Mata Hari z Ząbkowic podsunęła prezydentowi do pocałunku prawicę nasączoną kremlowską trucizną.
Rok po wyborach prezydenckich Karol Nawrocki ujawnił największą tajemnicę kampanii — otóż przeżył zamach.
„W połowie maja w Ząbkowicach miałem spotkanie pod ratuszem. Wcześniej był jeszcze obiad na Dolnym Śląsku. Tego dnia strasznie padał deszcz. Dziwnie zachowywały się też telewizje związane z moim kontrkandydatem (…) jakaś dziwna kamera nas śledziła jeszcze po tym obiedzie. (…) Przemawiałem może pięć-siedem minut pod tym ratuszem. (…) Kończę mówić i nagle czuję, że dzieje się ze mną coś bardzo złego. Nagłe osłabienie, jakbym dostał konkretny cios w szczękę. Jakby nagle ktoś wyłączył mi organizm. Mówię sobie: »Dobra, dojadę, dojadę«. Idę z Jarkiem Dębowskim [współpracownikiem z IPN, dziś wiceszefem gabinetu prezydenta — red.] i mówię: »Jarek, musisz mi dać wodę«. On patrzy na mnie i mówi: »Szefie, co się z tobą dzieje?«. Ja mówię: »Nie wiem, ale bardzo źle się czuję. Coś bardzo złego się ze mną stało (…) Szybko zaprowadź mnie do autokaru i od razu mnie połóż na podłodze«. (…) Zaciągnęli czarne zasłony, staliśmy na ulicy. Wyszli wszyscy. Ja tylko położyłem się na tylnym siedzeniu — i straciłem przytomność. (…) Oni potem opowiadali, że nie mogli na to patrzeć. Mówili, że wyglądało to jak fontanna, porównywali to do filmu »Egzorcysta« — kopałem nogami, rzucało mną, kompulsywnie wymiotowałem. (…) Jakub [Nadstawny, asystent i dostarczyciel snusów — red.] powiedział później wprost: byłem przekonany, że ty nie żyjesz”.




