Coraz więcej Polaków dojeżdża do pracy po kilka godzin dziennie. — Czułam się jak w komedii Barei, tylko wcale nie było mi do śmiechu — mówi Maria. — Boję się, że jak tak dalej pójdzie, za parę lat skończę rozwiedziony albo z zawałem — dodaje Rafał.

Rafał pracuje jako starszy analityk danych w warszawskiej korporacji. W trakcie pandemii firma wdrożyła model pracy zdalnej i tak miało już zostać. Szef przekonywał, że większość pracowników będzie się musiała pojawiać w biurze raz, może dwa razy w ­miesiącu.

Żona Rafała akurat straciła pracę i uznali, że to dobry moment, by przeorganizować życie. Porzucić wynajmowane mieszkanie w stolicy i wrócić do rodzinnego Ostrowca Świętokrzyskiego. Mieli 200 tys. oszczędności, w Warszawie musieliby wziąć ogromny kredyt, by kupić coś swojego. W Ostrowcu ­mieli działkę po dziadkach, wystarczyło więc, że dołożyli drugie 200 tys., i postawili ponad 130-metrowy dom. Idealne miejsce, by powiększyć rodzinę.

— Znajomi pomogli i jak się przeprowadzaliśmy, to Marta właściwie od razu dostała robotę jako menedżerka w restauracji — opowiada 40-latek. Z jego warszawską pensją około 17 tys. zł na rękę, jej 5 tys. zł i własnym lokum czuli się jak bogacze. W stolicy mieszkali od studiów i zdążyli zapomnieć, o ile tańsze jest życie w małym mieście.

Dziś mają dwie córki: jedna ma cztery, druga dwa lata. Raz w roku stać ich na dłuższe wakacje. Gdy chcą spędzić weekend bez dzieci, w pobliżu są dziadkowie, którzy zawsze chętnie pomogą. Mimo to Rafał czuje, że jest coraz dalej od idylli, jaką sobie wymarzył. Wszystko przez zmiany w pracy.

Dwa lata temu jego firma zarządziła, że trzeba więcej czasu spędzać w biurze. Początkowo był to tylko raz w tygodniu. Do przeżycia. Od ponad pół roku musi się w nim jednak pojawiać już trzy razy. — I ciągle słyszę, że i tak mam taryfę ulgową, bo innym przysługuje tylko jeden dzień home office na tydzień — mówi.

Uważa, że to absurd — doskonale wykonywał swoje obowiązki zdalnie. Po co ma przesiadywać daleko od domu? Tym bardziej że podróż w jedną stronę to około 2,5 godziny jazdy samochodem. Jak trafią się większe korki, dobija nawet do 3. Jeśli doliczyć do tego 8 godzin w biurze, robi się z tego 14-godzinny dzień pracy. — Czasem zostaję na dwie noce w Warszawie. Wiąże się to jednak z poczuciem winy, że nie jestem przy rodzinie i marnuję pieniądze. Firma część kosztów za dojazdy mi zwraca, za noclegi już nie — tłumaczy.

Najbardziej frustruje go to, że nie ma widoków na wyjście z tej sytuacji. W Ostrowcu ciężko o pracę, a tym bardziej taką za dobre pieniądze. Z kolei przeniesienie się do Warszawy z dwójką dzieci oznaczałoby wywrócenie świata do góry nogami i obniżenie standardu życia. Praca w innym dużym mieście też nie jest rozwiązaniem — do wszystkich jest podobnie daleko jak do stolicy. I w każdym koszty znacznie przewyższają te w Ostrowcu.

Rafał już nie daje rady. Przytył, bo ciężko mu się zebrać do ćwiczeń. Jest wykończony nie tylko przez dojazdy, cały tydzień ma mniej energii. Zaczął się uskarżać na bóle głowy, pleców i problemy ze snem. Raz przysnął za kierownicą i w ostatniej chwili wymanewrował autem tak, by nie uderzyć w barierki. Ma też dużo krótszy lont. Częściej kłóci się z żoną. Potrafi dostać furii, bo talerz nie został wstawiony do zmywarki.

Głos mu się załamuje, gdy mówi: — Boję się, że jak tak dalej pójdzie, za parę lat skończę rozwiedziony albo z zawałem. Jednocześnie naprawdę nie wiem, jak to wszystko poukładać, żeby było dobrze.

CBOS zebrał dane dotyczące dojazdów do pracy, które zdaniem prof. Przemysława Śleszyńskiego z PAN, eksperta ds. deglomeracji i polityki przestrzennej, pozwalają porównać zmiany, jakie zaszły w ostatnich latach.

Wynika z nich, że Polacy pokonują coraz większe odległości między domem a miejscem pracy lub nauki. Mediana tej odległości wzrosła z 6 km w 2007 r. do 10 km w 2025 r., a średnia z 14 do 21 km. Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku najdłuższych dojazdów: w 2007 r. ponad 50 km do pracy lub szkoły pokonywało 3 proc. badanych, a w 2025 r. — już 7 proc.

Głównym czynnikiem jest coraz większa koncentracja miejsc pracy w takich miastach jak Warszawa, Kraków, Wrocław czy Trójmiasto. Trwa też coraz większa migracja do tych ośrodków, ale jednak to polaryzacja pracy na mapie Polski postępuje ­szybciej.

Według Śleszyńskiego nie powinniśmy rozwiązywać problemu nierównowagi między miejscem zamieszkania a miejscem pracy wyłącznie przez zwiększanie mobilności ludzi. Nawet szybka kolej nie jest panaceum.

Profesor tłumaczy: zakładając, że bilet kosztuje 30 zł w jedną stronę, przy kilkunastu dniach dojazdu w miesiącu daje to około tysiąca złotych. Dla osoby zarabiającej 20 tys. to tylko 5 proc. pensji, ale dla kogoś, kto ma 5 tys. zł netto, to już jedna piąta wypłaty.

— Trzeba raczej dążyć do bardziej zrównoważonego rozmieszczenia miejsc pracy i rozwoju lokalnych i regionalnych rynków. Postawić na wsparcie zwłaszcza średnich miast, które mają swoje obszary funkcjonalne i do których dojazd do pracy i usług jest w uśrednieniu znacznie krótszy niż do dużego miasta — mówi ekspert. Do tego trzeba jednak mądrze prowadzonej polityki regionalnej, której od lat brakuje.

Śleszyński sugeruje też lepsze wykorzystanie pracy hybrydowej. Nie każdą pracę można wykonywać zdalnie, ale tam, gdzie jest to możliwe, państwo powinno tworzyć rozwiązania, jak choćby ulgi podatkowe, które ją uatrakcyjnią i zwiększą jej dostępność.

Nie chodzi oczywiście o to, żeby całkowicie zlikwidować dojazdy do pracy. Zawsze będą ludzie, którzy mieszkają w jednej miejscowości, a pracują w innej. Profesor wskazuje jednak, że problemem jest rosnąca skala dojazdów. To generuje bowiem konkretne koszty gospodarcze: ludzie wydają więcej na samochody, paliwo i bilety, państwo i samorządy muszą rozbudowywać i utrzymywać drogi oraz transport publiczny, a rosnący ruch powoduje korki. Małe miejscowości nie są w stanie się rozwijać i coraz bardziej podupadają. Czas tracony w podróży, który również ma swoją wartość ekonomiczną.

Do tego dochodzą koszta indywidualne. Przegląd 45 badań dotyczących dojazdów do pracy przeprowadzony przez Jiakuna Liu z Vrije Universiteit Amsterdam oraz Dicka Ettemę i Marca Helbicha z Utrecht University wskazuje, że długość i sposób dojazdu wiążą się nie tylko z samopoczuciem podczas podróży, ale też z ogólnym dobrostanem.

Autorzy piszą o tzw. spillover effect — stresujące dojazdy rozlewają się na życie zawodowe i domowe. Mogą utrudniać koncentrację na wykonywanych zadaniach czy prowadzić do napięć w relacjach. Z kolei analiza na podstawie danych Korean Working Conditions Survey wskazała, że wśród pracowników dojeżdżających do pracy ponad dwie godziny dziennie prawdopodobieństwo występowania objawów depresyjnych było o 31 proc. wyższe, lęku — o 89 proc., a zmęczenia — o 51 proc. niż wśród osób, których dojazd zajmował niewięcej niż pół godziny.

Psycholożka Zuzanna Butryn zauważa, że długie dojazdy mogą uruchamiać błędne koło: mniej czasu oznacza mniej snu i odpoczynku, większe zmęczenie sprawia, że trudniej zadbać o aktywność fizyczną czy relacje, a to z kolei może pogarszać ­samopoczucie.

— Patrząc na dojazdy, nie powinniśmy pytać wyłącznie o to, ile godzin człowiek spędza w samochodzie czy pociągu, ale też o to, z czego te godziny są zabierane — mówi. Dojazd może zaburzać granicę między pracą a życiem prywatnym. Zamiast być momentem przejścia z jednej roli do drugiej, staje się kolejnym obciążeniem.

— Jeśli wracamy do domu po kilku godzinach prowadzenia samochodu czy podróży pociągiem, możemy być fizycznie obecni, ale mieć znacznie mniej energii i zasobów na kontakt z rodziną — podkreśla psycholożka.

Butryn zauważa, że w pewnym momencie człowiek może już nie tylko być zmęczony drogą. Może zacząć mieć dość samej pracy, tracić poczucie, że jest w niej skuteczny, i coraz bardziej odcinać się od tego, co go angażowało. — A to zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego — mówi.

Dlatego według niej przy decyzji o długich dojazdach warto zrobić sobie bilans: co dzięki nim zyskujemy, a co tracimy. Lepsza pensja, ciekawsza praca czy możliwość mieszkania w miejscu, w którym chcemy żyć, mogą być warte dodatkowych godzin w podróży. Ale trzeba też policzyć drugą stronę: koszty transportu, zmęczenie, czas odebrany rodzinie, znajomym i ­odpoczynkowi.

— Nie da się mieć wszystkiego, dlatego ważne jest, żeby świadomie zdecydować, za co właściwie jesteśmy gotowi zapłacić własnym czasem — tłumaczy psycholożka. A jeśli bilans okaże się ujemny, sugeruje wyznaczenie sobie realistycznego terminu czy celu finansowego, po przekroczeniu którego zaczniemy szukać innej pracy. — Taka perspektywa może pomóc odzyskać poczucie sprawczości, a jednocześnie dać dodatkową motywację do wyrwania się z niekorzystnego schematu — podkreśla.

W komedii „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Stanisława Barei robotnik opowiada drugiemu, jak wygląda jego droga do pracy. Relacjonuje absurdalnie wiele przesiadek, mówi, że śniadanie je na kolację i śpi w ubraniach, żeby zaoszczędzić czas. Praca i trasa do niej i z powrotem zajmują mu właściwie cały dzień.

Maria identyfikuje się z tą sceną, chociaż wcale nie jest jej do śmiechu. Przez trzy lata pracowała w gminnej instytucji kultury. W teorii nie miała z domu aż tak daleko, bo 35 km. Ale bez prawa jazdy była zdana na PKS. Chociaż pracę zaczynała o 8, z domu wychodziła około 5.30. Maszerowała pół godziny na autobus, potem musiała się przesiąść na kolejny i dopiero nim mogła dotrzeć do pracy.

Podobnie było w drugą stronę. Choć kończyła o 16, wychodziła godzinę później na jedyny powrotny PKS. — Autobusy kursują ledwie 2-3 razy na dobę. Jak się spóźnisz, to już nigdzie nie dojedziesz — mówi.

Początkowo zatrudnienie jawiło się jej jako łut szczęścia. Jeśli chce się pracować w kulturze w okolicy jej niewielkiej wsi na Pomorzu, to opcji jest naprawdę niewiele. Większość stanowisk w lokalnych bibliotekach czy muzeach jest zajęta. — Może nieładnie to zabrzmi, ale prawda jest taka, że na wakat można liczyć dopiero, jak ktoś umrze albo zajdzie w ciążę — opowiada.

Wizja, że będzie się rozwijać, a dodatkowo znajdzie przestrzeń na pisanie doktoratu i robienie dodatkowych zleceń w postaci recenzji filmowych, szybko zderzyła się z rzeczywistością. Nawet jeśli nie było akurat odwiedzających, nie miała czasu dla siebie. Jej starsze koleżanki — pracujące tam dziesiątki lat i bardzo ze sobą zżyte — oczekiwały, że będzie się z nimi dzielić prywatnymi historiami ze swojego życia i bawić je rozmową.

— To i długie dojazdy sprawiły, że czułam się, jakbym ciągle była w pracy. Nie odpoczywałam nawet nocą, bo często mi się ona śniła — opowiada. Żeby załatwić coś w urzędzie czy pójść do lekarza, musiała brać wolne.

Jej znajome z pracy mieszkały blisko i nie raz, nie dwa zazdrościła im, że zaledwie kilkanaście minut po zamknięciu za sobą drzwi są już w domu. Że mają czas na spokojne zakupy, lekarzy, a przede wszystkim na rodzinę i znajomych. Życie towarzyskie Marii właściwie nie istniało. — Byłam ogromnie samotna — mówi.

Najtrudniejsze były imprezy okolicznościowe. Zazwyczaj trwały do 22 i wyjście wcześniej było źle widziane. Maria opłacała wtedy nocleg w miejscowości, w której pracowała. Nikt jej tych pieniędzy nie zwracał. Podobnie jak za bilety na komunikację, na które wydawała do 20 proc. pensji. — Dyrektorka nie garnęła się do tego, by w jakikolwiek sposób mi to zrównoważyć — podkreśla.

Z czasem pojawiły się wypalenie i depresja. Potrzebowała zmiany, ale na lokalnym rynku była tylko praca w usługach. I tam też musiałaby dojeżdżać. Zaczęła więc szukać jakiejkolwiek pracy zdalnej i w końcu się udało. Bez żalu porzuciła lokalną instytucję. — W końcu odzyskałam dostęp do własnego życia — opowiada.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version