Kaczyński jest na tyle słaby, że nie jest w stanie wyrzucić z PiS Morawieckiego.
Na zdjęciu wydają się zadowoleni. Siedzą za stołem podczas siedmiogodzinnej kolacji pokojowej. Do tego pełne, szczęśliwe lico tego trzeciego – Adama Bielana, specjalisty od dziwnych politycznych posiłków, który gościł Kaczyńskiego i Morawieckiego w swym mieszkaniu na ekskluzywnym osiedlu w centrum stolicy.
Na pierwszy rzut oka prezes z byłym premierem właśnie zakończyli konflikt, a PiS wychodzi wzmocnione z najpoważniejszego kryzysu, odkąd w 2011 r. partię opuścili Zbigniew Ziobro z Jackiem Kurskim. Ziobryści utworzyli potem Solidarną Polskę, która miała wysłać Kaczyńskiego na emeryturę, a finalnie została wchłonięta przez PiS.
Rok wcześniej prezes wyrzucił z partii twórców swojej własnej, posmoleńskiej kampanii prezydenckiej – w tym Joannę Kluzik-Rostkowską i Pawła Kowala – za to, że przebrali go w beżowe sweterki i nakazali marsz ku centrum, gdy on chciał głosić teorie zamachowe. A jeszcze wcześniej wyrzucił lub zmusił do odejścia większość współtwórców PiS, m.in. Kazimierza Marcinkiewicza, Marka Jurka, Ludwika Dorna, Kazimierza Michała Ujazdowskiego czy Pawła Zalewskiego.
Morawiecki wygrał
Wielu z nich znalazło się na marginesie, nieliczni zaczepili się w innych partiach. Tak, losy pisowskich rozłamowców to nienajlepszy prognostyk dla tych, którzy próbują rzucić wyzwanie prezesowi. A jednak Morawiecki nie tylko Kaczyńskiego wyzwał na pojedynek, ale jeszcze to starcie wygrał.
Gdy prezes wyrzucał tych wszystkich powyższych, mógł sobie na to pozwolić. Dominował na całej prawicy. Był na tyle silny, że mógł zaryzykować konflikt po to tylko, aby umacniać swoje jedynowładztwo. Dziś sprawy mają się zupełnie inaczej. Układanie się z Morawieckim w chałupie Bielana nie jest dowodem na prezesowską słabość do pana Mateusza, na jego ojcowską o pana Mateusza troskę, wreszcie na jego wiarę, iż pan Mateusz jest ważny dla PiS. Jest wyłącznie dowodem na to, że Kaczyński jest dziś zbyt słaby, aby rozprawić się z Morawieckim.
Momentem zwrotnym stała się nie tyle zapowiedź Morawieckiego, że rejestruje własne stowarzyszenie, ile ujawniona przez niego lista założycieli. Znalazło się na niej niemal 40 parlamentarzystów, czyli mniej więcej co piąty członek klubu PiS. To wzbudziło przerażenie u Kaczyńskiego – okazało się, że w partii wyrosła mu silna frakcja, która uważa za swego lidera kogoś innego niż on sam.
Prawicowy elektorat ucieka PiS
Prezes z miejsca sięgnął po metody przetestowane na buntownikach z dawnych lat, tyle że groźby i prośby nic nie dały. W tej sytuacji miał dwa wyjścia. Mógł udawać, że wciąż jest silny, i wyrzucić grupę Morawieckiego z partii. Mógł też się wycofać i z Morawieckim dogadać – wybrał właśnie to rozwiązanie, co potwierdza jego słabość.
Dziś PiS żyje wspomnieniem dawnej potęgi, gdy partia w rekordowych eurowyborach w 2019 r. zdobyła ponad 45 proc. głosów. Najnowsze sondaże są bezwzględne – w niektórych partia spadła poniżej 20 proc. W tej sytuacji Kaczyński nie mógł ryzykować rozłamu, który rozpocząłby festiwal wzajemnych wyzwisk między pisowskimi lojalistami a morawieckimi buntownikami.
Prezes ma wystarczająco dużo kłopotów na głowie. Prawicowy elektorat ucieka do Konfederacji, a jeszcze częściej do Korony Grzegorza Brauna. Każda następna awantura wystraszyłaby kolejnych wyborców – to ostatnie, czego potrzebuje Kaczyński.
Ale jednocześnie na dłuższą metę nie zaakceptuje dwuwładzy w partii, a na taki scenariusz gra Morawiecki, który chce być w PiS niezależnym od Kaczyńskiego współliderem. I takie uzyskał ustępstwa – prezes zgodził się na działanie jego stowarzyszenia, pod warunkiem że nie będzie rekrutował nowych członków i włączy je w prace organów doradczych partii. To warunki na pokaz, bo Morawiecki bez trudu jest w stanie je omijać – a rozumie, że dzień prezesowskiego sądu może przyjść w każdej chwili. Rejestracja stowarzyszenia jest bowiem finałem całej serii niesubordynacji byłego premiera, który otwarcie kwestionuje radykalną linię polityczną Kaczyńskiego, spotyka się z przedstawicielami obozu władzy i podważa kandydaturę Przemysław Czarnka na premiera, odmawiając zaangażowania w jego kampanię.
Adam Bielan – bliski Morawieckiemu, choć zbyt zakochany w pieniądzach z europarlamentu, by ryzykować za niego skórę – opowiada, że Czarnek to chodzący kłopot, że chłop ma za uszami, a i za kołnierz nie wylewa. Choć Bielan nieraz próbował mnie okłamać i wielokrotnie kłamał na mój temat, to nawet ja muszę przyznać: uszy i kołnierz Czarnka brzmią intrygująco. Skoro zostały już wprowadzone na scenę, to na pewno przydadzą się w kolejnym akcie spektaklu.

