Rząd Donalda Tuska jest lepszy od rządu Mateusza Morawieckiego, bez dwóch zdań. Tylko trudno uznać to za wielkie osiągnięcie.
Chciałbym kiedyś pojąć ten mechanizm. Co siedzi w głowach tych wszystkich działaczy i działaczek, partyjnej proweniencji wszelakiej, obsiadających państwowe posady albo instalujących na tych posadach pociotków? Liczą, że nikt tego nie zauważy? Że nagle zacznie się to ludziom podobać? A może zakładają, że oburz potrwa krótko, a jak dojdzie do wyborów, to nikt już nie będzie pamiętał?
„Wyborcza” opisała ostatnio, jak politycy i polityczki KO oraz PSL, po innych organizacjach zależnych od państwa, rzucili się na Koleje Mazowieckie. Po internecie najszerzej rozniosła się informacja, że żona ministra spraw wewnętrznych i administracji Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska zarabia w KM 342 tys. zł rocznie, lecz jakoś zginął pewien urzekający cytat.
„Tam jest więcej naszych” — zdanie, które usłyszał Jarosław Osowski z „Wyborczej”, leży bardzo blisko „Teraz, k…, my”, spopularyzowanego przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego podczas rządów AWS. Ten cytat oddawał dynamikę polskiej polityki początków transformacji, kilka lat później Kaczyński wykorzystał zresztą tę emocję, wygrywając wybory z hasłem „odnowy moralnej” (koniec tejże odnowy wyznaczała koalicja z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, ale to już inna opowieść).
Wybory 15 października stanowią (powinny stanowić?) jednak ważną cezurę w polskiej historii. Nie tylko przez historyczną frekwencję, ale także przez charakter rządów Zjednoczonej Prawicy.
To nie było tylko niszczenie państwa prawa i próba stworzenia, cytując senatora Marka Borowskiego, „demokratury”, to była gargantuiczna kradzież. Nepotyzm i zawłaszczanie państwa osiągnęły niespotykaną skalę. Coś, co wcześniej było efektem ubocznym sprawowania władzy, w latach 2015-2023 stało się jej treścią. Złodziejstwo tak zrosło się z tymi rządami, że elektorat, szukając atutów partii Kaczyńskiego, wymieniał: „kradną, ale się dzielą”.
Tę formację odsunęli ludzie, którzy na ulicach upominali się o niezależność polskich sądów, sprzeciwiali się niszczeniu wolnych mediów, protestowali przeciwko łamaniu praw człowieka. Nawiasem mówiąc: zbyt szybko zapomnieliśmy, że działania żadnej władzy po 1989 r. nie wywołały takich protestów społecznych. Nie mam danych na potwierdzenie tej tezy, ale mało ryzykowne wydaje mi się założenie, że ci wszyscy ludzie nie maszerowali po to, by spadło zatrudnienie wśród jednych partyjnych działaczy, a wzrosło wśród drugich.
W 2023 r. obywatele i obywatelki dokonali w istocie wyboru cywilizacyjnego. Zmiany nie dokonali fanatycy KO, aktyw Lewicy czy pospolite ruszenie pod flagą PSL, tylko ci, którzy uważają, że miejsce Polski jest w zjednoczonej Europie. KO, PSL, Lewica i wszystkie partie, które niegdyś składały się na Polskę 2050, nie dostały tych głosów na zawsze, a dostały je także dlatego, że miały się różnić od poprzedników.
Orlen nie jest dziś jedną z wielu instytucji wspierających interesy partyjne, TVP nie zajmuje się szczuciem na politycznych rywali rządzących, a skala kolesiostwa w spółkach skarbu państwa nie może się równać tej z poprzednich lat. Tylko co z tego? Blisko trzy dekady temu Ewa Milewicz pisała w „Gazecie Wyborczej”: „SLD wolno mniej”. Dziś — z innych przyczyn, rzecz jasna — koalicji 15 października wolno mniej. Sama tego chciała. Styl sprawowania władzy, dbałość o standardy — o te wartości się upominała, te wartości miały być jej atutami i nimi właśnie miała się od poprzedników odróżniać. Historie o znajomych królika zarabiających miliony w państwowych spółkach w najlepszym wypadku zamienią się w paliwo kampanii PiS przed wyborami parlamentarnymi. A w najgorszym elektorat uzna, że skoro jedni i drudzy robią to samo, to co za różnica?
Ten rząd ma realne osiągnięcia, które wpływają na życie milionów ludzi, zaczynając od finansowania in vitro, przez rentę wdowią, po babciowe. Jednocześnie nie spełnił tuzinów obietnic kampanijnych. I trudno mieć pretensje do ludzi, że nie chcą słuchać opowieści o tym, na co się PSL nie zgodziło i czego prezydent Karol Nawrocki nie chciał podpisać.
To nie jest symetryzm. Rząd Donalda Tuska jest lepszy od rządu Mateusza Morawieckiego, bez dwóch zdań. Tylko trudno uznać to za wielkie osiągnięcie. Sami zresztą spróbujcie: co właściwie musiałby zrobić następca Morawieckiego, byśmy uznali, że jednak to PiS rządziło lepiej?

