Czy można być zielonym patriotą? Czy przekonania religijne wpływają na zachowania proekologiczne? I jak mówić o zagrożeniach związanych ze zmianami klimatu, by nie paraliżowały strachem, ale mobilizowały do działania — mówi prof. Adrian Wójcik z Katedry Psychologii Społecznej i Środowiskowej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Prof. Adrian Wójcik: Na poziomie deklaratywnym sytuacja prezentuje się rzeczywiście bardzo obiecująco. Gdy pytamy respondentów o znaczenie przyrody w ich życiu, o to, czy cenią sobie przebywanie w środowisku naturalnym, czy też uważają ochronę środowiska za istotną — uzyskujemy niemal jednomyślne poparcie. Pod tym względem jesteśmy jak kraje skandynawskie, gdzie troska o przyrodę stanowi głęboko zakorzenioną wartość społeczną. Jednakże, gdy przechodzimy do bardziej szczegółowych kwestii — dotyczących konkretnych postaw wobec zmian klimatycznych czy poparcia dla określonych polityk środowiskowych — odpowiedzi przestają być już takie zgodne.

— Ludzie niesłusznie myślą, że ochrona środowiska powinna się odbywać przede wszystkim na poziomie zachowań indywidualnych. Uważa się, że działania takie jak ograniczenie konsumpcji czy recykling — podejmowane przez każdą jednostkę z osobna — wystarczą do ochrony planety. Brakuje natomiast społecznej akceptacji dla inicjatyw o charakterze kolektywnym — jak na przykład udział w protestach społecznych — oraz dla zmian systemowych.

— Jesteśmy wychowywani w przekonaniu, że zachowania proekologiczne mają charakter wyłącznie indywidualny. Przynajmniej od początku XXI w. funkcjonuje pewna strategia oddziaływania na społeczeństwo, w ramach której propaguje się tezę, że działania jednostki wystarczą do ocalenia naszej planety.

Jest to często strategia wykorzystywana przez wielkie korporacje, których działalność powoduje zanieczyszczenie środowiska naturalnego. W literaturze przedmiotu funkcjonuje określenie „carbon majors” — odnosi się ono do firm paliwowych, producentów plastiku, a także krajów, których gospodarka opiera się w znacznej mierze na przemyśle wydobywczym. Podmioty te dążą do przeniesienia odpowiedzialności ze szczebla korporacyjnego na poziom jednostkowy.

Niestety, wiemy, że takie strategie odnoszą skutek. Badania prowadzone w innych krajach pokazują, że samo informowanie ludzi o skuteczności zachowań indywidualnych lub prośby o przypomnienie sobie ostatnich działań proekologicznych — na przykład pytanie „jak oszczędzasz energię elektryczną” — powodują przynajmniej przejściowe osłabienie poparcia dla działań kolektywnych oraz polityk systemowych, takich jak wprowadzanie systemu kaucyjnego czy norm emisyjnych.

— To bardzo ciekawe, bo do niedawna z badań wychodziło, że u nas jest zupełnie inaczej niż np. w USA. Tam niemal wszystko można wyjaśnić poprzez pryzmat podziału na republikanów i demokratów. W Polsce przez długi czas sytuacja wyglądała odmiennie — ogólnie rozumiana lewicowość lub prawicowość nie pozwalały przewidzieć, czy dana osoba będzie się zachowywać proekologicznie i udzielać poparcia inicjatywom środowiskowym. Dopiero w ciągu ostatnich kilku lat ten stan rzeczy zaczął się zmieniać.

— W naszych badaniach — zapoczątkowanych w 2018 r. i kontynuowanych do dziś we współpracy z prof. Aleksandrą Cisłak z Uniwersytetu SWPS oraz prof. Aleksandrą Cichocką z University of Kent — sprawdzamy związek między różnymi formami identyfikacji narodowej a poparciem dla polityk środowiskowych. Zasadnicze pytanie brzmi: czy można być zielonym patriotą? W dyskursie nacjonalistycznym często dochodzi do odrzucenia postulatów proekologicznych. Nie musi to być jednak tendencja uniwersalna.

Po pierwsze, identyfikację ze swoim narodem czy grupą można rozumieć na sposób bezpieczny: „Czuję się podobny do innych członków mojego narodu, jestem z niego dumny”. Można jednak również mówić o identyfikacji defensywnej: „Uważam, że mój kraj lub członkowie mojej grupy powinni mieć więcej do powiedzenia, czuję, że mój kraj jest niedoceniany”. Ten drugi typ identyfikacji charakteryzuje się tym, że z jednej strony bardzo pozytywnie oceniamy swoją grupę, lecz z drugiej — ten nadmiernie pozytywny wizerunek wymaga stałej weryfikacji ze strony innych.

— W naszych badaniach bardzo regularnie obserwujemy, że pozytywny związek z postawami proekologicznymi wykazuje bezpieczna forma identyfikacji — którą moglibyśmy określić mianem patriotycznej. Osoby identyfikujące się w ten sposób są skłonne chronić Puszczę Białowieską czy Mierzeję Wiślaną, a także akceptują transformację energetyczną. Natomiast osoby reprezentujące defensywną formę identyfikacji — którą można określić jako bardziej nacjonalistyczną — odrzucają polityki środowiskowe.

— Nasze badania zostały w pewnej mierze zainspirowane wydarzeniami z 2018 r. i sporem wokół Puszczy Białowieskiej. Wówczas toczyła się dyskusja na temat zwiększenia wycinki. Zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego ludzie deklarujący przywiązanie do Polski jednocześnie chcą zniszczyć jeden z największych naszych skarbów przyrodniczych — ostatni fragment pierwotnej, dziewiczej puszczy europejskiej. Okazało się, że przyczyna tkwi w tym, że mogą oni w ten sposób chcieć udowodnienia wielkości swojej grupy. Na przykład: wytniemy Puszczę Białowieską, ponieważ Komisja Europejska radzi nam inaczej. To nielogiczne, ale tak bronimy suwerenności — a właściwie ją demonstrujemy. Pokazujemy, że jesteśmy silni i mocni, a nawet gotowi jesteśmy promować działania, które mogą się okazać dla nas szkodliwe.

— Przeprowadziliśmy analogiczne badania w Teksasie, gdzie pytaliśmy o to, czy Teksas powinien zachować niepodległość energetyczną. Stan ten należy bowiem do nielicznych w Stanach Zjednoczonych, które dysponują własną, niezależną siecią energetyczną. Rozwiązanie to ma swoje zalety i wady. Główną wadą okazała się sytuacja z 2021 r., kiedy nagły atak śnieżycy doprowadził do załamania całego systemu. Sieć energetyczna uległa awarii, a brak połączeń z innymi stanami uniemożliwił skorzystanie z zewnętrznych źródeł energii. Okazało się, że mimo tego kryzysu osoby reprezentujące defensywną formę przywiązania wciąż opowiadają się za niepodległością energetyczną, mimo że nie leży to w interesie ich grupy.

— W 1967 r. ukazała się praca historyka Lynna White’a Jr., który przyczyny dawnych kryzysów ekologicznych upatrywał w chrześcijańskim zaleceniu „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Zgodnie z tą interpretacją można traktować ludzi jako stojących wyżej w hierarchii bytów niż przyroda czy natura, co prowadzi do nadużywania zasobów ziemskich. Współcześnie jednak kwestia związku między religijnością a postawami środowiskowymi nie jest już tak oczywista.

Z jednej strony mamy ludzi, którzy rzeczywiście mogą się podpisać pod hierarchiczną wizją bytów, ale w różnych religiach świata znajdziemy też ruchy silnie podkreślające jedność człowieka z naturą i nawołujące do troski o nią. Przeprowadzone w kilkudziesięciu krajach świata badania pozwoliły określić, czy ludzie deklarujący się jako religijni bardziej popierają dbanie o środowisko naturalne. Okazuje się, że osoby deklarujące się jako chrześcijanie, muzułmanie czy buddyści są wciąż nieco mniej prośrodowiskowe niż ateiści. Na szczęście różnica jest bardzo mała. Dodatkowo ogranicza się do osób, które deklarują się co prawda jako wierzące, ale duchowość religijna nie jest dla nich zbyt ważna.

— Do niedawna duże organizacje komunikowały się w sposób bardzo ogólny i globalny, co było w moim odczuciu błędem. Na przykład mówiąc o zmianie klimatu, koncentrowały się na jego skutkach dla całego świata lub przedstawiały ofiary z krajów globalnego Południa. Oczywiście jest to niezwykle ważne — wiemy przecież, że skutki zmian klimatycznych nie są rozkładane sprawiedliwie i że kraje biednego Południa, szczególnie państwa wyspiarskie, cierpią lub będą szczególnie cierpieć w wyniku tych zmian. Problem polegał jednak na tym, że taki sposób komunikacji nie pozwalał na zbudowanie silnej więzi empatycznej z ofiarami, która motywowałaby nas do działania. Druga kwestia dotyczyła częstego używania języka zagrożenia planetarnego — przedstawiania zmian klimatu jako czegoś, co dotyka całą planetę. Problem polega jednak na tym, że wobec tak ogólnego i wielkoskalowego zagrożenia tracimy poczucie sprawczości. Nie wiemy, co konkretnie możemy zrobić i czy nasze drobne działania mają sens. Po trzecie wreszcie, jako ludzie jesteśmy optymistami środowiskowymi — wierzymy, że gdzieś w świecie może będzie źle, ale u nas sytuacja będzie lepsza, nas kryzysy globalne nie dotkną.

— Tak. Dzisiaj jednak widzę, że to się zmienia. Komunikacja koncentruje się na zagrożeniach lokalnych i ich skutkach — takich jak susza w Polsce czy gwałtowne zjawiska pogodowe, na przykład intensywne opady. Mówi się o konsekwencjach dla Polski czy najbliższej okolicy, a nie dla świata jako całości. Poza tym coraz częściej porusza się kwestie zagrożeń, które możemy bezpośrednio zobaczyć lub odczuć.

Jedną z najlepszych kampanii proekologicznych ostatnich lat była inicjatywa Polskiego Alarmu Smogowego pod hasłem „Zobacz, czym oddychasz”. Przyczyniła się do tego, że praktycznie wszystkie sejmiki wojewódzkie podjęły uchwały ograniczające stosowanie paliw stałych do codziennego ogrzewania. Pamiętam również świetną kampanię Greenpeace’u, która umożliwiała sprawdzenie na mapie Polski jakości powietrza w okolicy szkoły lub przedszkola, do którego uczęszcza nasze dziecko. Sam sprawdzałem powietrze w pobliżu przedszkola mojego dziecka. I dowiedziałem się, że w przedszkolu mamy o 6 proc. więcej zachorowań na choroby płuc, na przeziębienia i inne choroby, które wynikają z kiepskiej jakości powietrza w jego okolicy. Świetna motywacja do działania lokalnego.

— Ogólnie ludzie niechętnie przyjmują zakazy, a chętniej reagują na systemy nagród. Przykładowo, kampania zachęcająca do niestosowania starych, wysokoemisyjnych diesli za pomocą nagrody finansowej prawdopodobnie spotkałaby się z większym odzewem społecznym niż bezpośredni zakaz wjazdu takich pojazdów do centrów miast. Widać tu wyraźnie, że mechanizmy restrykcyjne budzą większe kontrowersje.

— Nasze najnowsze badania wskazują, że większym wyzwaniem niż sama akceptacja problemu zmiany klimatu czy degradacji środowiska jest uzyskanie poparcia społecznego dla szybkich, bezpośrednich działań ograniczających te zjawiska.

Po pierwsze, wciąż w Polsce silne jest przekonanie, że należy opierać się na paliwach kopalnych, w tym na węglu, a transformacja energetyczna ku odnawialnym źródłom energii jest zbyt radykalna i zbyt kosztowna. Po drugie, przed działaniem powstrzymuje nas zwykły optymizm — wierzymy, że naukowcy coś z tym zrobią albo że przyjdzie jakaś magiczna technologia, która uratuje nas przed kryzysem klimatycznym. I w końcu po trzecie, blokują nas te nasze przekonania, że nasze indywidualne działania są działaniami wystarczającymi. Jest to pogląd szczególnie rozpowszechniony wśród osób zaangażowanych i zainteresowanych tą tematyką. A to niestety mylny pogląd, który trzeba na przyszłość zmieniać.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version