Niemiecki atak 22 czerwca 1941 r. był miażdżący dla Armii Czerwonej. W pół roku ponad 3 mln żołnierzy trafiło do niewoli. Większość nie dożyła wiosny. Zbrodnie na jeńcach pomogły mobilizować do walki kolejne miliony i uratować reżim stalinowski.
Blitzkrieg kompletnie zaskoczył sowieckie dowództwo. Czerwonoarmiści masowo poddawali się Niemcom od pierwszych dni. Na początku lipca 1941 r. złożyło broń ponad 300 tys. żołnierzy otoczonych w rejonie Białegostoku i Mińska. Wśród jeńców był m.in. 34-letni syn Stalina. Jakow Dżugaszwili niecałe dwa miesiące wcześniej uzyskał stopień starszego lejtnanta (porucznika) w Akademii Artyleryjskiej im. F. Dzierżyńskiego. Spokojny, nieśmiały, przed wojną pracował w zakładach samochodowych. Wieczorowy kurs wojskowy zrobił, by zyskać uznanie w oczach ojca, który uważał go za nieudacznika. Zaraz po niemieckiej napaści zgłosił się do służby frontowej.
Syn Stalina: pozdrawiam wszystkich z niewoli
20 lipca 1941 r. berlińskie radio nadało komunikat: „Z kwatery głównej feldmarszałka Kluge nadeszła wiadomość, że 16 lipca w pobliżu Łoźnej, na południowy wschód od Witebska, niemieccy żołnierze zmotoryzowanego korpusu generała Schmidta pojmali syna dyktatora Stalina — starszego lejtnanta Jakowa Dżugaszwilego, dowódcę baterii artylerii Siódmego Korpusu Strzeleckiego generała Winogradowa”. Radiowe doniesienia szybko dotarły na Kreml. Dowództwo Armii Czerwonej sądziło początkowo, że to niemiecka dezinformacja. Wszczęto poszukiwania. Część 14 Dywizji Pancernej zdołała się wyrwać z okrążenia. Jeden z żołnierzy zeznał, że razem z Jakowem zakopali dokumenty i uciekali w chłopskich ubraniach. Rozdzielili się, kiedy ten drugi postanowił odpocząć. Dwa dni później syn Stalina był już przesłuchiwany w niemieckim sztabie. „Wszyscy się rozproszyli (…), zostałem sam, nie wiedziałem, gdzie są moi artylerzyści, nie spotkałem ani jednego” — opisywał panikę w swojej jednostce, gdy stało się jasne, że została otoczona przez Wehrmacht. Ze wstydem przyznał, że dał się pojmać, zamiast walczyć do końca. Zrobił to — jak twierdził — pod wpływem miejscowych chłopów, którzy bali się niemieckiego odwetu. „Nie było wyjścia. Człowiek powinien walczyć, póki jest choćby cień szansy, a gdy nie ma żadnej, to… Wieśniaczka prawie płakała; mówiła, że zabiją jej dzieci, spalą jej dom…”.
Porucznik Jakow Dżugaszwili, 34-letni syn Józefa Stalina, tuż po trafieniu do niemieckiej niewoli, lipiec 1941 r.
Foto: ULLSTEIN BILD / newspix.pl
Wkrótce potem samoloty Luftwaffe zaczęły zrzucać na froncie tysiące ulotek z jego zdjęciem i wezwaniem do czerwonoarmistów. „Towarzysze żołnierze Armii Czerwonej! To nieprawda, że Niemcy was torturują, a nawet zabijają więźniów! To podłe kłamstwo! Niemieccy żołnierze dobrze traktują więźniów! Cały naród jest oszukiwany! Jesteście zastraszani, by bać się Niemców! Unikajcie niepotrzebnego rozlewu krwi i spokojnie przejdźcie na stronę Niemców!” — brzmiał tekst po rosyjsku. Obok fotografii jeńca z dwoma oficerami Wehrmachtu był podpis: „Syn Stalina, Jakow Dżugaszwili, wszelki opór wobec armii niemieckiej jest całkowicie daremny. Dlatego zakończcie wojnę i dołączcie do nas!”.
Na odwrocie ulotki widniała kopia odręcznego listu, który dyplomatycznym kanałem miał trafić do Stalina: „Drogi ojcze! Jestem w niewoli, zdrowy, wkrótce zostanę wysłany do jednego z obozów oficerskich w Niemczech. Traktują mnie dobrze. Życzę zdrowia, pozdrawiam wszystkich, Jakow”.
Ulotki dostarczono na Kreml 7 sierpnia 1941 r. z tajną informacją Zarządu Politycznego Frontu Północno-Zachodniego Armii Czerwonej. Sowieckie władze ukrywały, że starszy syn wodza znalazł się w niewoli. W połowie sierpnia dziennik „Czerwona Gwiazda” ogłosił nawet, że Rada Najwyższa ZSRR odznaczyła Jakowa Dżugaszwilego Orderem Czerwonego Sztandaru „za odwagę w walce z niemieckim najeźdźcą”. „Dowódca baterii Jakow Dżugaszwili dał zdumiewający przykład prawdziwego bohaterstwa podczas walk pod Witebskiem. W zaciętej bitwie nie opuścił stanowiska, dopóki nie padł ostatni pocisk, niszcząc wroga” — podkreślał organ prasowy Ministerstwa Obrony ZSRR. Dzień później Stalin z innymi członkami Kwatery Głównej Armii Czerwonej podpisał rozkaz nr 270. Pod groźbą kary śmierci zakazywał składnia broni przed wrogiem. Wszystkich jeńców uznawał za zdrajców ojczyzny i dezerterów. Ich rodziny miały stracić świadczenia państwowe i wylądować w więzieniach NKWD. „Oddziały i pododdziały otoczone przez wroga mają walczyć z poświęceniem do końca, chronić swój sprzęt jak źrenicę oka i przedrzeć się przez linie wroga na swoją stronę, pokonując faszystowskie psy” — nakazywał Stalin.
Do więzienia trafiła też żona jego syna — Julia Melcer. Wypuszczono ją dopiero wiosną 1943 r., kiedy Jakow Dżugaszwili zginął w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Z relacji niemieckich strażników wynikało, że rzucił się na ogrodzenie podłączone do prądu, po czym został trafiony kulą w głowę. Desperacką decyzję podjął prawdopodobnie pod wpływem depresji lub konfliktu z innymi jeńcami. Wcześniej przeszedł dwa inne obozy, odmawiając współpracy z władzami III Rzeszy i usiłując uciec. Stalin odrzucił ofertę wymiany syna na feldmarszałka Friedricha Paulusa, który trafił do sowieckiej niewoli pod Stalingradem. „Niemcy zaproponowali wymianę Jaszy za jednego ze swoich… Czy mam się z nimi targować? Nie, wojna to wojna” — cytowała po latach słowa Stalina jego córka Swietłana Alliłujewa.
Rozstrzelać generałów
Rozkaz nr 270 piętnował z imienia i nazwiska jako „tchórzy i dezerterów” trzech generałów. Paweł Poniedielin, Nikołaj Kiryłłow i Władimir Kaczałow dowodzili oddziałami, które na początku sierpnia 1941 r. zostały okrążone w rejonie Humania i poszły do niewoli. Zdjęcia pierwszej dwójki — podobnie jak syna Stalina — trafiły na propagandowe ulotki niemieckie zrzucane przez samoloty Luftwaffe na sowieckie pozycje. Wszystkich zaocznie skazano na rozstrzelanie, a krewnych zesłano do łagrów. Wyroki na Poniedielinie i Kiryłłowie wykonano po wojnie, gdy zostali uwolnieni przez aliantów i przekazani sowieckim władzom. Wcześniej dla przykładu rozstrzelano m.in. gen. Dmitrija Pawłowa, dowódcę Frontu Zachodniego, oraz kilku innych generałów, których Stalin obarczył winą za klęskę pod Białymstokiem i Mińskiem.
Drakońskie kary i wzmożony nadzór polityczny komisarzy nie powstrzymały kolejnych masowych exodusów do obozów jenieckich. „Walczą dopóty, dopóki żyje politruk. Jeśli on zginie, poddają się. Czasami żołnierze zabijają swoich politruków, aby móc iść do niewoli” — donosił niemiecki wywiad latem 1941 r. W sierpniu złożyło broń ok. 300 tys. czerwonoarmistów zamkniętych w „kotle smoleńskim”. Miesiąc później poddało się dwa razy tyle żołnierzy otoczonych w rejonie Kijowa. W październiku padł rekord. Pod Wiaźmą i Briańskiem dowództwo Wehrmachtu doliczyło się ponad 670 tys. jeńców, w tym generałów i wyższych oficerów. Znaczna część pochodziła z Ukrainy, Białorusi i krajów nadbałtyckich zajętych przez Niemców. Wielu nienawidziło sowieckiej władzy i nie chciało umierać za Stalina. Łatwo podchwytywali antykomunistyczne i antysemickie hasła niemieckiej propagandy, która obiecywał lepsze życie pod rządami Adolfa Hitlera. Bardziej niż niewoli bali się swoich dowódców, którzy traktowali ich jak mięso armatnie, oraz oddziałów zaporowych, które na tyłach frontu wyłapywały i rozstrzeliwały żołnierzy próbujących uniknąć walki. Byli pod wrażeniem sprawności i błyskawicznych sukcesów Wehrmachtu. Nie wierzyli w zwycięstwo Armii Czerwonej. Starsi pamiętali I wojnę światową, podczas której blisko 1,5 mln carskich żołnierzy trafiło do niemieckich i austriackich obozów jenieckich, gdzie większość doczekała w znośnych warunkach zakończenia walk.
Radzieccy jeńcy wojenni pod Smoleńskiem, 1941 r.
Foto: ULLSTEIN BILD / newspix.pl
Jak na paradzie
„Oddziały szperaczy zbierały często setki radzieckich żołnierzy — opisywał kapitan Hans von Herwarth pierwsze tygodnie na wschodnim froncie. — Ponieważ do zadań takich oddziałów należy przede wszystkim rozpoznanie, trzeba było jeńców odsyłać na tyły i to raczej pod symbolicznym konwojem. Widziało się więc często taki oto obrazek: jeden jedyny niemiecki żołnierz na koniu, a za nim długa kolumna jeńców, nawet nie próbowali uciekać. Byli szczęśliwi, że dla nich wojna już się skończyła”.
Niemiecki oficer pracował przed wojną jako sekretarz ambasady w Moskwie. Znał rosyjski i przesłuchiwał jeńców wziętych do niewoli. Był zaskoczony, jak szybko się poddawali, szczegółowo opisywali swoje jednostki, co pomagało planować kolejne uderzenia Wehrmachtu. Jeden kapitan sowieckiej artylerii chciał nawet doradzać Niemcom, jak skorygować ostrzał, aby był celniejszy. „Wyglądało na to, że wysiłki komunistycznych agitatorów nie robiły żadnego wrażenia — oceniał von Herwarth. — Większość z nich szczerze pragnęła podjąć z nami dzieło zniszczenia znienawidzonego systemu, który skolektywizował ich gospodarstwa i pociągnął za sobą tak wielkie ofiary”.
Do końca 1941 r. poszło do niewoli m.in. 63 sowieckich generałów (podczas całej wojny — 79). W „homelskim kotle” oddał się w ręce Niemców m.in. Iwan Biessonow, dowódca 102 Dywizji Strzeleckiej i były wysoki oficer NKWD, który brał udział w stalinowskich czystkach lat 30. „Ani oddziałów, ani dowódców, tylko tłum ogarniętych strachem ludzi starających się unieść własną głowę (…). Na koniec, całkiem spora liczba, porzuciwszy po drodze broń i wyposażenie, skakała do wody i płynęła na drugi brzeg — wspominał mjr Piotr Palij walczący w lipcu 1941 r. na linii Dniepru pod Homlem. — Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Z przodu byli Niemcy (…). Z tyłu, po wszystkich krańcach miasta i nad samym Dnieprem, stały »oddziały zaporowe«, które rozstrzeliwali każdego, kto nie miał specjalnego zezwolenia na odejście z pierwszej linii, a czasami nawet tych, którzy je zbyt wolno okazywali”. Jako jeden z ostatnich zdołał przedostać się wpław na drugą stronę rzeki. W okolicznych lasach kryły się już setki „zielonych dezerterów”, którzy porzucili swoje oddziały, by tam zaczekać na Niemców. „Mamy czelność poprosić was, towarzyszu majorze, abyście stąd spierdalali!” — przytaczał odpowiedź przywódcy grupy dezerterów. Sam trafił do niewoli, kiedy jechał z rozkazem do sztabu. Ranny w nogę został opatrzony przez niemieckich sanitariuszy, po czym przewieziono go na przesłuchanie. „Po drodze, niczym lawina nie mająca końca, przewalały się niemieckie wojska. Czołgi, tankietki, ciężarówki wszelkich rozmiarów (…). Żołnierze byli młodzi, zdrowi i weseli. Szli ze śmiechem, śpiewając i żartując. Wszyscy byli dobrze ubrani, z bronią automatyczną” — wspominał. W przeciwną stronę szły setki jeńców pod konwojem zaledwie 10 Niemców. Nikt nie próbował uciekać. „Ależ kontrast! Nasi wszyscy oberwani, brudni, głodni, nędznie uzbrojeni… a ci »faszyści«… idą jak na paradzie…” — zauważył.
W cichym i bezpiecznym miejscu
Podobne wrażenia miał Borys Sokołow, dowódca plutonu ogniowego półbaterii artylerii, pojmany przez zwiad niemiecki w sierpniu 1941 r. w rejonie Gatczyny: „Dookoła mnie zbierają się Niemcy — młode, zdrowe, syte chłopaki w typie sportowym. Rzuca się w oczy różnica między naszymi i niemieckimi żołnierzami. Nie widzę chuderlaków, konusów, słabeuszy i obojętnych na wszystko ludzi, jakich niemało wśród radzieckich żołnierzy”. Sokołow przed wojną pracował jako inżynier w Leningradzie. Będąc oficerem rezerwy, zgłosił się do walki zaraz po 22 czerwca. Pod komendą miał ok. 30 żołnierzy, głównie studentów pierwszego roku Leningradzkiego Instytutu Mechanicznego. Działa ciągnęły konie. „Nie mam lornetki, telefonu i żadnej łączności z nikim. Nie mam też wyszkolonych żołnierzy (…), strzelanie do dużych i odległych celów bez obserwatora artyleryjskiego i bez wstrzeliwania się — i to jeszcze z lekkich dział — to zupełny absurd” — opisywał wojenne realia. „Zaraz cię rozstrzelam. Mało Niemców utłukłeś — tylko jednego. Za dwa działa to za mało. Powinieneś był zabić stu pięćdziesięciu!” — zrugał go komisarz, gdy po niemieckim ataku zjawił się w sztabie w Gatczynie.
Do niewoli trafił poważnie ranny. Miał szczęście, bo został opatrzony przez niemieckich medyków. Chwalił ich fachowość i czyste, wiskozowe bandaże, których brakowało w sowieckiej armii. Podczas transportu do obozu o mało nie zginął z rąk innych jeńców. Poszło o to, że głośno powątpiewał, by Niemcy szybko zdobyli Leningrad, jak przekonywali towarzysze niedoli. „Komunista, politruk, ścierwo! Powiemy Niemcom o tobie! — usłyszał, gdy jeden przystawił mu nóż do głowy. — Co tam Niemcom mówić? Sami się z nim rozprawimy! Swojego politruka i plutonowego załatwiliśmy, a z tym się będziemy cackać?”. Z opresji wybawił go starszy żołnierz, który przekonał resztę, że Sokołow nie jest politrukiem, bo nie nosi oficerek, tylko buty z onucami, nie ma też śladu na rękawie po odpruciu czerwonej gwiazdy.
W niewoli wielu jeńców sowieckich stało się zaciekłymi antykomunistami. „Za zwrot »towarzyszu dowódco« walili w mordę, o ile nie tłukli jeszcze bardziej” — opowiadał mjr Palij. Często donoszono, kto jest Żydem, kto komisarzem politycznym. Niemcy — zgodnie z wytycznymi Hitlera — wyszukiwali takie osoby i mordowali w pierwszej kolejności. „My, Niemcy, nie jesteśmy wrogami narodu rosyjskiego. Kocham rosyjski naród, kocham Rosję, to także moja ojczyzna. Chcemy wyswobodzić Europę, w tym i Rosję, od władzy kliki internacjonalistów-komunistów, od destrukcyjnego i demoralizującego wpływu żydokomunistycznej ideologii” — podkreślał pułkownik SS (w cywilu profesora historii), który przesłuchiwał Palija. „Dla was osobiście wojna już się skończyła! Teraz, w cichym i bezpiecznym miejscu, będziecie czekać na jej całkowite zakończenie” — zapewniał.
Niemcy nam pomagają
„Ciche i bezpieczne miejsce” oznaczało dla większości jeńców wielodniowe, wyczerpujące marsze bez jedzenia i picia, transporty w bydlęcych wagonach i obozy pozbawione elementarnych warunków do życia. Niemieckie wojsko było nieprzygotowane na przyjęcie olbrzymiej masy jeńców. Wiosną 1942 r. Alfred Rosenberg, minister ds. okupowanych terytoriów wschodnich, pisał o 3,6 mln w liście do feldmarszałka Wilhelma Keitla, szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (wszystkich sowieckich jeńców podczas II wojny światowej szacuje się zwykle na ponad 5 mln). Tylko ok. 85 tys. Ukraińców zwolniono do domów na ziemiach okupowanych. Resztę, głównie szeregowców, trzymano przeważnie pod gołym niebem — na polach ogrodzonych drutem kolczastym, gdzie masowo umierali od głodu, zimna i chorób. Kilkaset tysięcy zostało zamordowanych (ok. 600 zginęło we wrześniu 1941 r. podczas pierwszej masowej egzekucji przy użyciu cyklonu B w Auschwitz). „Myślałeś, że niewola to ratunek? To żeś się braciszku pomylił! Tutaj będziesz Kołymę jak raj wspominał!” — usłyszał Palij, gdy przybył do obozu dla sowieckich oficerów w Zamościu. Strażnicy rekrutowali się z jeńców. Byli okrutniejsi niż Niemcy. Z głodu dochodziło do ludożerstwa. „Niekiedy spotyka się trupy z wyciętymi pośladkami, albo z nacięciami po bokach” — opowiadał Borys Sokołow.
Związek Sowiecki nie podpisał konwencji międzynarodowych dotyczących jeńców wojennych. To dało argument Hitlerowi, aby skazać na wyniszczenie, zgodnie z rasową polityką, która zakładała eksterminację słowiańskich narodów. Nie wziął pod uwagę, że takie traktowanie jeńców zmieni nastawienie żołnierzy Armii Czerwonej do Niemców i wojny. Uciekinierzy z obozów opowiadali o mordach i nieludzkich warunkach, które tam panują. Wraz z kolejnymi informacjami tężał opór i malała liczba czerwonoarmistów, którzy się poddawali. „To straszne, co mówię, ale maltretując i głodząc naszych jeńców, Niemcy nam pomagają” — przyznawał jeden z oficerów Armii Czerwonej. Niemiecki wywiad w lutym 1942 r. alarmował: „Nie możemy tak dalej traktować jeńców bez konsekwencji. To już nie jest sprawa wykładów politruków, ale osobistego przekonania, radziecki żołnierz doszedł do wniosku, że jeśli trafi do niewoli, czeka go życie w mękach lub śmierć”.
Kilka miesięcy później warunki w obozach jenieckich zaczęły się poprawiać. Ruszył też werbunek do formacji wspierających Wehrmacht. Do walki po stronie Niemiec zgłosiło się w sumie ok. 1,5 mln mieszkańców ZSRR, w tym ponad połowa Rosjan. Część zgodziła się na to, by uniknąć śmierci głodowej, innymi kierowały względy ideologiczne. Na odwrócenie sytuacji na froncie było już jednak za późno. „Hitlerowi i jego gorliwym pomocnikom udała się rzecz niemal niemożliwa: szerokie kręgi ludności państwa radzieckiego znalazły się ponownie w objęciach Stalina” — podsumował kapitan Hans von Herwarth.
Korzystałem m.in. z książek: „Zapiski oficera z niewoli”, Piotr N. Palij; „W niewoli”, Borys N. Sokołow; „Między Hitlerem a Stalinem. Wspomnienia dyplomaty i oficera niemieckiego 1931-1945”, Hans von Herwarth; „22 czerwca 1941”, Mark Sołonin; „Prawdy i mity o wielkiej wojnie ojczyźnianej 1941-1945”, Borys Sokołow

