Są zbrodnie, które przechodzą bez większego echa. Są i takie, które zostawiają lepki ślad na zbiorowej wyobraźni. Do tej drugiej kategorii należą morderstwa o podłożu seksualnym. Nie tylko dlatego, że to morderstwa. Naruszają one coś więcej niż prawo. Rozrywają intymną granicę, której nienaruszalności chcielibyśmy być pewni.
- Więcej kryminalnych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Kto był najsłynniejszym mordercą seksualnym w historii? Ten, którego imienia nie znamy. Kuba Rozpruwacz — londyński cień z końca XIX w. stał się archetypem. Jego zbrodnie, brutalne, nacechowane seksualną przemocą i demonstracyjnym okrucieństwem, były pierwszymi tak masowo konsumowanymi przez prasę. Gazety zrobiły z nich widowisko, a z mordercy mit. Od tamtej pory podobne historie zawsze niosą ze sobą podwójny ciężar: realnej krzywdy i medialnej fascynacji. My, Polacy, również fascynujemy się tą historią ze względu na podejrzenia, że Kuba Rozpruwacz mógł być Polakiem.
Przemoc seksualna towarzyszy ludzkości od chwili, gdy pojawiły się władza, nierówność i tabu. Już w starożytnych kronikach i mitach znajdziemy opisy zabójstw splecionych z pożądaniem, upokorzeniem i kontrolą. Różnica polega na tym, że dopiero nowoczesna kryminalistyka i prasa nadały im nazwę, kategorię i miejsce w społecznej świadomości.
Dlaczego więc tak bardzo nas bulwersują? Bo uderzają w fundamenty. Seksualność jest sferą prywatną, a nawet wstydliwą. Gdy zostaje skażona przemocą, budzi pierwotny lęk i gniew. Takie zbrodnie zmuszają nas do patrzenia na ciemną stronę ludzkiej natury, tę, którą wolimy trzymać pod kluczem, najlepiej w cudzym domu, w cudzej historii.
Ten numer powstaje właśnie w tym miejscu: na styku ciekawości i dyskomfortu. Nie po to, by epatować, lecz by rozumieć. Bo tylko wtedy, gdy odważymy się spojrzeć w mrok, możemy spróbować go nazwać, a czasem nawet odrobinę rozjaśnić.

