Kacper Tomasiak zdobył srebro w kultowej dla Polaków dyscyplinie, w okolicznościach, które przejdą do historii.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Nigdy nie stanął na podium w konkursie Pucharu Świata, jeszcze rok temu był dopiero 13. w mistrzostwach Polski, dwa tygodnie temu skończył dopiero 19 lat. Napisać, że nikt na niego nie stawiał, to przesadzić, ale też medal Kacpra Tomasiaka jest jednak niespodzianką.
Z perspektywy polskiego sportu to najbardziej niespodziewane podium w skokach od premierowego złota Wojciecha Fortuny na igrzyskach w Sapporo w 1972 r. Potem przez lata Polacy jeździli na igrzyska albo, by zajmować miejsca pod koniec stawki, albo by bić się o medale. Po erze Adama Małysza nastąpiła era Kamila Stocha, ostatni polski medal na igrzyskach zdobył Dawid Kubacki. Przez te dwie dekady skoki narciarskie stały się ukochaną, kultową, dyscypliną Polek i Polaków. Ona jest bardzo nasza, choć 99,9 proc. oglądających i emocjonujących się pod skoczniami i przy telewizorach nigdy nie odda skoku na nartach.
Srebro w czasach kryzysu
Srebro Tomasiaka przypada na kryzysowy okres w historii polskich skoków. Nasi skoczkowie nie biją się o triumfy w PŚ, od wielu miesięcy skaczą za krótko, by liczyć się w walce o medale. Było już tak źle, że zaczęliśmy wszyscy mówić i pisać o dziurze pokoleniowej. O tym, że Stoch (ur. 1987), Żyła (ur. 1987), Kubacki (ur. 1990) nie doczekali się następców. Że nie zbudowaliśmy systemu, który zapewniłby nam ciągłość sukcesów, uniezależnił od wybitnych jednostek.
Nie rozstrzygniemy, czy Tomasiak okaże się tak wielkim zawodnikiem, jak wymienieni wyżej. Fortuna nie uniósł ciężaru olimpijskiego złota, nie utrzymał się na szczycie. Dziś najważniejsze jest jednak coś innego. Kacper Tomasiak ma srebro igrzysk w Lombardii. Choć często narzekamy na upolitycznienie i skomercjalizowanie igrzysk, koniec końców wciąż najważniejszy tam sport. A sport kreuje niespodziewanych bohaterów.

