Alarm w Wilnie nie był pierwszy. W ostatnich dniach i tygodniach przybywa rosyjskich prowokacji w krajach bałtyckich. Kreml oskarża je o wrogość wobec Rosji i dyskryminowanie mniejszości. Powtarza w ten sposób znany z historii scenariusz, którego użył m.in. przeciwko Polsce.

Nad Litwą pojawił się wystrzelony z Białorusi bezzałogowiec. W Wilnie ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Władze ewakuowano do schronów. Po godzinie alarm został odwołany. Dzień wcześniej samoloty NATO zestrzeliły latającą bombę nad Łotwą. Zaledwie dwa dni temu główny doradca prezydenta Litwy ds. bezpieczeństwa narodowego Deividas Matulionis ostrzegał, że można spodziewać się rosyjskich prowokacji.

W tym samym czasie zaniepokojenie w Wilnie wywołała rosnąca liczba rosyjskich oskarżeń dotyczących rzekomego wykorzystywania litewskiej przestrzeni powietrznej przez ukraińskie bezzałogowce. Matulionis określił rosyjskie oskarżenia mianem absurdalnych. Jednocześnie stwierdził, że retoryka Moskwy może prowadzić do niebezpiecznej eskalacji napięcia.

Rosjanie coraz częściej zarzucają też sympatie nazistowskie władzom krajów bałtyckich. Rosja twierdzi, że mają one stawiać pomniki nazistowskim zbrodniarzom i równocześnie niszczyć pamięć o wolności, jaką mieli przynieść im Sowieci w 1940 i 1945 r. Ponadto Rosjanie mają także być w tych krajach dyskryminowani. Podobne oskarżenia wysuwano przed laty wobec Ukrainy.

W ocenie litewskich władz problem nie ogranicza się już wyłącznie do przekazu propagandowego obecnego w rosyjskich mediach. Wilno zakłada, że w działania związane z budowaniem tej narracji zaangażowane są także rosyjskie struktury państwowe i służby specjalne. Stąd duże w ostatnim czasie zwiększenie liczby akcji, w których uczestniczą poplecznicy Kremla.

Prezydent Litwy Gitanas Nausėda wielokrotnie wskazywał, że Rosja będzie próbowała odbudować potencjał wojskowy niezależnie od strat poniesionych na Ukrainie i będzie stanowiła zagrożenie dla regionu. Podobne zdanie ma były minister obrony Litwy Laurynas Kasčiūnas, który oceniał, że państwa bałtyckie mają ograniczony czas na przygotowanie się do potencjalnego konfliktu.

W Estonii premier Kaja Kallas wiele razy podkreślała, że źródłem zagrożenia są nie tylko rosyjskie zdolności militarne, lecz przede wszystkim niezmienne od lat cele polityczne Kremla. Estońskie służby bezpieczeństwa zakładają, że działania przeciwko państwom NATO mogą przybierać formę ograniczonych prowokacji granicznych, operacji sabotażowych, cyberataków lub działań propagandowych, które miałyby destabilizować sytuację wewnętrzną bez przekraczania progu pełnoskalowego konfliktu.

Również prezydent Łotwy Edgars Rinkēvičs uważa, że Rosja nie zrezygnowała z imperialnych planów, a państwa bałtyckie od dawna znajdują się na czele ich listy. Zresztą Rosjanie się z tym nie kryją. Deputowany Jewgienij Fiodorow domagał się unieważnienia decyzji ZSRR o uznaniu litewskiej niepodległości. Władimir Putin uważa rozpad ZSRR za „geopolityczną katastrofę”. W państwowych mediach kraje bałtyckie są przedstawiane jako „historycznie rosyjska przestrzeń”.

Jest to zgodne z oczekiwaniami społecznymi. Badania opinii publicznej wskazują, że znaczna część rosyjskiego społeczeństwa nadal postrzega rozpad ZSRR jako powód utraty statusu mocarstwowego. Nie chodzi jednak wyłącznie o nostalgię za sowieckim systemem politycznym, lecz przede wszystkim o przekonanie, że Rosja powinna posiadać dominującą pozycję wobec sąsiednich państw i prawo do utrzymywania własnej strefy wpływów.

Z perspektywy Wilna, Rygi i Tallinna oznacza to, że nawet po zakończeniu działań bojowych w Ukrainie nie można wykluczyć dalszych prób destabilizacji regionu, a nawet prób przywrócenia krajów bałtyckich do rosyjskiej strefy wpływów. Czy to instalując tam wiernych sobie polityków, czy interweniując siłowo.

W państwach bałtyckich nasila się przekonanie, że rosyjska kampania informacyjna wokół dronów może stanowić próbę budowania pretekstu do przyszłych działań destabilizacyjnych. Litewskie służby biorą pod uwagę również możliwość prowokacji granicznych, incydentów w przestrzeni powietrznej lub operacji prowadzonych przez rosyjskie służby specjalne pod fałszywą flagą. Zwłaszcza że pojawiła się podstawa prawna, która pozwoli Kremlowi interweniować w przypadku zagrożenia dla mniejszości rosyjskiej „we wrogich krajach”.

Uchwalony w połowie kwietnia przez rosyjską Dumę projekt zmian w ustawach o obywatelstwie i obronności ma służyć „ochronie obywateli rosyjskich”. W praktyce rozszerza jednak katalog sytuacji, w których Moskwa może uznać, że osoby rosyjskojęzyczne wymagają interwencji państwa rosyjskiego.

Szczególnie istotne są zmiany w ustawie o obronności, które przewidują możliwość użycia sił zbrojnych poza granicami Rosji nie tylko w odpowiedzi na zagrożenie militarne, lecz także na działania prawne lub polityczne wobec obywateli Rosji i społeczności rosyjskojęzycznych, które Kreml uzna za krzywdzące. Nie jest to nic nowego. Takie same podstawy miały działania wymierzone w Polskę w 1939 r. i kraje bałtyckie w następnym roku. Kreml zasłaniał się ochroną swoich obywateli.

Dlatego właśnie od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie państwa bałtyckie intensywnie rozbudowują własne zdolności obronne. Uważają, że zagrożenie ze strony Rosji będzie długotrwałe. Litwa inwestuje w artylerię i obronę przeciwlotniczą, Łotwa rozwija system mobilizacji i szkolenia rezerw, a Estonia wzmacnia obronę terytorialną oraz systemy rozpoznawcze. Równolegle wszystkie trzy zabiegają o zwiększenie obecności NATO.

Największym projektem pozostaje jednak budowa wspólnej linii umocnień na granicach z Rosją i Białorusią. Litwa, Łotwa i Estonia budują system fortyfikacji, schronów i pozycji obronnych, który ma utrudnić ewentualne rosyjskie natarcie. Państwa bałtyckie nie dysponują dużą głębią operacyjną, dlatego nawet ograniczona utrata terytorium byłaby dla nich poważnym problemem.

W Wilnie, Rydze i Tallinnie nie zakłada się nieuchronności wojny, ale bierze pod uwagę scenariusz rosyjskich prowokacji lub ograniczonych działań militarnych mających sprawdzić spójność NATO. Dlatego nacisk kładzie się na utrzymanie terytorium do czasu rozwinięcia większych sił sojuszniczych. Historyczne doświadczenia wieloletniej dominacji ZSRR pozostają dla państw bałtyckich wystarczającym ostrzeżeniem przed ponownym nadejściem „russkiego miru”.

Na szczęście bez ograniczenia lub zakończenia wojny w Ukrainie Rosja nie będzie w stanie odbudować swojego potencjału militarnego w skali pozwalającej na prowadzenie kolejnych dużych operacji przeciwko innym państwom. Trwające walki stale pochłaniają ludzi, sprzęt i zasoby przemysłowe, co oznacza, że czas działa dziś na korzyść Zachodu. Dopiero po wyhamowaniu działań wojennych można będzie realnie liczyć okres potrzebny Kremlowi do odbudowy sił zbrojnych.

Nawet przy utrzymaniu wysokiego tempa produkcji zbrojeniowej odbudowa rosyjskiej armii może potrwać wiele lat, być może nawet całą dekadę. Jednocześnie trudno zakładać, że będzie to armia o potencjale porównywalnym z tym, którym Rosja dysponowała przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Nie oznacza to jednak zaniku zagrożenia.

Kreml nadal posiada wiele możliwości do atakowania Europy. Począwszy od wywierania wpływu politycznego przez cyberataki i operacje propagandowe po działania sabotażowe. A w krajach bałtyckich, mając do dyspozycji dużą mniejszość rosyjską, mogą działać z dużą intensywnością.

Dlatego z perspektywy bezpieczeństwa Europy wsparcie dla Ukrainy ma znaczenie znacznie szersze niż tylko obrona samego Kijowa. Dopóki Rosja pozostaje zaangażowana militarnie na Ukrainie, jej możliwości prowadzenia działań przeciwko innym państwom, w tym krajom bałtyckim, pozostają ograniczone. Dlatego wzmacnianie ukraińskiego potencjału obronnego leży również w interesie państw Europy i wszystkich sąsiadów Rosji, na których ta ostrzy sobie zęby.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version