W Prawie i Sprawiedliwości trzeszczy tak, że właściwie nie ma polityka tej formacji, który teraz na pytanie „co słychać” odpowiadałby „a dziękuję, doskonale”. Wszyscy mówią o sytuacji granicznej, która musi doprowadzić do przesilenia. Pytanie tylko, kiedy i jakie będą konsekwencje.

Telewizja Republika. W studio siedzi dwóch posłów jednej partii. Obaj przekonani, że to właśnie ich frakcje działają na rzecz tej partii. Michał Wójcik od „maślarzy” (dla uproszczenia powiedzmy, że od Czarnka) i Marcin Horała od „harcerzy”, czyli od Morawieckiego. Kłócą się o to, czy PiS zyskuje na działaniu stowarzyszeń wewnątrz partii czy nie.

— Po co idziecie drogą, która jest ślepa, a tak naprawdę rozbija prawicę i Prawo i Sprawiedliwość? — zastanawia się Michał Wójcik. Horała ripostuje, że niczego nie rozbija, tylko że PiS nie przyciąga wyborców, którzy są na wyciągnięcie ręki i trzeba natychmiast zacząć coś z tym robić.

— No przecież, jeżeli ktoś popiera pana prezydenta Karola Nawrockiego, to on nie powinien być z góry stracony dla PiS. Nie powinno być niemożliwością go przekonać do PiS. Dlaczego w każdym sondażu jest tak, że liczba osób, które negatywnie albo bardzo negatywnie oceniają rząd Donalda Tuska, jest dużo wyższa niż łączne poparcie partii opozycyjnych… — mówił Horała w studio.

Napięcie w partii jest naprawdę bardzo duże i politycy obu frakcji odliczają czas do środy, kiedy minie termin ultimatum, jakie prezes postawił Mateuszowi Morawieckiemu i jego ludziom. Na razie jedni o drugich mówią zdrajcy, a ludzie od byłego premiera wrzucają na swoje profile zdjęcia z biało-czerwoną flagą i napisem „Wybieram Polskę”. Wszystko wygląda jak partia na chwilę przed rozpadem. Dziś, jutro, za tydzień. To nie ma specjalnego znaczenia, kiedy się to stanie, chociaż wszyscy starają się wybrać najlepszy moment na rozpad.

Mateusz Morawiecki od miesięcy testuje prezesa Jarosława Kaczyńskiego i ku zaskoczeniu bardzo wielu polityków PiS jest pierwszym pretendentem, który postawił prezesa w tak trudnej sytuacji. Wielu „starych” partyjnych wyjadaczy uważało, że Morawiecki po utracie teki premiera został właściwie z niczym, że jest jak Beata Szydło, która po premierostwie musiała przykleić się do frakcji, bo nie miała swojego środowiska. Morawiecki jednak przez lata budował wokół siebie grupę względnie młodych polityków, którzy okazali się wierniejsi jemu niż partii. Najpierw jako premier miał do tego sporo narzędzi, rozdając funkcje i gabinety, potem w opozycji przyjął bardzo skuteczną metodę na przyciąganie do siebie posłów z tylnych rzędów. Nasi rozmówcy z PiS zwracają uwagę, że Morawiecki poświęcił sporo czasu na to, żeby wyłuskać młodych posłów, którym się chce, a którzy nie mogą przebić się w partii.

— On budował te relacje w taki bardzo prosty sposób. Spotykał się z tymi posłami, zapraszał na kawę, wpadał do hotelu poselskiego, potem zapraszał na swoje spotkania z wyborcami, inwestował w nich swój czas i pokazywał, że są ważni. A wiadomo jak to jest w partii. Zanim zaczniesz być ważny, to ze 20 lat musi upłynąć — opowiada nam polityk PiS.

I tak, kiedy Jarosław Kaczyński nie patrzył wyrosła mu w partii bardzo silna frakcja. Po wyborach 2023 r. wydarzyły się zatem dwie rzeczy, których prezes nigdy nie chciał. Z jednej strony wyrosły mu bardzo silne ruchy na prawicy, bo obie — Konfederacja i ta Mentzena i Bosaka, i ta Brauna — to są siły, z którymi musi się liczyć, z drugiej wewnątrz partii powstało środowisko, z którym też musi się liczyć.

Jarosław Kaczyński nigdy nie chciał pozwolić na zalegalizowanie partyjnych frakcji. Dlatego między innymi bardzo długo odmawiał Solidarnej Polsce (później Suwerenna Polska) wejścia do PiS, bo obawiał się, że kiedy Ziobro wejdzie do partii ze swoimi ludźmi, to zbuduje naprawdę silną frakcję. Do połączenia PiS z ludźmi Ziobry doszło dopiero po ostatnich wyborach, w czasie choroby byłego ministra i jego coraz większych problemów z wymiarem sprawiedliwości. Mówiąc wprost, prezes uznał, że Suwerenna Polska już mu nie zagraża. Ale ku jego zdziwieniu cios przyszedł z zupełnie innej strony.

Od grudnia zeszłego roku obserwujemy, jak Mateusz Morawiecki raz za razem upokarza prezesa, bo inaczej nazwać tego się nie da. Najpierw było odrzucenie zaproszenia na Nowogrodzką poprzedzone nieodbieraniem telefonu, które skończyło się tym, że prezes nie mógł ustawić Morawieckiego do rodzinnego zdjęcia prezentującego jedność partii. Potem była partyjna Wigilia, po której Morawiecki urządził swoją dla swoich zwolenników. Początek roku i kolejne afronty. Były premier nieustannie przekonuje, że jego działania nie są skierowane przeciwko prezesowi, ale wszyscy widzą, że jest inaczej. Morawiecki po prostu postanowił dokonać „ojcobójstwa”.

— Ja go za to naprawdę szanuję — śmieje się polityczka rządzącej koalicji. — Prawda jest taka, że władzę się bierze, a nie dostaje. On ją postanowił wziąć i to w partii, w której nikt nie przypuszczał, że w ogóle jest to możliwe.

Tylko że okazało się to niezwykle trudne, bo PiS wcale nie chce mieć na czele Morawieckiego. To jest paradoks życia partyjnego. O ile w sondażach robionych wśród Polaków, a nawet wyborców PiS, Morawiecki wciąż jest na czele rankingu zaufania i poparcia, o tyle władze partii wybierają działacze, a nie wyborcy i tu już nie jest tak różowo. Nie przypadkiem frakcji „maślarzy” udało się przekonać prezesa, że Przemysław Czarnek jest najlepszym kandydatem na premiera. Po prostu wewnątrz PiS opór przeciwko byłemu premierowi jest bardzo duży. Znaczna część polityków PiS uważa, że Morawiecki jest dla partii potężnym obciążeniem.

— Trudno unikać pytań o politykę rządu Morawieckiego, kiedy ma się Morawieckiego na sztandarze. To jest największy problem dla wyborców Konfederacji i oczywiście panowie mogą sobie mówić, że wyborcy nam uciekają, ale uciekają właśnie przez niego — denerwuje się rozmówca z grona przeciwników byłego premiera.

Konfederacja bez pardonu w kampanii mówi o błędach rządów PiS, o Polskim Ładzie, o Zielonym Ładzie, o polityce migracyjnej, o polityce wobec Ukrainy i tak dalej. Wszystko to w oczach prawicowych wyborców obciąża byłego premiera. Do tego dochodzi afera RARS. To koledzy Morawieckiego zarobili gigantyczne pieniądze na zamówieniach z Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Nawet w czasie ostatnich spotkań w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej mówiono właśnie o RARS i o NCBiR jako o realnych zagrożeniach dla partii. Przeciwnikom Morawieckiego wewnątrz PiS udało się zrobić coś, co wydawało się bardzo karkołomne. Przekonali prezesa, że Fundusz Sprawiedliwości to właściwie dawno nie jest problem. Pieniądze szły na straże pożarne i koła gospodyń wiejskich, a że akurat w okręgach wyborczych to cóż za kłopot? Natomiast NCBiR i RARS to jest kilkukrotnie większa kasa, która szła do kolegów.

— Problem polega na tym, że Mateusz nie podzielił się z partią. Tak, Fundusz to była skarbonka Solidarnej Polski i póki oni byli poza PiS, budziło to w partii bardzo dużo emocji. Kolejka do prezesa z pretensjami stała non stop. Ale teraz, po trzech latach, zarzutach dla urzędniczek, i tak dalej, ta emocja jest już inna. Trochę takie „naszych biją”. Ludzi, którzy zarobili na RARS nikt w partii nie zna. Nie mają z PiS związku, a i tak my za nich dostajemy — tłumaczy polityk PiS, który na razie patrzy z boku na walkę frakcji.

To wszystko sprawia, że PiS boi się przywództwa Morawieckiego. A były premier od miesięcy rozważał dwie drogi — plan A to zawsze było przejęcie PiS, ale już widać, że mu się nie uda. Plan B to jest pójście na swoje. Tylko że wcale nie miał w planie zrobić tego teraz.

— On powtarzał swoim ludziom, że wychodzić trzeba na dziewięć miesięcy przed wyborami. To jest najlepszy czas na zbudowanie się i wykorzystanie efektu świeżości. Teraz jest po prostu za wcześnie — słyszymy w PiS.

Założenie Stowarzyszenia Rozwój Plus miało być kolejnym testem dla prezesa i początkowo wydawało się, że prezes ustąpi. Były zorganizowane przez Adama Bielana (stronnika Morawieckiego) kolacje z Przemysławem Czarnkiem, które miały pokazywać jedność. Zdawało się, że prezes jest w stanie zaakceptować pewną autonomię Morawieckiego i przekuć ją w sukces.

— Moglibyśmy tutaj zagrać skrzydłami. Płucami, czy jak tam to chcielibyśmy nazwać. Czarnek do twardego elektoratu prawicowego, Morawiecki do centrum i moglibyśmy zagarnąć część tortu. Tylko wie pani, jaki jest jedyny warunek takiej rozgrywki? Płuca muszą razem pompować powietrze, a nie próbować wyrwać się na niepodległość — tłumaczy przy pomocy dość dziwnej metafory, jeden z naszych rozmówców.

Prawda jest taka, że gra skrzydłami ma sens, jeśli skrzydłowi podają do napastnika, albo do siebie, a nie próbują ograć się nawzajem. Morawiecki z Czarnkiem biją się od marca. Bywają między nimi momenty spokoju, ale to jest zawsze tylko cisza przed burzą. Potem donoszą na siebie nawzajem do prezesa, Morawiecki obraża się i przestaje brać udział w posiedzeniach władz partii, Czarnek opowiada, że gdyby nie Morawiecki, to byłby „efekt Czarnka”, a ich stronnicy podgryzają się w mediach społecznościowych. Nie da się nad tym zapanować. Między innymi dlatego prezes doszedł do wniosku, że trzeba sprawę rozwiązać już teraz. Za pół roku będzie za późno.

— I prezes, i Morawiecki myślą dokładnie tak samo. Morawiecki chciałby jeszcze poczekać, bo wie, że przez ponad rok może się wypalić i dokładnie to samo wie prezes. Jeśli pozwoli mu się jeszcze trochę rozpychać, trochę przeciągać strunę, trochę stawiać sobie warunki, to Morawiecki tylko będzie zyskiwał. Niech idzie już na swoje i próbuje — mówi polityk PiS.

Prezes nie chce popełnić błędów z przeszłości. Nie chce w tej atmosferze budować list wyborczych i siłami PiS wprowadzić do kolejnego Sejmu ludzi, którzy mogą go porzucić tydzień po wyborach. Tak się stało w 2011 r., kiedy odszedł Zbigniew Ziobro z Solidarną Polską. Tylko wtedy Kaczyński był silny i trzy lata później Ziobro błagał go o wspólny start. Prezes bał się rozłamy w 2019 r., kiedy wpuścił na listy zbyt wielu ziobrystów i gowinowców. W wieczór wyborczy to był powód jego największego niezadowolenia, że koalicjanci wprowadzili do Sejmu po 20 osób i mogli realnie go szantażować. Dlatego wysłał Bielana z misją rozbicia Porozumienia Jarosława Gowina. Jarosław Kaczyński szykuje się do wojny i chce mieć klub, który naprawdę będzie mu wierny, a nie grupę ludzi targaną nieustannymi konfliktami.

Oczywiście można zadać sobie pytanie, czy to wszystko nie jest jakiś bardzo sprytny plan prezesa. Kontrolowany rozpad, żeby potem tworzyć razem koalicję. Przede wszystkim — jeśli do rozpadu dojdzie, to tak, Morawiecki stworzy koalicję z PiS po wyborach. Z kim innym miałby to zrobić? Czy jeśli taka koalicja wystarczyłaby do rządzenia, to prezes by się na nią zgodził? Oczywiście, że tak. Dla Kaczyńskiego bardziej komfortowe jest rządzenie ze swoim byłym premierem niż z Bosakiem, Mentzenem czy Braunem. Czy możliwa byłaby koalicja Kaczyński, Morawiecki, Bosak, Mentzen? Oczywiście, ale byłaby trudniejsza niż koalicja, którą w tej chwili zarządza Donald Tusk.

Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Przede wszystkim istotne jest, kto ile dostanie głosów w wyborach. Hipotetycznie rzecz biorąc, gdyby Morawiecki odebrał w tej chwili PiS 10-12 punktów, to partia Jarosława Kaczyńskiego po prostu by się posypała. Nietrudno sobie wyobrazić exodus z tylnych rzędów, gdyby się okazało, że PiS ma poparcie poniżej 20 proc. I nie ma w tym niczego ideowego, jest zwykła troska o własne miejsce w kolejnym Sejmie.

Taki odpływ do Konfederacji, Morawieckiego czy Brauna stworzyłby zupełnie nową dynamikę na scenie politycznej. Co mogłoby doprowadzić do spektakularnej wyborczej porażki PiS. To scenariusz, na który bardzo liczy Donald Tusk. W skrócie — po prawej stronie zostają tylko radykałowie i ekstremalni radykałowie oraz szczątkowy i poharatany PiS. Morawiecki zajmuje jakieś niewielkie miejsce w centrum. W takim przypadku centrum rozszerza się tak bardzo, że jest tam miejsce także dla PSL. KO zajmuje całą pozostałą część centrowo-liberalną, lewica nie rusza się z miejsca. Można spać spokojnie.

Jednak w pewnych okolicznościach dokładnie taki sam scenariusz może być najkorzystniejszym dla PiS. Zniechęceni do Morawieckiego wyborcy, kiedy zobaczą, że go nie ma, wracają do PiS. Konfederacja Brauna wpada pod wyborczy próg i nie dostaje się do Sejmu. Morawiecki wchodzi w porozumienie z resztkami po Polsce 2050, a być może nawet z ludowcami (chociaż to akurat w tej chwili wydaje się mało prawdopodobne). Rozszerza poparcie dla PiS-light na sporą część centrum. PiS zachowuje swój stan posiadania z 2023 r. i poszerza go nieznacznie, a koalicja obecnie rządząca nie jest w stanie zagwarantować sobie wygranej, bo nie może zmobilizować już wyborców tak jak trzy lata temu. Prezes co prawda musi negocjować z Mentzenem i Bosakiem, ale jest już w innej sytuacji. Nadal jego największym problemem pozostaje Morawiecki, bo Konfederacji nie udaje się wyskoczyć ponad to, co dostała w wyborach prezydenckich. I ten scenariusz może być marzeniem prezesa.

Jest tylko jeden problem. Ludzie. Kontrolowany rozpad w polityce rządzonej emocjami nie jest możliwy. I nie dlatego, że obecni koledzy z PiS będą do siebie nieładnie mówić w telewizyjnych studiach. A będą, bo nie są w stanie już się powstrzymać, a co dopiero, kiedy dojdzie do faktycznego rozpadu. Wyborcy nie znoszą, kiedy partie zajmują się wyłącznie sobą i tym, kto co komu i jakim tonem powiedział. Wtedy albo rezygnują z udziału w wyborach, albo uznają, że wybiorą mniejsze zło. Prezes Kaczyński mógł mieć taki plan, ale już teraz widać, że nie są to szachy 5D, tylko zwykła awantura, która skończy się bardzo nieładnym rozwodem.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version