Zaproszono mnie na szczyt NATO, choć w tym wypadku podziękowania należą się brytyjskiemu Chatham House i Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. I rzeczywiście poczułem się bezpiecznie, gdy na dzień dobry podczas przesiadki w Stambule zgarnęła mnie turecka policja. To było pierwsze z trzech zatrzymań.
Przesłuchanie nie trwało długo, dość szybko mnie puścili i na samolot się nie spóźniłem. W Ankarze odebrali, znów przepytali, mundurów tylko zapomnieli. Głupio wybrałem sobie hotel przy samym kompleksie prezydenckim w czerwonej strefie. Idiotycznie założyłem, że będę miał bliżej. W efekcie cały szczyt spędziłem z turecką policją w hotelowej kawiarni, a tylko na swoje eventy udawałem się długimi spacerami tam, gdzie dało się przejść gdzieś poboczami autostrad.
Ciekawiej zrobiło się, gdy próbowałem wyjechać. Dzięki uprzejmości prezydenta Erdogana zablokowane było całe miasto, więc po czterech godzinach spędzonych z taksówkarzami (ujechaliśmy 100 metrów) spóźniłem się na lot i jedną noc miałem z głowy. Próbowałem wyjechać kolejnego dnia, ale tym razem zatrzymały ruch delegacje międzynarodowe.
W końcu lotem krajowym przeleciałem o północy do Stambułu. Tam mnie od razu zwinęli, ale tym razem już na dłużej.
Chyba nie lubią dziennikarzy, choć co ze mnie za dziennikarz, jeśli w żadnej redakcji jednego dnia nie spędziłem i tylko zanudzam państwa swoimi opiniami. Kolejną nieprzespaną noc spędziłem z dobrym i złym policjantem, a potem już z oficerami o coraz wyższej szarży. Czułem się coraz bardziej doceniony, choć jako epileptyk nie powinienem zawalać nocy, a już na pewno więcej niż jednej.
Dobry policjant, młody chłopak, prowadził mnie na fajkę, pozwolił wziąć leki, dał wodę i nawet okazał się rozmowny. Reszta przesłuchiwała mnie jeden po drugim, nie urozmaicając rozmowy innymi tematami niż: kim naprawdę jestem, z kim się widziałem, po co tu przyjechałem, czym się zajmuję. Mogli sobie zgooglować, ale chyba nie ufają big techowi. To akurat rozumiem. Powody zatrzymania zachowali w tajemnicy.
Prowadzili mnie z jednego pokoju przesłuchań do drugiego
Muszę państwa rozczarować, bo do Rosjan, Chińczyków i Białorusinów sporo im brakuje. Chińczycy drą się i trzepią już na lotnisku i pewnie na wyrywki. A gdy trochę przypadkiem znalazłem się na okupowanym przez ostatnie tchnienie pamiętnych protestów lotnisku, armia chińska, wahająca się „wchodzić czy nie wchodzić”, ostatecznie nie mogła się zdecydować i zagrała na przeczekanie.
Rosjanie w ogóle się nie znają na żartach, ale tam jeszcze było liberalnie, gdy zdarzyło mi się protestować na Placu Bołotnym. Białorusini z kolei dzielą się na młodych i starych. Ci pierwsi aż się wstydzą, gdy zatrzymują, że trafili na niewłaściwą stronę barykady. Starsi podobno są gorsi od Rosjan, ale nie zdążyliśmy się lepiej poznać. Tam się wywinąłem z kotła niemiecką wizytówką jak członek Niemieckiej Rady Polityki Zagranicznej (że PiS się nigdy o to nie przyczepiło to duże przeoczenie). A że podczas białoruskich protestów w 2020 r. mądrze nie chciałem się akredytować, zmieniałem mieszkania, to chyba nikt się mną specjalnie nie interesował.
Dopiero Turcy potraktowali mnie odrobinę poważniej. W końcu po wykonaniu licznych telefonów, prowadzeniu mnie z jednego pokoju przesłuchań do drugiego, zadawaniu tych samych pytań, na które żadna inspirująca odpowiedź nie przychodziła mi do głowy, wzięli mi odciski palców i szarmancko odprowadzili na samolot. Z tym dobrym policjantem przybiliśmy sobie piątkę, inni byli mniej uprzejmi, ale nie mam pretensji.
Trzy razy mnie zatrzymywali
Zastanawiałem się, co mogło ich tak zainteresować. Strzelam, że jedna z wizyt w Turcji. Otóż parę lat temu zaprosiła mnie turecka telewizja na konferencję, którą otwierał owiany już sławą dyktatora Recep Erdogan. Jako wierny odbiorca TVP Jacka Kurskiego uprzedziłem, że im „pojadę”. I pojechałem, bo miałem udawać, że wszystko jest fajnie, gdy dziennikarze siedzą w Turcji w więzieniach? Coś tam mi musieli zapisać w papierach, skoro trzy razy mnie zatrzymywali, życzliwie dbając, żeby mi się nic nie stało podczas całej wyprawy.
Pozostaję jednak sympatykiem Turcji, wyłączając może głowę państwa. Wciąż miło wspominam akcję z Bayraktarem, gdy producent (rodzinnie związany z Erdoganem) zdecydował się podarować drona Ukraińcom, a za zebrane miliony mogłem kupić masę innego sprzętu i pomocy humanitarnej dla walczącej Ukrainy. Przyjechał nawet na Impact dwa lata temu i do dziś się szanujemy. Chyba nie wypadłem źle, bo nawet mi zakazu wjazdu do Turcji nie dali.

