W 1982 r. odbyła się premiera filmu „Rambo — Pierwsza krew”. Przemoc, sensacja, kult macho kryły głębsze przesłanie: perypetie bohatera miały odzwierciedlać marny los weteranów wojny wietnamskiej. Rzeczywistość odbiegała od hollywoodzkiego mitu. Byłych żołnierzy dopieszczały prawica i lewica, bojowe zasługi pomagały im w karierze.
Z II wojny światowej wróciło 12 mln amerykańskich żołnierzy, a wdzięczny naród witał ich nie tylko kwiatami. W roku 1944 Kongres przyjął ustawę o readaptacji weteranów, która gwarantowała nisko oprocentowane pożyczki na kupno mieszkań i zakładanie firm, darmowe studia plus jednorazową wypłatę rocznego zasiłku dla bezrobotnych. Nastąpił boom demograficzny i gospodarczy. Przez blisko dwie dekady wskaźnik urodzeń wynosił 4 mln rocznie. Produkt krajowy brutto wzrósł z 200 mld do 500 mld dol.
Przebudzenie z amerykańskiego snu
Zdemobilizowanych żołnierzy, którzy dzięki pomocy rządu zdobyli wykształcenie, stać było na godziwe życie, ale problem stanowiło przeludnienie miast. Radę znalazł były porucznik Korpusu Inżynieryjnego Marynarki Wojennej William Levitt. Postawił pierwsze podmiejskie osiedle prefabrykowanych domków jednorodzinnych — Levittown, rozpoczynając kolejną hossę — budowlaną. Ten amerykański sen przerwała wojna wietnamska.
Uczestnicy marszu na trasie Boulder – Denver w stanie Kolorado protestują przeciw zaangażowaniu USA w wojnę w Wietnamie, maj 1974 r.
Foto: Photo By John Beard/The Denver Post via Getty Images
Przeorała społeczną świadomość, bezpowrotnie odmieniła politykę, stała się zarzewiem rewolucji obyczajowej, ułatwiła czarnym Amerykanom wywalczenie równych praw. Przymusowy pobór zradykalizował wyrosłe w cieplarnianych warunkach potomstwo kombatantów poprzedniej wojny. Przede wszystkim studentów, którzy pochodzili z najzamożniejszych rodzin. Dzieci robotników czy farmerów — symbolizowani przez fikcyjnego Claude’a z musicalu „Hair” — posłusznie szły w kamasze. Byli również ochotnicy. Ich właśnie reprezentował w popkulturze John Rambo.
Stracił towarzyszy i młodzieńczą niewinność, wierną służbę przypłacił zespołem stresu pourazowego, kiedy wrócił, ojczyzna kopnęła go w tyłek. Nie umiał rozpocząć normalnego życia, jeździł po kraju, chwytając się przygodnych zajęć.
Aresztowany za włóczęgostwo przypomniał sobie obóz jeniecki, przestał odróżniać koszmar od jawy. Wykorzystując umiejętności nabyte w Zielonych Beretach (siły specjalne piechoty), rozgromił cały posterunek. Po czym wypowiedział prywatną wojnę prowincjonalnym gliniarzom. Zdawało im się, że są twardzi, ale cóż wiedzieli o zabijaniu.
Gdy pułkownik Trautman usiłował przerwać pasmo przemocy, Rambo wykrzyczał dawnemu dowódcy: „To nie była moja wojna. Wy chcieliście mnie, nie ja was. A na lotnisku zobaczyłem te protestujące łajzy, opluwające mnie, ubliżające od morderców dzieci. Kim oni są! Jak śmią, skoro sami przez to nie przeszli!”.
Opluwanie wracających z Wietnamu żołnierzy to akurat mit. Wymyślony przez prawicę, lecz co ciekawe, gorliwie rozpowszechniany przez liberalne elity Hollywood, które w prostej linii wywodzą się z ruchu antywojennego.
Profesor socjologii w College of the Holy Cross Jerry Lembcke, który sam służył w Wietnamie, poświęcił owemu mitowi książkę „The Spitting Image”. Nie znalazł ani jednego wiarygodnie udokumentowanego przypadku oplucia kombatanta przez aktywistę. Przeciwnie: działaczom nowej lewicy zależało na współpracy z bezpośrednimi uczestnikami walk. Nagłaśniali ich historie, zachęcali do ujawniania prawdy o zbrodniach, które ukrywał rząd. Wszak chodziło o to, by władze przestały posyłać młodzież na śmierć. Dlaczego działacze mieliby opluwać ludzi, których bronili?
Weterani lat 60. i 70. uzyskiwali takie same przywileje jak żołnierze walczący z faszyzmem, choć inflacja obniżyła realną wartość świadczeń, a ubożejące państwo nie wypełniało wszystkich zobowiązań, jak należy. Przede wszystkim jednak powracający z Azji kombatanci byli podzieleni, a tym samym słabi politycznie. Pierwsze utworzone przez nich w 1967 r. lobby nazywało się Weterani Wietnamu przeciw Wojnie (Vietnam Veterans Against the War, VVAW). Nastawione na obronę grupowych interesów stowarzyszenie Vietnam Veterans of America (VVA) powstało dopiero w roku 1979.
Wietnamski konflikt pokoleń
Trzy lata po zakończeniu II wojny światowej jej weterani zajmowali jedną piątą foteli na Kapitolu. Ten sam wskaźnik w przypadku wracających z Wietnamu wynosił 2 proc. Spośród 2,7 mln eksżołnierzy do trzech głównych organizacji kombatanckich (American Legion, Veterans of Foreign Wars, Disabled American Veterans) wstąpiło przed rokiem 1980 zaledwie 100 tys.
W efekcie rzeczone stowarzyszenia sprzeciwiały się projektom ustaw mających poprawić sytuację młodszych towarzyszy broni, aby rząd nie ograniczył nakładów na seniorów. Zwłaszcza że wskutek rozwoju medycyny tym razem ocalało znacznie więcej rannych niż podczas wcześniejszych konfliktów, a sporo stało się inwalidami wymagającymi specjalnej troski. Rodzice ustawili się dzięki swojej wojnie finansowo, dzieci miały na to słabe szanse.
Pierwszym ministrem ds. weteranów z doświadczeniem w Wietnamie był Max Cleland, powołany przez Jimmy’ego Cartera. Jego trzej poprzednicy zdobywali szlify na frontach II wojny światowej. Konflikt pokoleń rysował się tym ostrzej, że w budżecie brakowało pieniędzy. Najpierw wskutek ogólnoświatowej recesji, potem manii Ronalda Reagana na punkcie ograniczania kompetencji i wydatków rządu federalnego.
Wtedy właśnie liberałowie, ulegając krwawiącym sercom, zaczęli strzelać we własną stopę, czyli kręcić filmy o rzekomym społecznym odrzuceniu — w dużej mierze za sprawą antywojennych poczynań lewicy — żołnierzy przybyłych z Wietnamu. Poza „Rambo” m.in. „Taksówkarza”, „Łowcę jeleni”, „Heroes”, „Powrót do domu”, „Americana”, „Alamo Bay”, „Combat Shock”, „Zaginionego w akcji”, „Szalonego Megsa”.
Narrację tę ochoczo podchwyciła prawica, utrwalając powszechną dziś zasadę, że żołnierzy walczących za granicą należy wspierać, niezależnie od tego, co robią, bo kwestionowanie ich bohaterstwa, szlachetności, dobrej woli itd. świadczy o braku patriotyzmu. Takie postawienie sprawy kneblowało przeciwników kolejnych interwencji zbrojnych — skoro Amerykanie gdzieś walczyli, nie wolno było podważać sensu ich ofiary, czyli słuszności decyzji politycznych.
Cały Waszyngton wiedział, że atak na Grenadę to propagandowy cyrk, który ma poprawić przedwyborcze notowania Reagana, jednak protestowała zaledwie garstka demokratycznych polityków. Dopiero kilka lat później media ujawniły, że operacja stanowiła logistyczne i strategiczne błazeństwo, wysiadła łączność i oficerowie dzwonili do Pentagonu po rozkazy z automatu koło lotniska. Przeciw 1,5 tys. żołnierzy Ludowej Armii Rewolucyjnej stanęło 7,2 tys. Amerykanów (nie licząc eskadry lotnictwa). W sumie amerykańscy chłopcy dostali za to 8,6 tys. odznaczeń bojowych.
Za rządów Reagana zmienił się także układ sił między weteranami Wietnamu i II wojny światowej, na korzyść tych pierwszych. W rezultacie nastąpiło przestawienie znaków — „plujący” stali się opluwanymi. Dla aspirujących polityków udział w antywojennych protestach nie był już powodem do dumy, zaczął stanowić obciążenie. Tylko tchórze palili karty powołania, uciekali za granicę, woleli więzienie niż służbę. Bohaterowie walczyli.
Podczas kampanii wyborczej w roku 1992 republikanie wypominali Billowi Clintonowi przede wszystkim chodzenie na hipisowskie manifestacje, kalanie dobrego imienia żołnierzy, wymiganie się od poboru poprzez „ucieczkę” na studia do Oksfordu. W rzeczywistości poinformował władze, że sprzeciwia się wojnie, nie pójdzie do armii z własnej inicjatywy, ale prosi o wciągnięcie na listę poborowych. Tak też się stało, tylko miał szczęście i jego nazwiska nie wylosowano.
Mimo kontrowersji wygrał wybory prezydenckie. Podobnie jak George W. Bush, który naprawdę uchylał się od wyjazdu na front — dzięki układom taty odbywał służbę zastępczą w teksańskiej Gwardii Narodowej. Mało tego, jak dowodziły dokumenty wygrzebane przez demokratów, praktycznie nie bywał w koszarach. Jednak u progu XXI w. prawica już zawłaszczyła etos Wietnamu.
Cześć i chwała Donaldowi
Większość weteranów głosowała na kandydatów republikańskich, niezależnie od ich postawy w czasie wojny. Zresztą wbrew własnym interesom, bo to demokraci rozdają świadczenia. Ale sercom wiarusów bliższa była ultrapatriotyczna, by nie rzec nacjonalistyczna, retoryka prawicy, sławiącej heroizm żołnierzy, którzy stawili czoła zalewającej Azję fali komunizmu. Bardziej zniuansowana narracja lewicy brzmiała po prostu obraźliwie. Nikt nie lubi słuchać, że poświęcił najlepsze lata na udział w bezsensownej i, co gorsza, zbrodniczej awanturze.
Służbę w Wietnamie wykorzystało jako odskocznię do kariery wielu polityków. Najbardziej znani to John Kerry i John McCain. Obaj po powrocie do kraju ożenili się z dziedziczkami wielkich fortun (odpowiednio Teresą Heinz od ketchupu i Cindy Hensley od piwa), zdobyli fotele senatorskie, następnie zabiegali o prezydenturę.
Kerry, mając 23 lata, zgłosił się na ochotnika do marynarki. Walczył jako dowódca łodzi patrolowej w delcie Mekongu, zdobył wysokie odznaczenia: Srebrną i Brązową Gwiazdę oraz trzy Ordery Purpurowego Serca przyznawane za rany odniesione w bitwie. Pod ostrzałem wyciągnął z rzeki rannego kolegę i uratował mu życie, narażając własne.
Tymczasem w czasie kampanii prezydenckiej w 2004 r. republikański komitet akcji politycznej Weterani Służby Patrolowej na rzecz Prawdy (Swift Boat Veterans for Truth) sfinansował serię reklamówek i książkę „Niezdatny na dowódcę” („Unfit for Command”), które miały dowieść, że Kerry nie jest bohaterem, tylko tchórzem, mięczakiem i pacyfistą.
Dlaczego?
Otóż pod koniec lat 60. został rzecznikiem VVAW. W 1971 r. zeznał przed senacką komisją spraw zagranicznych, że wojnę uważa za tragiczną pomyłkę. A nazajutrz poprowadził grupę kombatantów, którzy rzucili na stopnie Kapitolu swoje odznaczenia. Sam cisnął tylko beretki. Czternaście lat później medale można było oglądać za szkłem w jego senackim biurze. Zmagania o Biały Dom przegrał z uchylającym się od służby na wezwanie ojczyzny Bushem młodszym.
McCain był pilotem bombowca. Przeżył eksplozję na pokładzie okrętu wojennego, w której zginęło 134 marynarzy, i trzy katastrofy samolotowe. Jesienią 1967 r. jego maszynę zestrzelili Wietnamczycy. Miał połamane kości, spędził blisko sześć lat w obozie jenieckim. Mimo tortur nie ujawnił tajemnic wojskowych ani nie zgodził się wystąpić w propagandowym filmie. Wrócił do kraju jako celebryta, dostał cały kosz najwyższych odznaczeń, rękę pięknej milionerki, bez trudu rozgromił politycznych rywali.
Przy czym kariera McCaina dowodzi zarazem, że czas weteranów Wietnamu minął. Owszem, wspiął się na szczyty, ale najważniejszego nie zdobył. W 2000 r. przegrał prawybory z Bushem juniorem. Osiem lat później otrzymał partyjną nominację, jednak elektorat wolał Baracka Obamę.
A kiedy heros zadarł z Donaldem Trumpem, prawica stanęła po stronie nowojorskiego dewelopera, który cztery razy uniknął poboru, dostając odroczenia. A na koniec załatwił sobie lewe świadectwo o zwyrodnieniu kości piętowej. Nim zaangażował się w politykę, stwierdził, że jego „wojną wietnamską była walka o niezarażenie się chorobą weneryczną”.
Dziś dla Amerykanów poniżej pięćdziesiątki (66 proc. populacji) Wietnam to prehistoria. Weteranów, którzy uczestniczyli w walkach, pozostało przy życiu 610 tys. Nawet jeśli głosują, raczej po linii patriotycznej, czyli na Trumpa tudzież jego akolitów, to jest ich mniej niż np. buddystów (1,2 mln). Wciąż fajnie pokazać się z dzielnymi wojakami na wiecu, ale jako blok wyborczy o niczym nie decydują.





