W ciągu jednej godziny dociera do nas tyle informacji społecznych, ile kiedyś mogło docierać przez kilka dni. 32 proc. Polaków ­nie ­potrafi wytrzymać 30 minut w ciszy i bezczynności. — Przy przebodźcowaniu jesteś rozwałkowany, jakby mózg przejechała ci glebogryzarka. Rozlatany, nie możesz się zebrać — mówi Zosia.

Budzik dzwoni o 6.45, ale Andrzej i tak już nie śpi. Zanim wstanie z łóżka, przez 10 minut scrolluje telefon. Serwis informacyjny, Facebook, Instagram, Allegro, mail. Lajkuje wiadomość od znajomego, wysyła śmieszną rolkę, promocja przypomina mu, że miał kupić buty. Potem kawa, prysznic i szybkie śniadanie. O 7.30 jego mózg jest już na pełnych obrotach. Gość z YouTube’a mówi, że Trump grozi, że zbombarduje Oman. Nawrocki wetuje ustawę. Znajomy przesyła zdjęcie uroczych piesków. „Chciałbym mieć psa” — myśli. Szybki trening z hantlami, odpisanie na dwa maile, internetowy trener przypomina, żeby z rana wypić odżywkę białkową i zjeść suplementy. „Wczoraj było super!” — pisze znajoma i przysyła ich wspólne zdjęcie z poprzedniego wieczoru. Andrzej wysyła serduszko.

O 8.30 jest już w metrze do pracy. Muzyka wali w słuchawkach. Andrzej sprawdza, że dokładnie 30 lat temu ukazała się płyta jego ulubionego zespołu. „Czy chcesz wyświetlić wspomnienia?” — pyta Face­book. Andrzej chce. Na chwilę podnosi wzrok znad telefonu. Niemal wszyscy pasażerowie w słuchawkach, z twarzami przyklejonymi do ekranów. Gdyby ktoś zrobił nam teraz zdjęcie, myśli Andrzej, i wysłał je do lat 90., pomyśleliby, że jesteśmy kosmitami. Dzień się dopiero zaczął, a on już czuje się bardzo zmęczony.

Z badań wynika, że co drugi Polak uważa, że jest przebodźcowany. Nawet 80 proc. jest przebodźcowanych w pracy. 32 proc. ­nie ­potrafi wytrzymać 30 minut w ciszy i bezczynności. Przeciętny pracownik dostaje 117 maili dziennie. 85 proc. Polaków twierdzi, że przebodźcowanie obniża ich produktywność.

— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mogłem się skupić — przyznaje Andrzej. Siadamy w kawiarni na warszawskim Isengardzie (to taki drugi Mordor, tylko na Woli, kiedyś obok stała fabryka im. Róży Luksemburg, dziś — nowoczesne biurowce). — Coraz częściej pracuję rzutami. 15 minut korpo zapier…, pięć minut z głową w telefonie. Więcej palę, trudno mi prowadzić spokojną rozmowę, bo muszę wyciągnąć telefon. Trudno mi też sobie wyobrazić sytuację społeczną bez alkoholu, chodzi o uspokojenie się na tyle, żebym mógł normalnie prowadzić rozmowę przy stoliku, nie sprawdzać telefonu, nie czuć się, jakby wisiało nade mną jakieś niebezpieczeństwo. Rano rozpędzam się do naddźwiękowej prędkości i funkcjonuję tak do późnego wieczora. Ze słuchawkami na uszach, jednocześnie odpisując na maile z pracy, na wiadomości od znajomych i głupie rolki. Idę pobiegać, sprawdzam nieistotne fakty, prowadzę rozmowy. Lubię o sobie myśleć, że mam zdolność multitaskingu. Zawsze robię kilka rzeczy naraz. A jednocześnie mam wrażenie, jakby jakaś część mojego mózgu nie brała w tym wszystkim udziału.

Terapeutka powtarza Andrzejowi, żeby zwolnił, ale to bardzo trudne. Od razu włącza się lęk. Nie da się tak po prostu siedzieć w ciszy i nic nie robić. Chociaż przecież kiedyś się dało. Za dużo bodźców — odpowiada terapeutce. Nie da się tego wszystkiego tak po prostu wyłączyć. Nie da się skupić na książce, nawet na serialu. Wieczna czujność.

— Przebodźcowanie jest dobrym potocznym określeniem stanu, w którym liczba lub intensywność docierających do nas bodźców przekraczają nasze aktualne możliwości ich przetwarzania — mówi dr Konrad Maj, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS. — Nasz mózg cały czas musi selekcjonować informacje: zdecydować, co zignorować, co zapamiętać i na co zareagować. Kiedy tych sygnałów jest za dużo albo pojawiają się zbyt szybko, ta selekcja staje się coraz bardziej kosztowna. Nie chodzi tylko o bodźce sensoryczne, takie jak hałas, światło czy tłum. Często przeciążają nas dziś przede wszystkim bodźce poznawcze i społeczne: wiadomości, maile, komunikatory, powiadomienia, konieczność podejmowania wielu drobnych decyzji i ciągłego przełączania uwagi między zadaniami.

Objawy? Najczęściej: rozdrażnienie, zmęczenie, spadek koncentracji, trudność w podejmowaniu decyzji, poczucie chaosu, problemy z zapamiętywaniem czy potrzeba odcięcia się od innych. — Człowiek może mieć wrażenie, że „już nic więcej nie jest w stanie przyjąć — mówi dr Maj. Czasami pojawiają się trudności ze snem albo paradoksalne poczucie napięcia połączone z wyczerpaniem.

— Co nas dzisiaj przebodźcowuje?

— Żyjemy w środowisku, które bardzo intensywnie walczy o naszą uwagę. Smartfon jest tego najlepszym przykładem. W jednym urządzeniu mamy pracę, wiadomości, media społecznościowe, rozrywkę, bank, zakupy, kontakty z rodziną i informacje o tym, co dzieje się na świecie. Problemem jest też ciągłe przełączanie się między ­zadaniami.

— Multitasking?

— Często tak to nazywamy, ale w rzeczywistości człowiek rzadko wykonuje kilka wymagających poznawczo czynności jednocześnie. Zazwyczaj szybko przeskakuje pomiędzy nimi. Każde takie przełączenie ma swój koszt poznawczy. Jeśli robimy to kilkadziesiąt czy kilkaset razy dziennie, pod koniec dnia możemy być bardzo zmęczeni, mimo że fizycznie właściwie się nie przemęczaliśmy. Do tego dochodzi presja bycia stale dostępnym. Kiedyś wyjście z pracy oznaczało w dużej mierze koniec kontaktu z pracą. Dziś służbowy komunikator może być w tej samej kieszeni co zdjęcia rodziny. Granice między różnymi obszarami życia stały się znacznie bardziej przepuszczalne. Przebodźcowuje nas nadmiar wyboru i informacji. Ewolucyjnie nie byliśmy przygotowywani do funkcjonowania w środowisku, w którym w ciągu jednej godziny dociera do nas tyle informacji społecznych, ile kiedyś mogło docierać przez kilka dni.

— Przebodźcowanie? Nie wiem, kto tego nie doświadcza — wzdycha Zosia. Pokolenie Z, wychowane już w całkiem cyfrowej rzeczywistości. — Za dużo wszystkiego. Zawieszam się, prokrastynuję z tego przebodźcowania. Telefon, reklamy, elektronika. Media społecznościowe są wymyślone tak, żeby uzależniać. Budzę się i od razu palec startuje do Instagrama. Mimo że wiem, że jak zacznę dzień od nawet 20 minut scrollowania, to potem cały będzie zły.

Zetki próbują z tym walczyć. Zosia mówi, że to samoobrona. Ma 23 lata, w jej pokoleniu coraz więcej osób próbuje się przynajmniej częściowo wylogować. — Po półgodzinie czuję się, jakbym całą noc melanżowała i dopiero wróciła do domu. Nie jest tak, że robię jedną rzecz i ją kończę, bombardują mnie urywki życia innych ludzi. Robię fragmenty rzeczy, części czynności. Telefon, komputer, binge-watching — to wszystko jest jak taran, który ci ryje głowę. W przyszłości brak przebodźcowania będzie luksusem. Systemy próbujące skupić uwagę będą tak wszechobecne, że nie wiem, czy nie trzeba będzie płacić pieniędzy, żeby mieć trochę spokoju.

Zdarzyło się kiedyś, że Zosia wyłączyła telefon na miesiąc. Kiedy go znowu włączyła, przeżyła szok. — Czułam, że nie jestem w stanie przyswoić tej liczby bodźców. A przecież jest jeszcze rzeczywistość poza telefonem. Tylko że w tej rzeczywistości funkcjonują ludzie, którzy tak samo jak ja są w ciągłym pędzie, robią sto rzeczy naraz, nie są w stanie się skupić na prostej rozmowie. Rozmawiamy urwanymi zdaniami i wątkami, sprawdzając maile i wiadomości. Rozglądając się dookoła, czy świat nie dostarcza kolejnych bodźców. Znam coraz więcej osób, które przestały się interesować informacjami, wyłączają się, nie wyrabiają. Przy przebodźcowaniu jesteś rozwałkowany, jakby mózg przejechała ci glebogryzarka. Rozlatany, nie możesz się zebrać.

Jak wysprzęglić? — pytam o to psychoterapeutę Szymona Niemca. — I od czego zacząć, żeby od tego wysprzęglania nie ­zwariować?

— Od detoksu. Trzeba zmniejszyć liczbę bodźców, które są dla nas najbardziej obciążające, czyli od tych negatywnych. Zwróćmy uwagę, co się z nami dzieje, kiedy scrollujemy telefon, kiedy spędzamy długie godziny w mediach społecznościowych. Usuwajmy z feedu treści, które są dla nas najbardziej obciążające. Ustawmy sobie limity czasowe, a najlepiej poszukajmy alternatywy, zastąpmy czas z telefonem czymś zdrowszym. Najprostszą rzeczą, którą zalecam pacjentom i którą sam stosuję, jest kontakt z naturą, wyjście z domu. Pójście tam, gdzie zamiast dźwięków TikToka, powiadomień usłyszę las, drzewa, ptaki.

— Tylko jak się na ten spacer nie weźmie telefonu, to od razu wjeżdża niepokój.

— To pierwszy objaw uzależnienia. Alkoholik powie: dziś się nie napiłem i dłonie mi się trzęsły. To jest to samo.

— O cholera.

— Mózg uwielbia karmić się prostą i tanią dopaminą. Chętnie ulega schematom, które przyspieszają jej wydzielanie. Mózg to narzędzie, które łatwo zepsuć. Jeśli się nauczy, że siedzenie przez godzinę przy telefonie daje dopaminę, pobudza podwzgórze, to będzie się tego trzymał. Jeśli mu tego zabraknie, wzbudzi lęk, niepokój. Mózg wie, że kiedy się gorzej czujemy, to sięgamy po to, co nam najszybciej poprawia humor. Używki, chemiczne i behawioralne. Jeśli ktoś ma poczucie, że coś nie gra, że odkładanie telefonu budzi niepokój, to jest pierwszy sygnał, że mamy problem.

— Jak sobie z nim poradzić?

— Abstynencja jest trudna, bo nie unikniemy dziś telefonów, mediów społecznościowych raczej też nie. Ale możemy wprowadzić sobie limity. W każdym telefonie jest funkcja pokazująca, ile czasu spędzamy przed ekranem. Jeśli tego jest pięć, sześć godzin na dobę, to jest dużo za dużo.

— Nawet 80 proc. Polaków czuje się przebodźcowanych w miejscu pracy. Co z tym zrobić?

— Warto zadbać o to, żeby w tej pracy robić przerwy. Mamy prawo do przerw. Albo chociaż możemy zadbać o to, by warunki były lepsze: ustawić filtr niebieskiego światła w telefonie, zmniejszyć natężenie światła w pomieszczeniu. Dbać o regularne nawodnienie, o to, by w otoczeniu było jak najwięcej zieleni. Zdjąć słuchawki, bo nasz słuch też ulega ­przebodźcowaniu.

— Żyjemy w kulturze, która nas przebodźcowuje. Nie da się żyć tak całkiem poza nią.

— Da się. To tylko mit, który został stworzony po to, żebyśmy więcej konsumowali. Przebodźcowany mózg jest głodny. Potrzebuje więcej glukozy, więcej bodźców, a tych dostarczają nam ci, którzy je sprzedają. To jest nasz wybór, na co kierujemy uwagę. Nawet w centrum miasta można się zatrzymać na chodniku i spojrzeć na mrówki, które mają swoje gniazdo, poświęcić uwagę czemuś, co jest wyciszające. To nie będzie łatwe ani przyjemne, przynajmniej na początku. Ale da się zrobić. To wszystko jest w naszych rękach. Możemy albo wybrać, by żyć dobrze, albo żyć tak, jak chcą ci, którzy chcą na nas zarabiać.

— Co fakt, że tak wiele osób czuje się przebodźcowanych, mówi o współczesnym społeczeństwie? — pytam Konrada Maja.

— Pokazuje przede wszystkim dysproporcję między możliwościami technologicznymi a możliwościami naszej uwagi. Technologie nauczyły się produkować i dostarczać informacje niemal bez ograniczeń, natomiast ludzka zdolność koncentracji nie zwiększyła się wraz z przepustowością internetu. Żyjemy w kulturze, która premiuje szybkość reagowania. Szybka odpowiedź na maila, natychmiastowa reakcja na wiadomość, bycie „na bieżąco” zaczynają być traktowane jako oznaka efektywności. Tymczasem z punktu widzenia psychologii efektywność często wymaga czegoś dokładnie przeciwnego: możliwości dłuższego skupienia się na jednej rzeczy bez przerywania.

— Ludzie mówią: jestem przeciążony, nie wyrabiam, budzę się zmęczony.

— Jeżeli przeciążenie staje się stanem chronicznym, konsekwencje mogą wykraczać poza indywidualne samopoczucie. Ludzie mogą pracować mniej dokładnie, popełniać więcej błędów i mieć mniejszą cierpliwość wobec innych. Dotyczy to również relacji. Człowiek, którego zasoby uwagi są wyczerpane, ma mniej przestrzeni na uważne słuchanie partnera, dziecka czy współpracownika. Możemy więc mówić o społecznym paradoksie. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak wielu narzędzi służących komunikacji, a jednocześnie coraz częściej brakuje nam zasobów, żeby naprawdę poświęcić komuś uwagę. W pracy problemem może być kultura permanentnego przerywania. Jeżeli pracownik przez cały dzień funkcjonuje pomiędzy spotkaniami, komunikatorami, mailami i powiadomieniami, trudno oczekiwać od niego równocześnie głębokiego skupienia, kreatywności i dobrej jakości decyzji. Organizacje czasem próbują rozwiązać spadek produktywności kolejnymi aplikacjami do zwiększania produktywności, co samo w sobie jest już dość interesującym absurdem współczesnego świata.

W sobotni wieczór kino, a potem piwo ze znajomymi. — „Odyseja” super film, ale była tak długa, że dwa razy sięgałem po telefon, żeby sprawdzić, czy nic się nie wali — wzdycha Andrzej. Na piwie towarzystwo między 30 a 40 lat.

— Na nic nie mam czasu — mówi ktoś. Siedzą w sześć osób, co chwilę ktoś coś sprawdza w telefonie, rozmawiają urwanymi zdaniami. Połowa towarzystwa ma dzieci. „Jak oni to robią?” — zastanawia się Andrzej.

— Po prostu upychasz — odpowiada kolega — kolejne zadania, rzeczy do zrobienia. Kawałek twojego mózgu organizuje szkolną wyprawkę dla siedmiolatka. Zapisuje w pamięci, że w weekend jedziemy do babci albo na basen. A reszta zajmuje się tym, co zawsze. Organizowaniem chaosu. Myślisz sobie: „Czy to się kiedyś skończy?”. Nie skończy się. Pamiętasz, jak kiedyś wszyscy żyli wolniej?

Andrzej pamięta. Jakby to było w innym życiu.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version