To już nie są wyjątkowe historie. Wystarczy kilka tygodni, żeby wciągnąć nastolatka do grup ekstremistów — mówi dr Konrad Ciesiołkiewicz, kierownik Centrum Analiz Społeczeństwa Informacyjnego Uczelni Korczaka, współautor diagnozy „Młodzież 2026”.
Newsweek: Jak to się zaczyna, że dziecko wchodzi w świat przemocy?
Dr Konrad Ciesiołkiewicz: Wystarczy, że jest w sieci. Nie musi nawet wyszukiwać niczego konkretnego, bo i tak zobaczy tam materiały z wojny, skrajnej przemocy, przeplatane słodkimi filmikami z kotkami i pieskami. Kluczowe jest to, co mu podsuną platformy społecznościowe. Algorytmy nie uwzględniają etapu rozwojowego, dzieci dostają to samo co dorośli: treści, które najlepiej zatrzymują uwagę. Często wywołujące szok i lęk.
Badania amerykańskie i brytyjskie pokazują też, że nawet 80 proc. młodych regularnie styka się na platformach społecznościowych z teoriami spiskowymi. I bardzo wielu deklaruje, że przynajmniej w jedną z takich teorii uwierzyło.
Wniosek jest prosty: im więcej czasu spędzonego na platformach społecznościowych, tym większa podatność na takie narracje. Niebawem pokażemy wnioski z nowatorskich badań krajowych.
Kto za tym stoi?
— Z jednej strony chodzi o brak odpowiedzialności firm technologicznych. Ich modele działania opierają się na przyciąganiu uwagi, nie na ochronie użytkownika. Z drugiej jednak — żerują na tym konkretne grupy i społeczności ekstremistyczne. Ich cel nie musi być skomplikowany — wystarczą destabilizacja, niepokój i chaos.
Czyli 17-latka z Tczewa zaangażowana w zamach terrorystyczny to nie pojedynczy incydent?
— To już nie są wyjątkowe historie. Widzimy coraz więcej takich przypadków — i wszystkie układają się w podobny schemat. W najnowszym raporcie o wyzwaniach dotyczących bezpieczeństwa państwa ABW alarmuje o rosnącym zainteresowaniu propagandą terrorystyczną wśród dzieci i młodzieży. To w skrajnych sytuacjach prowadzi to udziału w przygotowaniach do zamachów jak w przypadku tej 17-latki z Tczewa. ABW w ciągu dwóch lat prowadziła 19 takich postępowań. Na przykład dotyczyły trzech nastolatków z Olsztyna, 17-latka z Podkarpacia, 19-latka z Lublina. To akurat przykład wpływu organizacji dżihadystów Państwa Islamskiego. Ale ABW zwraca uwagę na radykalizację nieletnich bez podłoża ideologicznego. Na portalach społecznościowych i forach dla graczy ulegają fascynacji czystą przemocą, w tym masowymi morderstwami czy „kulturą” organizacji terrorystycznych.
Kiedyś częściej chodziło o spójne narracje ideologiczne, religijne czy polityczne, jak w przypadku terroryzmu islamistycznego albo skrajnej prawicy. To idea przekonywała i wciągała nowych wyznawców.
Dziś mamy do czynienia z innym zjawiskiem. Najczęściej to mieszanka fascynacji przemocą, treści typu true crime i teorii spiskowych krążących w sieciowych subkulturach.
Dopiero na tym buduje się gotowość do realnego działania przemocowego.
Skoro nie konkretna ideologia, to co działa?
— Wystarczy trafić w nastrój i podsunąć prosty komunikat: „świat jest zły”. Po jakimś czasie kolejny: „skoro świat jest zły, to trzeba go zniszczyć”. A potem już wciągnąć w konkretne działania. Celem nie jest zmiana rzeczywistości na lepszą w imię jakichś wartości, tylko destrukcja sama w sobie i wywołanie szoku. To ekstremizm nihilistyczny.
To zjawisko nie jest nowe, ale młodzi ludzie znacznie szybciej są wciągani w ekstremistyczne środowiska — według raportu Global Terrorism Index jeszcze dziesięć lat temu zajmowało to ponad rok, dziś wystarczą już tygodnie.
Co sprawia, że nastolatek wpada w taką sieć?
— Dużą rolę odgrywa sposób, w jaki działają komunikatory, z których korzystają dzieci. Funkcjonują w modelu szyfrowania typu end-to-end. To znaczy, że wiadomości widzą tylko nadawca i odbiorca. To daje młodemu człowiekowi poczucie intymności i prywatności. W praktyce jednak tworzy przestrzeń, w której bardzo trudno złapać dystans.
Nie ma punktu odniesienia, brakuje innych głosów — choćby rówieśników — które mogłyby jakąś myśl zakwestionować albo zatrzymać. Oczywiście nie ma też nad tym kontroli z zewnątrz.
Zostaje tylko indywidualna relacja cyfrowa — z kimś po drugiej stronie telefonu czy aplikacji.
Szersza wspólnota oczywiście istnieje, choć nie jest dostępna bezpośrednio. Dziecko może nie znać pozostałych członków tej wspólnoty, mimo to czuć przynależność.
I często są to wspólnoty, które kultywują brutalność i przemoc.
Jak przebiega wciąganie nastolatka?
— Zaczyna się bardzo niewinnie. Ktoś pisze, zagaduje, okazuje zainteresowanie. Nastolatek czuje się zauważony, doceniony i ważny.
Potem następuje faza tzw. groomingu — czyli uwodzenie, często z podtekstem seksualnym.
Na tym etapie już bardzo łatwo przekroczyć pierwsze granice. Zauroczone dzieci dają się namówić np. na wysłanie swojego zdjęcia. Najpierw to zwykły portret, potem zdjęcie w bieliźnie.
A kiedy takie materiały już są, zaczyna się kolejny etap — tzw. sextortion, czyli szantaż. Przesłane przez nastolatka materiały są archiwizowane i wykorzystywane potem jako narzędzie przymusu.
Wtedy zaczyna się tzw. zadaniowanie.
„Zadaniowanie” do czego?
— Pierwsze polecenia są pozornie niewinne: idź w określone miejsce, odezwij się do rodziców w konkretny sposób, powiedz coś zaczepnego nauczycielowi — chodzi o coś, co może wywołać konflikt.
To sprawdzian, na ile młody człowiek jest gotów się podporządkować i jak daleko może się posunąć — w którym momencie przekroczy granice, do których wcześniej nawet by się nie zbliżył.
Następne w kolejce zadań są samookaleczenia, a potem przemoc. Wobec zwierząt, w niektórych przypadkach także wobec innych ludzi. Zdarzają się więc polecenia, np. „zabij swojego chomika”. I nacisk: „jeśli tego nie zrobisz, materiały, które o tobie mamy, wyślemy do rodziców albo do szkoły”.
I dzieci to robią.
— Tną się. Podejmują próby samobójcze. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest tzw. sieć 764 — coś w rodzaju cyfrowej sekty. W praktyce to międzynarodowa sieć przestępcza, która wciąga dzieci i nastolatków w przemoc i samookaleczenia. Problem w tym, że takie struktury są rozproszone. Znikają jedni liderzy, pojawiają się kolejni. Grupy działają dalej — pod innymi nazwami.
Jeśli szukać porównań, podobnie działał QAnon — ruch bez jednego centrum, dlatego trudno go było zatrzymać.
Z jaką grupą była związana 17-latka z Tczewa zatrzymana za pomoc w przygotowaniu zamachu na szkołę w Kanadzie?
— Wszystko wskazuje na to, że funkcjonowała w środowisku tzw. true crime community (TCC). To dziś popularny trend — opowieści typu true crime są w mainstreamie, w serwisach streamingowych, w mediach. Mamy też instytucje i organizacje, które próbują zrozumieć przemoc po to, żeby jej zapobiegać i przed nią ostrzegać. Ale jest druga strona tego medalu.
Gdzie to się wymyka spod kontroli?
— Bardzo łatwo jest przejść od opowiadania o przestępczości do jej estetyzowania. Sprawców zaczyna się otaczać kultem.
Powstają hagiografie zamachowców — opowieści, które ich gloryfikują. Są też grupy, które żywią się przemocą: obrazami krzywdy, dramatem, brutalnymi aktami — tzw. gore community.
Podobny mechanizm widać w części środowisk związanych z true crime. Nie mówi się: „to był morderca”, tylko: „to był niezwykle inteligentny człowiek”, „został skrzywdzony”. I część młodych zaczyna się z tym identyfikować.
Sprawcy okrutnych przestępstw często rzeczywiście byli wcześniej krzywdzeni.
— Założyciel tzw. sieci 764 też miał za sobą doświadczenia przemocy i odrzucenia.
Trzeba to wiedzieć — nie po to, żeby usprawiedliwiać przemoc, tylko żeby zrozumieć ten mechanizm.
Przeciwdziałanie nękaniu rówieśniczemu nie jest tylko kwestią dobrostanu dziecka. To także element bezpieczeństwa całego społeczeństwa. Bo ktoś wypchnięty z relacji w świecie realnym zaczyna szukać przynależności gdzie indziej — często w ekstremistycznych grupach w sieci.
Dlaczego tak trudno to zatrzymać?
— Bo to trafia w bardzo konkretny moment rozwojowy.
Starsze dzieci i nastolatki są naturalnie skupione na sobie, dopiero uczą się uwzględniać perspektywę i potrzeby innych ludzi. I właśnie w tym momencie wchodzą w środowisko w sieci.
Dawniej empatii i kompetencji społecznych uczyli się w bezpośrednich relacjach — w rodzinie, szkole, w grupie rówieśniczej. Dziś na ten proces nakładają się mechanizmy cyfrowe, w dużej mierze nieregulowane i poza kontrolą. W efekcie wzmacniają tę naturalną koncentrację na sobie, a jednocześnie wystawiają młodych ludzi na bodźce, do których nie powinni mieć dostępu: skrajną przemoc czy manipulujące treści. I są grupy, które to świadomie wykorzystują.
Nie wystarczy więc dzieciom odciąć dostępu do przemocowych treści?
— Nowa fala radykalizacji to nie są już toporne hasła ani otwarta propaganda, którą łatwo wyłapać i zablokować.
Te środowiska działają tak, żeby przemoc nie była rozpoznawalna na pierwszy rzut oka.
Nastolatki wiedzą, że treści wprost rasistowskie, nazistowskie czy brutalne są niedozwolone i mogą oznaczać kłopoty. Najczęściej trzymają się od nich z daleka. Dlatego pierwszy kontakt jest delikatny, często oparty na ciekawości albo estetyce. Zamiast otwartej propagandy pojawiają się treści typu: „jakie zwierzęta lubili naziści” albo „jak wygląda życie prywatne zamachowców”. Dużą rolę odgrywa też forma — memy, dopracowane wizualnie grafiki, atrakcyjne wideo. Mówią o „wartościach”, „tradycji”, ale są tworzone i promowane przez środowiska ekstremistyczne.
Najpierw buduje się atrakcyjny obraz świata. Dopiero potem wpływa na zmianę sposobu myślenia.
Co sprawia, że to nabiera większego znaczenia?
— Działa tu kilka mechanizmów. Pierwszy możemy nazwać lansem na przemoc. Spełnia on potrzebę bycia zauważonym i widoczności — to dziś ważny element kultury cyfrowej. Dlatego wiele działań się nagrywa, streamuje, dokumentuje. Inny mechanizm to grywalizacja — im bardziej brutalny czyn, tym wyższy status w grupie. Twoje działania są komentowane, oceniane i przekazywane dalej.
W efekcie przemoc zaczyna funkcjonować jak sposób na zbudowanie pozycji — jak zdobywanie punktów. Najpierw dostajesz zadania polegające na przekraczaniu granic — sprawdzenie, czy się postawisz, czy zrobisz coś ryzykownego. Potem te granice są przesuwane. Znamy w Europie przypadki, że ataki z nożem były nagrywane i transmitowane, a obserwatorzy podpowiadali sprawcy, co ma robić dalej, żeby zdobyć ich większy aplauz.
Destrukcyjność dostała turbodoładowanie: możliwość działania na oczach globalnej, nagradzającej publiczności.
To zagrożenie dotyczy każdego dziecka?
— Nie każdego, ale znacznie większej grupy, niż chcielibyśmy przyznać.
Najważniejszym czynnikiem ryzyka jest samotność i tu mamy zasadniczy problem, bo według badań większość nastolatków korzystających z mediów społecznościowych mówi o silnym poczuciu osamotnienia. Czuje się też przygnieciona nadmiarem informacji.
To paradoks — platformy, które miały łączyć, w praktyce tę samotność pogłębiają.
Są też, rzecz jasna, grupy szczególnie wrażliwe. Środowiska cyfrowe sprawnie wychwytują młodych ludzi w kryzysie psychicznym, osoby w spektrum autyzmu, uczestników grup wsparcia. Tych, którzy mają trudność z dystansem, osądem sytuacji, samooceną. Łatwiej tracą zdolność krytycznej oceny i wpadają w zawężone, tunelowe myślenie.
Nie możemy więc powiedzieć rodzicom: „twojego dziecka z kochającej rodziny to nie spotka”?
— To już nie jest problem jednej rodziny ani jednego środowiska. Część ryzyka jest po prostu wpisana w ten etap życia. U nastolatków to bardzo intensywny moment — emocjonalnie, poznawczo, społecznie. I to jest moment rozwojowy, o ile odbywa się w bezpiecznym środowisku. Ale dziś tym środowiskiem w dużej mierze jest internet — tam przeniosła się baza relacji młodych ludzi. A to już nie jest neutralne otoczenie.
Skoro zakazy nie wystarczą, to co możemy jeszcze zrobić?
— Na poziomie społecznym kluczowe jest budowanie relacji i wspieranie dzieci w rozwoju emocjonalnym.
Kiedy dzieci robią coś razem — uczą się współpracy, cierpliwości, bycia w relacji. A to właśnie te kompetencje sprawiają, że nie muszą sięgać po przemoc, żeby zaistnieć w grupie.
W wielu krajach to już rozumieją — po doświadczeniach z radykalizacją młodzieży czy zamachach w szkołach systemowo pracuje się nad budowaniem zdrowego środowiska rozwoju dla dzieci. W Polsce ostatnia strategia państwa na rzecz młodzieży wygasła w 2012 r. W MEN dopiero trwają prace nad nową.
Kiedy dziecko jest prześladowane, pytamy szkołę, co zrobiła. Kiedy się okalecza — rozliczamy rodziców. Dlaczego to nie działa?
— Rodzice i szkoła są na pierwszej linii, ale mają ograniczone możliwości zatrzymania tego, co naprawdę dzieje się w sieci. A my wciąż traktujemy to jak problem prywatny — choć to problem publiczny.
Dzieci i młodzież są dziś jedną z głównych grup oddziaływania w cyberprzestrzeni. Nie tylko dlatego, że są na to bardziej podatne, ale także dlatego, że można na nie wpływać długofalowo. Jeśli dziś oddziałujesz na 13— czy 15-latka, to za kilka lat masz wpływ na wyborcę, pracownika, żołnierza.
To pierwszy moment w historii, gdy dostęp do młodych ludzi jest właściwie nieograniczony. Kiedyś ograniczeniem była geografia — szkoła, rodzina, lokalna społeczność. Dziś każda grupa — przestępcza, ekstremistyczna czy obcego państwa — bez przeszkód dotrze do każdego.
Dlatego brak poważnej polityki wobec młodych ludzi to nie jest tylko błąd wychowawczy. To odpowiedzialność państwa.
I co państwo może realnie zrobić?
— Nie może po prostu nakazać platformie usunięcia treści, jeśli nie udowodni, że są nielegalne. A już wiemy, że organizacje przestępcze potrafią to obejść. Dlatego tak ważne są regulacje — jak europejski Akt o usługach cyfrowych. To próba stworzenia narzędzi, które pozwolą reagować w sieci szybciej i skuteczniej. Polski projekt ustawy zakładał wprowadzenie tzw. zaufanych podmiotów — organizacji, które mogłyby szybko zgłaszać niebezpieczne treści do urzędu. A ten w określonych przypadkach mógłby żądać ich blokowania. Projekt został jednak zawetowany przez prezydenta pod hasłem rzekomej walki z cenzurą.
Konrad Ciesiołkiewicz
Foto: Paweł Wodzyński / East News

