracę. Ona przychodzi i widząc Wokulskiego i Rzeckiego, pyta: „Dwóch?”. Bo przyszła do pracy, czyli prostytuować się. Wokulski wysyła ją do sióstr magdalenek, a potem mówi: „Nie widziałem jeszcze podobnego bydlęcia, chociaż znam dużo bydląt”.

— Imponuje nam bohater, który ma moc i jest skuteczny. Co postanowi, to zrobi. Symbolizuje ludową fantazję o dobrym złoczyńcy, który wymierza sprawiedliwość, trochę w stylu Robin Hooda. Idzie przez świat i dokonuje szybkich, skutecznych gestów korekty zepsutego świata. Jest pierwszym polskim literackim kapitalistą — jego siłą są pieniądze. Ale strzelać dobrze też potrafi. „Lalka” jest taką inteligencką fantazją o przemocy — i nowoczesnej, i tradycyjnej — do której nie ma dostępu bezradny inteligent.

— Fantazja o sprawiedliwej przemocy jest jedną z najmocniejszych w tej powieści.

To, co robi Prus, jest trochę dziecinne, bo mówi nam: wszyscy byśmy tak chcieli. Prostytutka? Wyciągnę ją z bagna. Przymierający głodem Wysocki? Dajmy mu pracę za dziesięć rubli. Zły arystokrata? Doprowadzimy go do bankructwa. Arogancki Krzeszowski? Upokorzymy go, raniąc, choć nie zabijając.

Chrześcijańska zasada nadstawiania drugiego policzka jest już nieaktualna. Jeśli ten zły i niemoralny jest silny, to my też, jeśli chcemy być skutecznie dobrzy, musimy być silni. I Wokulski nam to daje pasywnie odczuć. Tylko Izabela zostaje wyłączona z jego wpływu, choć przecież on mógłby mieć ją za żonę już w piątym rozdziale powieści, kiedy wykupił weksle Łęckiego. Mógł pójść do niego i powiedzieć: puszczam te weksle na rynek i jesteś pan bankrutem. A wtedy Łęcki oddaje mu córkę natychmiast.

— Myślę, że Prus zaprosił nas do wspólnej z nim refleksji: czego nie można kupić w świecie, który twierdzi, że wszystko jest na sprzedaż. Oczywiście, natychmiast mówimy: miłość, przyjaźń. Słusznie, ale skąd Wokulski ma wiedzieć, że Izabela kocha go naprawdę, a nie jego pieniądze? To nie jest odpowiedź „Lalki”. Tam się szuka raczej poczucia sensu życia, czegoś jeszcze bardziej tajemniczego niż miłość.

Izabela jest zakładniczką żądania Wokulskiego, żeby jego bezsensowne, chaotyczne życie 45-latka objawiło wreszcie jakiś cel. I tak się dzieje. Życie Wokulskiego nie ma żadnego sensu, jest serią pomyłek i porażek: osierocony, zdegradowany szlachcic, pomocnik kelnera u Hopfera, pogardzany i wyśmiewany, zesłaniec, zdrajca narodu, małżeństwo z Minclową… Dwie trzecie życia minęło. Co teraz? Pojawia się Izabela, która powoduje, że Wokulski wraca do gry. Ona mu scala wszystkie rozsypane elementy życia — w fantazji Wokulskiego — i buduje z nich logiczną całość.

— To ciekawe, że czytelnik widzi bohatera w związku z każdą, byle nie z Łęcką. Wokulskiego łączą relacje z czterema kobietami — Minclową, Wąsowską, Stawską i Łęcką — niczym cztery damy w talii kart. Żadna do niego nie pasuje, pragnie tylko jednej.

— Stawska byłaby powtórzeniem małżeństwa z Małgorzatą Mincel. Poza tym ona nie kocha Wokulskiego. Jest mu wdzięczna za opiekę, za pomoc podczas procesu o kradzież lalki, ale jako mężczyzna nie budzi w niej dreszczy. Za mąż wychodzi za Mraczewskiego, subiekta, którego Wokulski wyrzucił z pracy, bo pozwalał sobie flirtować z Izabelą na jego oczach. Wydawałoby się, że to arystokratyczna aura Izabeli przydaje jej wyjątkowości. Ale Wąsowska należy do tej samej sfery, a jednak nic się między nimi nie wydarza.

Czy zastanawiałeś się nad tym, jak wyglądałaby ta powieść, gdyby Prus był pisarzem emigracyjnym? Oto młody Prus po powstaniu styczniowym wyemigrował do Paryża i napisał „Lalkę”, ale poza cenzurą. Co byłoby w tej powieści, a czego Prus nie wstawił do swojej książki?

— Byliby przede wszystkim Rosjanie, których w „Lalce” nie ma. Czy to byłaby lepsza powieść? Nie sądzę. Nam dzisiaj „Lalkę” czyta się tak dobrze, bo nie ma w niej Rosjan.

— Rosyjski biznesmen to nie Rosjanie, czyli rosyjski aparat, policja, władza.

Czy nie jest tak, że „Lalka” jest w gruncie rzeczy powieścią o wolnym mieście, o wolnych ludziach, o wolnej Polsce?

— Akcję — z niewielkimi modyfikacjami — można by przenieść do każdej stolicy europejskiej. Kiedy czytasz „Dziady” Mickiewicza, musisz być stąd, bo one są kompletnie nieczytelne poza polskim kontekstem. „Lalkę” może przeczytać współczesny Polak mający mgliste pojęcie o XIX w.; podobnie jak i Francuz, Niemiec, Włoch.

— Musieliby, jeśli nadal byłaby to współczesna powieść realistyczna XIX w. Ale jest inny problem. Prócz braku Rosjan — co można tłumaczyć cenzurą — tam w ogóle nie ma proletariatu. A przecież jeśli szukać sił społecznych, które dokonają fundamentalnych zmian w krajach Wschodu i Zachodu, to będą nimi robotnicy. W tej największej polskiej powieści o pieniądzach nie pada kluczowe pytanie: skąd się one biorą?

Jeśli przeprowadzisz analizę zasobów finansowych bohaterów „Lalki”, to niewiele się dowiesz o ich prawdziwym pochodzeniu. Są bohaterowie, którzy w ogóle nie mają pieniędzy albo mają ich bardzo mało — to subiekci, służące itd. Są tam tzw. stare pieniądze — Łęccy, Krzeszowscy, Wąsowska, Zasławska — które są z odziedziczonego kapitału, dzierżaw, czynszów etc. Ale już się kończą bądź zamieniają się w długi i weksle. Są pieniądze „obce” — rosyjskie (Suzin), żydowskie (Szlangbaum), niemieckie (Minclowie). I są pieniądze Wokulskiego, których dzieje poznajemy dość dokładnie. Pieniądze z handlu. Nie ma natomiast pieniędzy z produkcji.

Oto paradoks Prusa — pisarza mieszczańskiego i pozytywisty — który mówi nam, że większość pieniędzy ma skazę założycielską, bo zostały zbudowane na przekręcie, wyzysku bądź dziedziczeniu. Dlaczego nie widzi tego, co opisze Reymont w „Ziemi obiecanej”, pieniędzy wypracowanych przez robotników zatrudnionych w przemyśle?

— Bo to wielka polska powieść współczesna. Najtrudniejsza rzecz do napisania. Transmutacja dziejącej się rzeczywistości w mit, który odtąd jest domem dla wszystkich. Taka powieść jest macierzą, matrycą; symbolicznym środowiskiem, w którym możemy rozumnie ulokować albo wypróbować nasze wyobrażenia, czym jest świat i czym jestem ja — ludzka jednostka ze swoimi problemami, doświadczeniami, nadziejami i fantazjami, które w moim umyśle nie mają zadowalającego dyskursywnego ujęcia. A za sprawą tej powieści zyskują. Czytam i wydaje mi się, że wiem, kim jestem i jaki jest świat, dzięki podobieństwom i różnicom z bohaterami powieści.

Niezwykłość „Lalki” jest pewnie także wynikiem konkurencji z Sienkiewiczem, który wówczas był bożyszczem czytelników i celebrytą literackim. Kiedy Prus zaczyna publikować „Lalkę”, triumfy święci „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza. Koledzy pozytywiści jednak nie szanowali za bardzo Sienkiewicza, bo nie napisał powieści współczesnej. Prus podejmuje rękawicę.

— Kompletna klęska. Niemniej wkrótce potem napisze „Quo vadis” i pozamiatane. Stanie się gwiazdą światową.

— To nie była tylko rywalizacja dwóch wielkich polskich prozaików na tematy i czasy, ale także eksperymentowanie z formą powieściową. Prus zrezygnował z czegoś, co było świętością w XIX-wiecznym realizmie, czyli z zasady, że narrator nie kłamie. I co za tym idzie, że czytelnik jest przez niego prowadzony za rękę, tak jak zrobiła to Orzeszkowa w „Nad Niemnem”. U Prusa świat jest wydany na pastwę dwóch narratorów i wielu postaci, których relacje są podejrzane, ale innych nie mamy. Jak choćby Wokulskiego, jak się dorobił 300 tys. na wojnie.

— Na pewno jeśli chodzi o kompozycję powieściową, budowanie świadomych luk narracyjnych, które wydają się zdradzać brakoróbstwo, a według mnie są starannie przemyślane. I pokazują niedoskonałość tego świata, w który Prus już nie wierzy.

— Już po „Lalce” Prus w jednym z tekstów publicystycznych napisał, że po pozytywizmie została tylko kupa śmieci. To bolesne wyznanie na temat klęski jego ideałów. „Lalka” jest więc powieścią o straconych złudzeniach, i to na wielu poziomach. Z wielkiego projektu zbudowania wspaniałego sklepu, potężnej firmy do handlu ze Wschodem, integrowania arystokracji z mieszczaństwem, wreszcie szczęścia osobistego — nie zostaje nic. Tylko zgliszcza. I taki stan świadomości ma Wokulski u schyłku powieściowej fabuły.

— Nie wiemy, ponieważ Prus nie powiedział nam, co się z nim stało. Prus jest trochę jak szachista, który widzi na kilka ruchów do przodu, że możliwości się wyczerpały, i poddaje partię, czyli usuwa bohatera z szachownicy. Cóż byłoby odwrotnością klęski? Małżeństwo z Izabelą? To dopiero byłaby klęska!

Zresztą porażka jest postanowiona, zanim zaczęliśmy czytać powieść.

Klęską dla pozytywisty jest niemożliwość budowy społeczeństwa jako rozumnej, przyjaznej, równomiernie rozwijającej się wspólnoty. Punktem wyjścia jest dobra relacja z bliskim — partnerem, sąsiadem, przyjacielem. To w „Lalce” nie zachodzi. Jakąkolwiek postać wymienisz w „Lalce”, to ona jest albo samotna, albo owdowiała, albo w rozbitym związku. Wąsowska — wdowa, Krzeszowscy — w separacji, Łęcki — wdowiec, Stawska — porzucona, Ochocki — kawaler, Rzecki — stary kawaler, Starski — singiel, Wokulski — wdowiec. Galeria samotników. Prus świadomie, perwersyjnie zniszczył ludzkie relacje w tej powieści.

— Dlatego to jest właśnie nieprawdopodobne i nierealistyczne. To jest dystopijne. Prus daje w pysk pozytywnej utopii, która wiąże szczęście jednostki z pożyteczną przynależnością do społeczeństwa. Jakby chciał powiedzieć: nie łudźcie się, że stworzycie jakieś społeczeństwo, skoro nie umiecie zbudować przyjaźni lub miłości. Jak pisał Kafka, dwie samotności nie stworzą ojczyzny.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version