Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. Co piątek w ramach cyklu „Interia bliżej świata” publikujemy najciekawsze teksty opiniotwórczych zagranicznych gazet. „Der Spiegel” to jeden z największych i najbardziej wpływowych niemieckich tygodników opinii, ukazujący się od 1947 roku. Ujawniając skandale polityczne, odegrał istotną rolę w rozwoju niemieckiej prasy. Jest członkiem założycielem zainicjowanej w 2016 r. Europejskiej Współpracy Śledczej (EIC). Zajmuje się polityką, gospodarką, nauką i kulturą. Słynie nie tylko z dziennikarskich śledztw, ale i pogłębionych analiz.
Po obu stronach ścieżki piętrzą się stosy kamieni, za nimi sterczą resztki murów. Dima Dayoub, 41-letnia architektka w adidasach i szarym t-shirtcie, idzie szybkim krokiem obok gór gruzu. Jest koniec października, ale termometr w północnosyryjskim Aleppo wciąż pokazuje 27 stopni Celsjusza.
– Z niektórych miejsc można nawet zobaczyć cytadelę na wzgórzu – mówi Dayoub.
Suk, historyczny bazar, był kiedyś zadaszony, a masywne kamienne łuki podtrzymywały dach. Zawaliły się jednak, gdy żołnierze lojalni wobec byłego dyktatora Baszara al-Asada, przy wsparciu Rosji, bombardowali w mieście ugrupowania rebelianckie. Od tamtej pory rynek jest otwarty na niebo.
Z Syrii do Niemiec i z powrotem
Centrum Aleppo znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, lecz po 13 latach wojny znaczna jego część leży w ruinach.
Przed rozpoczęciem walk w 2011 roku mieszkało tu około 120 tysięcy ludzi, ale – jak szacuje Dayoub – dziś pozostała jedynie jedna trzecia.
– Gdybym mogła, odbudowałabym całe stare miasto, żeby oddać ludziom ich historię – mówi.
Dayoub studiowała architekturę w Aleppo, a w 2013 roku wyjechała do Niemiec na wizie studenckiej. Ukończyła studia magisterskie w Stuttgarcie, uzyskała niemieckie obywatelstwo i od ponad ośmiu lat pracuje jako koordynatorka projektów w Muzeum Sztuki Islamskiej w Berlinie.
Jest także jedną z kluczowych osób współpracujących przy Syryjskim Projekcie Archiwum Dziedzictwa, założonym w 2013 roku we współpracy z Niemieckim Instytutem Archeologicznym.
W ostatnich latach Dayoub i jej współpracownicy zebrali i zdigitalizowali niezliczone fotografie, plany i dokumenty z Syrii; archiwum obejmuje dziś około 30 tysięcy zapisów dotyczących budynków. Niektóre liczą sobie kilkaset lat. Bez tej dokumentacji przywrócenie obiektów do ich pierwotnego stanu byłoby niemal niemożliwe.
– Przez wszystkie te lata nigdy nie straciłam nadziei, że odbudujemy nasz kraj – mówi Dayoub.
Gigantyczne przedsięwzięcie
Od 8 grudnia 2024 roku w Syrii znów wiele stało się możliwe, choć sytuacja w kraju nadal pozostaje niepewna. Tego dnia islamscy rebelianci zdobyli stolicę, Damaszek, i obalili reżim Asada. W styczniu 2025 roku przywódca rebeliantów i były członek Al-Kaidy, Ahmed al-Szara, został tymczasowym prezydentem i od tamtej pory prezentuje mniej radykalne oblicze.
Nadszedł czas odbudowy kraju.
To gigantyczne przedsięwzięcie – Bank Światowy szacuje jego koszt na niemal 200 miliardów euro, czyli aż 10-krotność syryjskiego produktu krajowego brutto.
Ale pieniądze to nie jedyny problem. Brakuje rzemieślników, inżynierów, lekarzy i urzędników administracji publicznej. Wielu Syryjczyków w Niemczech zaczęło więc zastanawiać się, jak mogliby się przyczynić do odbudowy.
Niektórzy, jak Dayoub, już teraz podróżują między oboma krajami. W tym roku – jak mówi – spędziła więcej czasu służbowo w Aleppo niż w Berlinie. Inni organizują zbiórki pieniędzy w Niemczech, próbują uruchamiać projekty rozwojowe lub wykorzystują urlop, by pomóc w dawnej ojczyźnie.
Kwestia powrotu stała się egzystencjalna i ciąży wielu osobom: jaką odpowiedzialność ponoszą wobec kraju, w którym się urodzili? I wobec ludzi, którzy tam zostali?
Syryjczycy zaniepokojeni słowami kanclerza Niemiec
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz ma jasne oczekiwania.
– Wojna domowa w Syrii się skończyła. Nie ma już powodów do udzielania azylu w Niemczech, a więc możemy rozpocząć repatriacje – powiedział na początku listopada. Dodał, że spodziewa się, iż większość syryjskich uchodźców powróci dobrowolnie i pomoże w odbudowie kraju.
Wielu Syryjczyków, którzy od lat mieszkają w Niemczech, płacą podatki i wnoszą wkład w życie społeczne, uznało te słowa za niepokojące. Zaledwie dzień po upadku Asada Jens Spahn, przewodniczący frakcji konserwatystów w Bundestagu, zaproponował wypłatę 1000 euro każdej osobie gotowej do powrotu oraz zorganizowanie dla nich lotów czarterowych do Syrii.

Po długim wygnaniu niektórym Syryjczykom w Niemczech trudno jednak wyobrazić sobie powrót do dawnej ojczyzny – nie wspominając już o wciąż niestabilnej sytuacji: w ostatnich miesiącach w różnych częściach kraju wielokrotnie wybuchały walki między uzbrojonymi grupami.
Według Niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego od stycznia do września 2025 roku Niemcy opuściło jedynie około 22 tysiące z blisko 1,2 miliona Syryjczyków, wyjeżdżając do innych krajów.
Niemiecki minister wstrząśnięty. „Tak się nie da żyć”
Nawet wśród niemieckich konserwatystów nie ma pełnej zgody co do tego, czy życie w Syrii jest obecnie możliwe. Minister spraw zagranicznych Johann Wadephul był podobno tak wstrząśnięty po swojej pierwszej wizycie w Damaszku pod koniec października, że stwierdził, iż sytuacja w Syrii jest „gorsza niż w Niemczech w 1945 roku”. – Ludzie nie są tu w stanie żyć w godnych warunkach – powiedział.
Porównanie Wadephula nie było trafne – i nie zostało szczególnie dobrze przyjęte także w jego własnej partii. Ale wielu Syryjczyków było mu wdzięcznych. Był to jasny sygnał, że dostrzega, jak katastrofalna pozostaje sytuacja w wielu regionach kraju. Trafił też, z ich perspektywy, w odpowiedni ton. Wadephul określił Syryjczyków mieszkających w Niemczech jako „ludzki most” między oboma krajami, który mógłby pomóc w normalizacji relacji. To spojrzenie odzwierciedlało poglądy wielu z nich.
Dima Dayoub mówi, że czuje się jak w domu zarówno w Aleppo, jak i w Berlinie. – To się nie zmieni.
Gdy opowiada o swojej pracy po arabsku, jej wypowiedzi są przeplatane niemieckimi słowami.
Uważa za przywilej możliwość pracy w obu krajach i jest szczególnie dumna z renowacji XVII-wiecznego Beyt Wakil, dawnego domu rodziny Wakil. Był to wspólny projekt prawosławnego Kościoła w Aleppo, właściciela budynku, oraz Muzeum Sztuki Islamskiej w Berlinie.

Beyt Wakil znajduje się zaledwie kilka minut jazdy samochodem od starego suku. Budynek został poważnie uszkodzony podczas wojny oraz przez silne trzęsienie ziemi w lutym 2023 roku.
Odrestaurowany obiekt został uroczyście otwarty w październiku. Drzwi pozostają otwarte przez cały dzień, aby każdy mógł zobaczyć, co powstało z ruin: konstrukcję z bloków kamiennych w różnych kolorach z dużym dziedzińcem. Delikatne ornamenty nad oknami zostały odtworzone przez syryjskich kamieniarzy, którzy użyli tego samego rodzaju skały co pierwotnie. Dayoub zorganizowała dla nich kilka warsztatów, aby mogli nauczyć się niezbędnych technik.
Wchodzi do jednego z pomieszczeń i siada, a światło wpada przez małe okna w kopule nad jej głową.
– Trzeba zrozumieć dawne metody budowlane, sztukę zdobienia ścian, język kamienia. Tylko wtedy można oddać sprawiedliwość historii miasta – mówi.
Dayoub ma nadzieję, że po Beyt Wakil pojawi się wiele kolejnych projektów. I że nadal będzie mogła dojeżdżać do pracy między Berlinem a Aleppo.
Wrócił z Niemiec, by pracować w ministerstwie
Diaa Aldeen Alhindi podjął decyzję: opuścił Niemcy. Od wiosny 34-latek pracuje w Ministerstwie Rozwoju Administracyjnego Syrii w Damaszku jako dyrektor departamentu odpowiedzialnego za technologię informacyjną i transformację cyfrową. Nad metalową bramą przy wejściu widnieje napis „Syryjska Republika Arabska”. Ktoś usunął wizerunek Asada, który wcześniej znajdował się obok.
Alhindi, ubrany w szary garnitur, siedzi przy biurku na drugim piętrze. Jego gabinet to proste pomieszczenie z czarnymi meblami, w rogu stoi metalowy maszt z syryjską flagą. Za oknem widać rząd użytkowych budynków, z klimatyzatorami wystającymi z ich prostych, białych fasad. W przeciwieństwie do starego miasta Aleppo dzielnica administracyjna nie została zniszczona.
Za czasów Asada urząd nosił dokładnie tę samą nazwę – mówi Alhindi – ale był jedynie prostym wydziałem zapewniającym wsparcie IT. Dziś to coś znacznie więcej. 15 osób pracuje nad tworzeniem oprogramowania i cyfryzacją administracji.
Wiele urzędów w Niemczech ma trudności z cyfryzacją – a w powojennej Syrii jest to jeszcze trudniejsze, choćby dlatego, że wciąż obowiązuje część sankcji.
– W Niemczech przyzwyczaiłem się do pracy z oprogramowaniem SAP i Microsoftu – mówi Alhindi. – Ale tutaj nie wolno nam jeszcze z niego korzystać. Musieliśmy więc opracować własne, lokalne rozwiązania. Na przykład program umożliwiający urzędnikom komunikację mailową lub czatową zamiast wyłącznie telefonicznej lub osobistej.
Syryjczyk przyznaje: Trochę tęsknię za Niemcami
Przed przeprowadzką do Damaszku Alhindi pracował jako konsultant i menedżer IT, ostatnio w Hamburgu. Wymeldował się jednak z niemieckiego adresu, mimo że mieszkał tam 10 lat i uzyskał obywatelstwo. Jego syn również urodził się w Niemczech.
Alhindi czuje się zobowiązany wykorzystać swoją wiedzę w odbudowie kraju. Obecnie cała jego rodzina ponownie mieszka w Syrii.
Ukończył studia magisterskie z zarządzania międzynarodowego w miejscowości Furtwangen w Schwarzwaldzie jako jeden z 221 syryjskich stypendystów finansowanych przez Niemiecką Centralę Wymiany Akademickiej (DAAD) od 2015 roku. Program nosił nazwę „Leadership for Syria” i miał przygotować uczestników do pełnienia wiodącej roli w powojennej odbudowie ojczyzny.
– Wciąż jestem wdzięczny DAAD – mówi Alhindi.
W ramach programu mógł również uczestniczyć w kursach języka niemieckiego oraz zajęć z wiedzy o społeczeństwie w Marburgu i Konstancji.
Mówi, że był „bardzo szczęśliwy”, gdy Asad został obalony. Mimo to wahał się przed podjęciem pracy dla syryjskiego państwa. Wiedział, że warunki i perspektywy nie są szczególnie obiecujące. Daje do zrozumienia, że jego pensja ledwo wystarcza na utrzymanie rodziny. Często musi też zostawać w biurze do późnej nocy.
– Mam nadzieję, że sytuacja wkrótce się poprawi.
Jest wiele rzeczy, za którymi tęskni w Niemczech. – Zwłaszcza za widokiem z mojego okna w Hamburgu na zieloną łąkę.
Jego córka urodziła się wiosną. Mężczyzna stara się ustalić, jak uzyskać dla niej niemieckie obywatelstwo. Więź Alhindiego z Niemcami pozostaje silna.

W latach 2016-2024 około 244 tysiące osób z Syrii uzyskały niemieckie obywatelstwo, a zainteresowanie naturalizacją pozostaje wysokie. Niemiecki paszport oznacza także koniec statusu uchodźcy. To pomaga zrozumieć, dlaczego tak wielu Syryjczyków z Niemiec czuje się bezpiecznie, pomagając w ojczyźnie: nie muszą się już obawiać, że Niemcy cofną im status i uniemożliwią powrót.
Syryjska opieka zdrowotna leży
Nowy minister zdrowia Syrii, Musaab Alali, który nie należy do żadnej partii politycznej, również przez wiele lat żył na emigracji w Niemczech i uzyskał obywatelstwo. Neurochirurg pracował m.in. w klinice w małym heskim mieście Bad Wildungen, a od marca jest ministrem w przejściowym rządzie Syrii. W arabskich mediach mówił, że postrzega Niemcy jako ważnego partnera w odbudowie systemu opieki zdrowotnej. Liczy na doświadczenie około 7 tysięcy syryjskich lekarzy pracujących w Niemczech.
Jednym z nich jest Firas Alassil, ortopeda z Dortmundu. Mówi, że zna ministra z Niemiec.
– Czasem wymieniamy się wiadomościami na WhatsAppie. Jego gabinet znajduje się w zachodniej części miasta. Biurko ma zasypane kartotekami. O godzinie 17 poczekalnia wciąż pełna jest pacjentów o kulach.

Alassil ukończył studia medyczne w Syrii, zanim w 2005 roku przyjechał do Niemiec na specjalizację. Wojna wybuchła sześć lat później, uniemożliwiając mu powrót. Gabinet otworzył w 2020 roku. On i jego współpracownicy dokładają starań, aby żaden pacjent nie czekał na wizytę dłużej niż cztery tygodnie. W Niemczech wielu narzeka na niedobór lekarzy – ale długie kolejki do specjalistów wydają się problemem pierwszego świata w porównaniu z sytuacją w Syrii.
„Syryjski system opieki zdrowotnej się załamuje. Wszystkie szpitale i ośrodki zdrowia są albo niefunkcjonalne, albo poważnie zdegradowane. Około 16,5 miliona ludzi, czyli ponad 65 procent ludności, pilnie potrzebuje pomocy humanitarnej. Długotrwała wojna, trzęsienia ziemi i życie w ciągłym niedostatku zebrały swoje żniwo” – czytamy w raporcie Światowej Organizacji Zdrowia.
Niemieckie Ministerstwo Współpracy Gospodarczej i Rozwoju odpowiedziało inwestycją w wysokości 15 milionów euro w tzw. partnerstwa kliniczne: niemieckie i syryjskie placówki medyczne współpracują, aby ustabilizować sektor zdrowia. Dotychczas utworzono 14 takich partnerstw.
Szpital w dawnej twierdzy
Stowarzyszenie Niemiecko-Syryjskich Organizacji Pomocowych, którego członkiem jest Alassil, również otrzymało środki na odbudowę szpitala w Abu Kamal, mieście, w którym się urodził. Była to niegdyś twierdza organizacji terrorystycznej Państwo Islamskie, a region do dziś uznawany jest za jeden z najbardziej niebezpiecznych w Syrii.
W lutym Alassil po raz pierwszy od wielu lat odwiedził Abu Kamal, by przyjrzeć się sytuacji. – W ciągu dnia stosunkowo bezpiecznie było poruszać się po ulicach – mówi.
– Ale nocą lepiej nie wychodzić z domu. Z sektora zdrowia nie zostało nic. Naprawdę nic – dodaje.
Alassil pokazuje zdjęcia na telefonie. Jedno przedstawia fragment budynku ze zwęglonym dachem, gruzem i zniszczonym wyposażeniem – pozostałości szpitala.
– Tak było wcześniej – mówi, przesuwając dalej. – A tak wygląda teraz. Pomieszczenia są jasne i świeżo pomalowane; metalowe łóżka stoją rzędem.
– Jedno piętro jest już gotowe. Udało nam się przywrócić podstawową opiekę – opowiada.
Zorganizował darowiznę 80 łóżek z Niemiec i ich transport do Abu Kamal. Do kliniki wróciło ośmiu lekarzy.
– Na razie wszystko działa dobrze. Ale mamy problem z długoterminowym finansowaniem wynagrodzeń. Mogę tylko mieć nadzieję, że rząd wkrótce zareaguje.
W tym roku Alassil był w Syrii dwa razy. Czuje, że ponosi dużą odpowiedzialność za kraj. Oczywiście zadawał sobie też pytanie, czy jako lekarz nie ma obowiązku powrotu. W Abu Kamal szybko jednak zrozumiał, że najlepiej może pomóc z Niemiec – organizując sprzęt, na przykład pilnie potrzebny tomograf komputerowy. Mimo to planuje dwa razy w roku jeździć do Damaszku, by operować pacjentów w klinice uniwersyteckiej i szkolić studentów.
W grudniu Alassil wybiera się do Damaszku z rodziną. Chce, aby jego żona, pochodzenia tureckiego, oraz trójka ich dzieci w końcu poznali jego ojczyznę.
– Ale nie mógłbym prosić ich, by mieszkali tam na stałe. Potrzebują bezpieczeństwa i dobrej edukacji – podkreśla.
Kim jest „funkcjonujący Syryjczyk”
Niepewność co do politycznej i gospodarczej przyszłości Syrii powstrzymuje Ahmada Chamsiego Bachę, 32-letniego inżyniera elektryka. Pracuje on w BEW Berliner Energie und Wärme GmbH, która dostarcza ciepło sieciowe setkom tysięcy gospodarstw domowych w Berlinie i obsługuje elektrownię Klingenberg w dzielnicy Rummelsburg.
Chamsi Bacha lubi oprowadzać po zakładzie i pokazywać maszyny. W żółtej kamizelce ochronnej i kasku idzie przez halę.
– Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mieli podobne standardy i turbiny w Syrii – mówi.
10 lat temu Chamsi Bacha uciekł do Berlina z matką i rodzeństwem. Studiował elektrotechnikę na Politechnice Berlińskiej, a równolegle z pracą kończy obecnie drugi tytuł magistra z automatyki. Specjaliści tacy jak on są poszukiwani na całym świecie, dlatego nie obawia się, że Niemcy mogłyby uznać go za niepożądanego. Jest – jak mówi – „funkcjonującym Syryjczykiem”, a więc politycznie pożądanym.
„Funkcjonujący Syryjczyk”. To sformułowanie pokazuje, jak głębokie są rany pozostawione w społeczności syryjskiej przez debatę migracyjną ostatnich miesięcy. Niemiecka polityka wciąż nie udzieliła jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto powinien być uznany za część społeczeństwa – a kto nie. Specjaliści i obywatele po naturalizacji – tak. Przestępcy i osoby odmawiające pracy – nie. To wydaje się jasne. Ale co z innymi? Uchodźcami mającymi trudności ze znalezieniem pracy? Z niewykształconymi, chorymi lub straumatyzowanymi? Niemiecki rząd pracuje obecnie nad strategią deportacji.
– Uważam tę debatę za wyjątkowo niesmaczną – mówi Chamsi Bacha.
– Odciśnie ona piętno na nas wszystkich. Wielu ludzi i tak już zmaga się z pytaniem, gdzie naprawdę przynależy – dodaje.
Chamsi Bacha ma niemiecki paszport i mówi, że czuje się „prawdziwym Berlińczykiem” – zwłaszcza gdy po pracy idzie do klubu. Kocha techno, systemy elektryczne i energię miasta.
Jednocześnie odczuwa jednak przyciąganie Syrii i pytanie, co mógłby zrobić, by pomóc. Inżynierowie są tam pilnie potrzebni. Podczas wizyty w Homs, gdzie się urodził, na własne oczy zobaczył ogrom zniszczeń. Skala ruin jest – jak mówi – tak brutalna, że trudno ją opisać.
Syria potrzebuje około 42,5 gigawatogodzin energii elektrycznej dziennie, ale obecnie nie produkuje nawet zbliżonej ilości. Wielu Syryjczyków zaczęło instalować panele słoneczne, co doprowadziło Chamsiego Bachę do pewnego pomysłu: – Trzeba stworzyć infrastrukturę podłączenia tych paneli do publicznej sieci energetycznej – mówi.
– Wtedy ludzie mogliby sprzedawać zieloną energię państwu, a państwo koordynowałoby jej redystrybucję. To zamknęłoby dużą lukę – wywodzi.
„Ahmad, jedź, ale wróć”
W grudniu ubiegłego roku, krótko po obaleniu Asada, Chamsi kipiał motywacją do realizacji projektu. Chciał założyć stowarzyszenie zrzeszające syryjskich inżynierów elektryków z całego świata. Udało mu się zebrać 37 osób, głównie z Niemiec.
– Chcieliśmy doradzać, tworzyć plany i łączyć firmy.
Rok później jednak znaczna część tamtej euforii zniknęła. Doniesienia o trwających walkach w Syrii sprawiły, że stał się mniej optymistyczny. Planuje wyjazd do Syrii w styczniu, by ponownie ocenić sytuację, ale – jak mówi – nie może żyć bez bezpieczeństwa i perspektyw na przyszłość.
– Nawet jeśli mam przez to wyrzuty sumienia.
Jest jednak jeszcze coś, co trzyma go w Niemczech: Chamsi Bacha lubi swoją pracę i kolegów w Berlinie. W dniu obalenia Asada przywitali go bukietem kwiatów.
– Ahmad – powiedzieli – cieszymy się, że wreszcie możesz pojechać do Syrii. Ale proszę, wróć do nas jak najszybciej.
Autorzy: Katrin Elger, Asia Haidar
Dystrybucja: The New York Times Licensing














