Pierwsze koty za płoty już za mną. Tydzień temu obiecałem, że nie będzie tylko o polityce. To teraz będzie o gospodarce (o polityce zresztą trochę też). Swoją drogą, płot może być interesującym wskaźnikiem życia społecznego. A dokładnie długość płotów.
Na przykład Siergiej Miedwiediew w książce „Powrót rosyjskiego Lewiatana” (Wydawnictwo Czarne, bardzo polecam! Podobnie jak wydaną w serii Impact najnowszą „Wojna »made in Russia«”) wyliczył, że łączna długość płotów w Rosji przekracza czterdziestokrotność długości granic Rosji, czyli wielokrotnie przekracza obwód Ziemi…
Obsesja grodzenia pokazuje, jak bez porównania bardziej zatomizowane jest społeczeństwo rosyjskie od zachodnich, które Putin regularnie oskarża o „zepsuty indywidualizm”. Wtedy zapamiętałem: „Rosja bardziej grodzi się sama ze sobą niż od świata”, ale dziś widzę, że marne to pocieszenie.
Płot jest w pewnym sensie odwrotnością zaufania, a bez zaufania szwankuje w życiu społecznym wszystko, nie tylko gospodarka, która opiera się na zaufaniu, że druga strona dotrzyma umowy (takim skrystalizowanym zaufaniem jest prawo), ale także polityka. W społeczeństwie niskiego zaufania częściej wybieramy populistów obiecujących gotówkę, a nie reformy, bo nie ufamy państwu, że je zrealizuje albo ich nie odwróci tylko dlatego, że to sukces poprzedników.
À propos odwracania… PiS przekręciło już klucz w zamku populizmu i teraz stworzonych po to, żeby ograniczały prawa opozycji. Tyle że teraz jest tą opozycją. A nie może po prostu robić swojego i walczyć z ustawami zgodnymi z konstytucją, bo takie każe wetować swojemu prezydentowi Karolowi Nawrockiemu. Na tej karuzeli kręci się sam Nawrocki, wetując ustawy, które PiS zdążyło wcześniej poprzeć (jak Błaszczak program SAFE), bo sukces może przypaść przeciwnikom. Jest też prezes NBP, który na początku roku ogłosił na cały świat dalsze kupowanie dziesiątek ton złota, żeby niedługo później ogłosić ustami swojego zastępcy Artura Sobonia (też z PiS), że złoto będzie sprzedawał.
Wróćmy do gospodarki. Jakub Wiech, którego nie sposób podejrzewać o przesadną sympatię do węglowodorów, zwrócił moją uwagę sentymentalnym postem: „Na trzy rzeczy można patrzeć się bez końca: jak płonie ogień, jak płynie woda, jak Gazprom ma niższą wycenę od Orlenu :)”. Sprawdziłem, czy to możliwe, i rzeczywiście: 11 marca 2026 r. polska firma po raz pierwszy przebiła rosyjską kapitalizacją. Gazprom był kiedyś czymś w rodzaju symbolu państwa-surowca. W szczycie jego przychody odpowiadały za ponad 5 proc. rosyjskiego PKB. W 2007 r. był trzecią największą spółką świata z kapitalizacją ponad 330 mld dol. Rok później jego szef i dobry kumpel cara Putina, czynownik Aleksiej Miller mówił, że w siedem-osiem lat dojdzie do 1 bln dol. Piętnaście lat później doszedł do 28,8 mld dol. Dla porównania: Microsoft przekroczył wówczas 3,8 bln dol.
Jeszcze kilka lat temu Orlen był wart ponad 40 razy mniej niż Gazprom. A przecież też nie miał lekko, bo przetrwał czasy rządów czempiona biznesu, któremu w branży energetycznej nadano czytelną ksywę: wójt. Skoro mowa o wójcie, to warto spojrzeć również na Węgry, z których wójt prowadził swoją kampanię wyborczą. O ile porównywanie polskiego giganta do rosyjskiego ma tę wadę, że mówimy jednak o państwach rozwijających się w zupełnie innych okolicznościach, o tyle „model węgierski” jest nam znacznie bliższy i ćwiczony był przez lata także w Orlenie. Jak więc radzi sobie MOL, węgierski odpowiednik Gazpromu i Orlenu? Otóż mimo jazdy na gapę i wykorzystywania dziury w sankcjach do zarabiania na przerabianiu rosyjskich surowców, owszem, podskoczył w wycenach od 2021 r. mniej więcej o połowę, ale nasza firma dwudziestokrotnie.
I tak w jednym kadrze widać trzy modele naszego regionu. Gazprom to populizm imperialny: sprzedawał gaz jak polityczny narkotyk, a rynek wyceniał go jak państwo w państwie. Orlen opowiada historię odwrotną. Też jest państwowy, ale działa w unijnym porządku prawa. Rynek płaci mu nie za marzenia o dominacji, tylko za dywersyfikację i bezpieczeństwo dostaw (Norwegia, USA, Katar). Jak to ważne, pokazują konsekwencje wojny z Iranem i blokada cieśniny Ormuz. A MOL? To populizm w wersji węgierskiej: nie imperium, tylko sprytne życie z politycznego chuligaństwa. Cztery lata po inwazji rosyjskiej na Ukrainę Węgry dalej jadą na rosyjskiej ropie.
Za miesiąc Węgrzy zdecydują, jak chcą się rozwijać. Polskim wyborcom myślącym portfelem podpowiem, że nic straconego. Wszystkie trzy opcje mają swoje odpowiedniki na polskiej scenie politycznej. Poza Unią, w Unii i siedząc okrakiem na płocie.