W Watykanie mówiło się o szkodach wizerunkowych, które może wywołać sztuczne przyspieszanie procesu beatyfikacji postaci tak kontrowersyjnej jak Josemaría Escriva. Szybkie tempo procesu, a także selektywny dobór dowodów i uciszanie krytyków zdaniem wielu dowodziło, że beatyfikacja została po prostu kupiona.
O dyskomforcie przedstawicieli Kościoła świadczyło choćby to, że dwóch z dziewięciu członków watykańskiej rady rozważającej wniosek zagłosowało przeciw, domagając się dodatkowego czasu na badanie mniej chwalebnych kart z życia Josemaríi Escrivy, choćby tych związanych z ciągnącym się konfliktem z jezuitami, a także podnoszonej niekiedy kwestii jego braku pokory czy wątpliwości związanych z przypisywanymi mu cudami.
Na szczególną zjadliwość pozwolił sobie jeden ze starszych hiszpańskich księży.
Powiedział: „Nie sposób uznać za wzór życia chrześcijańskiego kogoś, kto służył państwu, a uzyskaną w ten sposób władzę wykorzystał do realizacji swojego Dzieła, które następnie prowadził według wątpliwych zasad, jakby przewodził mafii odzianej w biel”. I dalej: „Beatyfikacja Ojca oznacza uświęcenie jego Dzieła ze wszystkimi jego negatywnymi aspektami, takimi jak taktyka, dogmaty czy metody rekrutacji, skutkującymi umiejscowieniem Chrystusa pośród polityki i gospodarki”. Nawet jednak pomimo tak ostrego sprzeciwu wniosek został ostatecznie zatwierdzony.
W oczach Jana Pawła II tłum, który tamtego ranka zgromadził się na Placu Świętego Piotra, stanowił żywy dowód na to, że decyzja o przyznaniu Escrivie statusu błogosławionego jest słuszna i że jego wysiłki kontrreformacyjne, wymierzone przeciwko skręcaniu Kościoła w lewo, zyskują poparcie wiernych.
Od wyboru w 1978 roku Wojtyła uważał, że jego misją jest przywołanie do porządku tych sił w Kościele, które odczytywały postanowienia Soboru Watykańskiego II jako przyzwolenie na liberalizację. Zamiast jednak stłumić niezadowolenie, mściwe tropienie wrogów ostatecznie doprowadziło do otwarcia wielu zabliźnionych ran. Czasem komuś zdarzało się ocenić, że papież posunął się w swojej polityce za daleko. Na złe traktowanie poskarżył się między innymi pewien niemiecki teolog, którego naziści pozbawili prawa do pełnienia posługi kapłańskiej, a który potem został wezwany do Rzymu i musiał się tłumaczyć ze swoich poglądów w kwestii życia seksualnego wiernych.
Posłuchanie w Stolicy Apostolskiej przyrównał do rozpraw w sądach Trzeciej Rzeszy, które przetrwał jako młody człowiek. „Podczas procesów hitlerowskich na pewno groziło mi większe niebezpieczeństwo”, pisał gniewnie po rozmowie w Watykanie, „ale nie obrażały mojego honoru. Tymczasem prowadzący posłuchania w Świętym Oficjum mieli go za nic”. Podczas pielgrzymki do Nikaragui papież odmówił jednemu z księży prawa do ucałowania swojego pierścienia, ponieważ duchowny wcześniej sprzeciwił się papieskiemu nakazowi. Na oczach milionów udzielił mu wtedy upomnienia, doprowadzając go do łez. Podczas tej samej pielgrzymki w trakcie mszy polowej wykrzyknął: Silencio!, żeby uciszyć tłum, który śmiał domagać się pokoju.
Pośród wszystkich tych perturbacji mógł natomiast liczyć na niezachwianą lojalność Opus Dei. Jednego z prominentnych numerariuszy mianował swoim sekretarzem prasowym i bliskim doradcą. Joaquín Navarro-Valls szkolił się kiedyś na toreadora, ale ostatecznie porzucił arenę, aby zostać lekarzem. W tym zawodzie także się jednak nie odnalazł i ostatecznie spełniał się jako dziennikarz. Na początku lat dziewięćdziesiątych kontrolował już dostęp do papieża, w związku z czym zaliczał się do najpotężniejszych ludzi w Watykanie. Wyróżniał się przy tym bezwzględnością. Być może korzystając z umiejętności nabytych dzięki Opus Dei, zupełnie swobodnie rozsiewał najróżniejsze wyssane z palca historie o papieżu, aby ukrywać przed światem jego nienajlepszy stan zdrowia. Wbrew temu, o czym wiedziało wielu w Watykanie, wierni mieli widzieć w Ojcu Świętym krzepkiego, wysportowanego człowieka i okaz zdrowia.
Zdarzało się, że Navarro-Valls nadużywał swojej pozycji w interesie Opus Dei. Pewnego razu zaprosił członków watykańskiego korpusu prasowego do siebie do domu, rzekomo, żeby przedstawić im ważną informację o papieżu. Na miejscu dziennikarzom pokazano jednak film rekrutacyjny Opus Dei. W miarę jak stan zdrowia papieża się pogarszał, pojawiły się plotki, że Navarro-Valls może zacząć w nadmiernym stopniu wpływać na watykański proces decyzyjny. Jan Paweł II cały czas starał się jednak umacniać swoją zwierzchność nad wszelkimi jego zdaniem wywrotowymi frakcjami w Kościele, a Opus Dei miał za swojego wielkiego sojusznika w tym przedsięwzięciu. Te relacje przynosiły korzyści obu stronom. Opus Dei mogło przedstawiać się potencjalnym rekrutom jako ważna siła papieskiej inicjatywy kontrreformacyjnej, natomiast Watykan miał lojalnego sojusznika gotowego stanowić w terenie przeciwwagę dla opornych księży. W nagrodę za to wsparcie del Portillo został biskupem. W ten sposób dołączył do grona dziesięciu duchownych Opus Dei, których Jan Paweł II wyniósł do tej rangi od momentu wyboru na papieża. Ostatecznie mitry odebrało od niego dwudziestu jeden księży Opus Dei (dla porównania Paweł VI wyniósł do rangi biskupiej tylko trzech przedstawicieli organizacji). Ten awans i umacniająca się pozycja Opus Dei w Kościele dały del Portillowi nowy zastrzyk energii do wzmacniania ruchu w najpotężniejszym kraju na świecie.
Publikujemy fragment książki „Opus Dei. Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna” wydanej nakładem Wydawnictwa Prószyński Media.

