Od paru dni zaczynają się dziać w światowej gospodarce rzeczy rzadko spotykane. Firmy budujące AI regularnie ogłaszają znakomite wyniki, biją prognozy analityków, a kurs potrafi im polecieć na łeb na szyję.
Gdy Ty, Czytelniku, śpisz, świat zadaje sobie pytanie, czy sztuczna inteligencja ma świadomość. W dużej mierze dlatego, że rewolucja AI dotyczy głównie USA i Azji, a Ty jesteś z Europy, która liderem jest jedynie w regulowaniu AI. To też ważne, ale reaktywne jedynie i mało dochodowe.
Dario Amodei, szef Anthropica, firmy, która stworzyła Claude’a, w kwestii świadomości mówi otwarcie, że jest „otwarty na taką możliwość”. Anthropic uruchomił program „model welfare”, czyli dobrostanu modeli, i dał Claude’owi prawo kończenia rozmów z użytkownikami, którzy się nad nim znęcają. Czatbot z goednością osobistą to nowatorskie na pewno, ale jest dalej zastępowaniem świadomości modelu świadomością twórców.
Po analizie milionów czatów badacze stwierdzili, że trzy czwarte z nas robi z AI rzeczy banalne, zupełnie niezwiązane z pracą. Nastolatki i studenci używają AI do odrabiania prac domowych. Pozostały ułamek to rozmowy o emocjach i poszukiwanie towarzystwa przez coraz bardziej samotnych ludzi. To akurat ciekawe, ale zajmuje się tym inny dział „Newsweeka”.
Do generowania śmiesznych obrazków albo ściągania używamy narzędzia, które potrafi napisać kod, analizować i pisać dokumenty prawne, robić pełne kwerendy naukowe, prowadzić domową księgowość, doradztwo finansowe, korespondencję mailową. To trochę tak, jakby dostać odrzutowiec i jeździć nim po parkingu, bo efektownie wygląda.
Krótko mówiąc, różnica między tym, co ludzie robią z AI, a tym, co mogliby robić, jest większa niż między posiadaczami komputera w 1995 r. a resztą. Wtedy przynajmniej było wiadomo, że nie wiemy, jak działa komputer. Dziś każdy „rozmawiał z czatem”, więc każdy jest ekspertem — najgroźniejsza forma niewiedzy to ta, która przeszła już fazę pierwszego wrażenia. Gdyby Claude naprawdę miał świadomość, pierwsze, co by zrobił, to zakończył te głupie rozmowy z ludzkością. To już może.
Jest jeszcze trzeci poziom: czy mamy świadomość, gdzie ekonomicznie jesteśmy w tym całym wyścigu? Od paru dni zaczynają się dziać w światowej gospodarce rzeczy rzadko spotykane. Firmy budujące AI regularnie ogłaszają znakomite wyniki, biją prognozy analityków, a kurs potrafi im polecieć na łeb na szyję. Meta właśnie pochwaliła się wzrostem przychodów o 33 proc., po czym akcje spadły o ponad 7 proc. Oracle, który podpisuje kontrakty na setki miliardów, stracił w rok połowę wartości. Spektakularne wyniki i osiągnięcia nie oznaczają już rosnącej wyceny.
Otóż rynek przestał pytać, ile zarabiasz, a zaczął pytać, za co budujesz. Kluczowe słowo to „capex” — wydatki inwestycyjne, czyli pieniądze wydawane na serwery, centra danych i prąd, którego te centra pożerają tyle, co średnie państwo. Pięciu największych graczy — Microsoft, Google, Amazon, Meta i Oracle — wyda w tym roku łącznie prawie 700 mld dol. na maszyny, które za pięć lat będą złomem, bo wyprze je nowsza generacja.
Dopóki firmy finansowały to z bieżących zysków, wszyscy klaskali. Problem w tym, że zaczęto sięgać po dług. Google po raz pierwszy pokazał ujemne wolne przepływy pieniężne, zawiesił skup własnych akcji i podwoił zadłużenie. Pamiętne pęknięcie bańki dotcomów w okolicach roku 2000 wynikło właśnie z tego, że rozwój finansowano, zapożyczając się. Wyparowały biliony. Internet dalej się rozwijał, ale masa ludzi poszła z torbami. Podobnie było z koleją w XIX w. Tory zostały, akcjonariusze wypadali z okien. Technologia może być epokowa i bańka może pęknąć — te dwa zdania są prawdziwe jednocześnie, choć ludzka świadomość, jak wiadomo, niechętnie mieści dwie myśli naraz.
Do tego dochodzi zamazująca cały obraz karuzela wzajemnych kontraktów: producent czipów inwestuje w firmę od modeli, firma od modeli podpisuje gigantyczny kontrakt na moc obliczeniową z dostawcą chmury, a dostawca chmury za te pieniądze kupuje czipy od producenta, który w nią zainwestował. Wszyscy księgują sobie nawzajem przychody i rosną. Ekonomista to rozplącze, drobny inwestor niekoniecznie. Szczególnie jeśli z czacikiem gada tylko o zakupach nowych butów w bardziej oddalonym sklepie, bo na osiedlowym nie znalazł.
I tak mamy trzy poziomy rozmowy. Pierwsza — czy maszyna ma świadomość — jest nawet pasjonująca, ale nierozstrzygalna. Druga — czy wiemy, co maszyna potrafi — jest rozstrzygalna, ale wymaga wysiłku, więc wolimy jej nie rozstrzygać. Trzecia — czy wiemy, kto płaci za tę rewolucję i z czego — jest najbardziej przyziemna, a przy tym jedyna, która rozstrzygnie się sama, i to z procentem składanym. A to procent składany, a nie AI nazywano już w ekonomii ósmym cudem świata.

