Już dziś większość treści publikowanych w internecie powstaje przy użyciu AI. I ta liczba będzie tylko rosła. Jednocześnie publiczność, a nawet big techy zaczynają doceniać materiały tworzone przez człowieka.
Nieszczęsnym i dziwacznym zrządzeniem losu stało się tak, że znaczna większość tego, co wyfantazjowałem, zastyga w rzeczywistość” — napisał pod koniec ubiegłego stulecia Stanisław Lem. I nie było w tym cienia bufonady, każda próba napisania tekstu dotyczącego przyszłości informacji, sztucznej inteligencji, komunikacji powinna zaczynać się od zdania: „Lem wszystko to już napisał”. I to w czasach, gdy komputer zajmował pół ulicy, a halucynacja występowała zdecydowanie rzadziej niż dziś i była przypadłością wyłącznie ludzką.
W opublikowanej w latach 60. „Cyberiadzie” Elektrybałt, czyli maszyna wytrenowana (w podobny sposób jak dzisiejsze modele językowe) do pisania poezji, po początkowych trudnościach zaczęła tworzyć wspaniałe strofy, ludzie uwielbiali jej wiersze. „Na ulicach widziało się wniebowzięte twarze, nieprzytomne uśmiechy oraz słyszało się ciche łkania. Wiersze Elektrybałta znali wszyscy”. Jednocześnie płodność i sukcesy maszyny wywołały falę agresji, a nawet samobójstw wściekłych artystów, co zmusiło konstruktora do jej dezaktywacji.
Jakby Lem tu z nami był. Wygenerowane przez platformę do tworzenia muzyki Suno „Celebrate Me” podbija listy przebojów po obu stronach oceanu, większość e-booków w Amazonie stanowią już te w całości wyprodukowane przez systemy oparte na AI. Ale jednocześnie, gdy nasza noblistka wspomni o korzystaniu z czatu przy pracy nad książką, niewiele brakuje, by internet rozsadziło z oburzenia.
Lubimy korzystać z AI. Ufamy temu, co dostajemy od czatów. Jesteśmy zmęczeni zalewem niskiej jakości — pardon my French — contentu wygenerowanego przez AI. Cenimy treści stworzone od początku do końca przez ludzi.
Wszystkie te zdania są prawdziwe. Wszystkie odnoszą się także do dziennikarstwa. Wszystkie mówią także o przeszłości i przyszłości „Newsweeka”.
Wywiad dziennikarzy „Newsweeka” z prezydentem Lechem Kaczyńskim.Od lewej: Lech Kaczyński, Andrzej Stankiewicz, red. nacz. Michał Kobosko, Piotr Śmiłowicz, Warszawa, 14 sierpnia 2008 r.
Foto: Fot. Filip Ćwik
***
Kiedy startował tygodnik „Newsweek Polska”, nie było jeszcze jasne, że czas mediów drukowanych się kończy. Kolejne 25 lat to systematyczna kradzież dziennikarskiej pracy przez potężniejące big techy, złe decyzje wydawców wynikające z braku wyobraźni (straceńczy sojusz z tzw. mediami społecznościowymi), rozwój konkurencji wykorzystującej dziennikarskie narzędzia, całkowicie pozbawionej dziennikarskiej etyki i odpowiedzialności, osłabienie i spadek zaufania do mediów tradycyjnych.
Trend był oczywisty: media, tak jak je rozumieliśmy przez lata, traciły na znaczeniu. Jeszcze w pierwszej dekadzie tego stulecia mówiło się, że „polityk jest jak mucha, można go zabić gazetą”. Dziś polityk może nawet tłuc się w bandyckich ustawkach, media mogą mordobicie opisać ze szczegółami, a i tak 10,6 mln ludzi pójdzie na tego polityka zagłosować.
Jednocześnie wymierały niektóre formy dziennikarskie. Chyba najbardziej ucierpiał w tym czasie wywiad. Po pierwsze, ci, którzy niegdyś używali mediów jako platformy pozwalającej kontaktować się z publicznością, dziś mają mnóstwo możliwości, by robić to bez pośredników. Po drugie (to nasza lokalna specyfika), autoryzacja zarżnie najbardziej przenikliwy umysł i największy dziennikarski talent.
W tych złych okolicznościach i apokaliptycznej atmosferze (redakcje się zmniejszały, a pieniędzy nie przybywało) nierzadko powstawało wielkie dziennikarstwo. Nasze Collegium Humanum, afera wizowa, demaskacja Mateusza Morawieckiego i Łukasza Mejzy, wielowątkowa i multiredakcyjna seria ujawniająca skalę degrengolady Kościoła, teksty opisujące zmiany społeczne i piętnujące patologie mobbingu, przemocy domowej i molestowania seksualnego. Dziennikarstwo dobrze nam się wszystkim przysłużyło.
Dziś nie ma już żadnych wątpliwości: publiczności, oprócz krótkich informacji i relacjonowania rzeczywistości na żywo, potrzebne są także pogłębiony reportaż, śledztwo i tekst pokazujący kulisy zdarzeń, które bohaterowie chcieliby ukryć. W obliczu braku edukacji dziennikarstwo stało się też jedyną tarczą w obronie przed fake newsami i trollami inspirowanymi przez Władimira Władimirowicza. W miarę upowszechniania się narzędzi AI wszystkie te potrzeby stały się jeszcze bardziej zauważalne. Czaty są w stanie zrobić bardzo dużo, ale mają jeszcze większe ograniczenia.
Ile z 25 tekstów, które umieściliśmy w niniejszym magazynie, stworzyłby model językowy? Przecież nie przepyta Kazimierza Kutza, nie nakryje Szymona Hołowni na nocnych schadzkach z Jarosławem Kaczyńskim, nie wysłucha młodych mężczyzn narzekających na to, że kobiety odjechały im mentalnie.
Co najwyżej mógłby się przydać Adamowi Bielanowi do autoryzacji rozmowy z Teresą Torańską, na którą mistrzyni polskiego wywiadu nigdy by się nie zgodziła, rzecz jasna.
***
„Cześć, nie mam subskrypcji i nie chcę jej kupować, bo interesuje mnie tylko ten jeden artykuł. Podeślesz mi?” — każdy pracownik mediów dostawał takie wiadomości zbyt wielką liczbę razy, by o nich zapomnieć. I to zazwyczaj od ludzi, którzy nie przymierają głodem, często od osób powszechnie znanych, wydających dwa razy więcej na kawę, niż mieliby zapłacić za subskrypcję.
To olbrzymia blokada nie tyle w rozwoju, ile w przetrwaniu mediów. Płacenie za filmy, muzykę, nawet za przestrzeń dyskową jakoś się upowszechniło, choć subskrypcje serwisów streamingowych są co do zasady droższe niż te za treści dziennikarskie.
Gdzieś za tym wszystkim stoi brak zrozumienia, że w interesie nas wszystkich, niezależnie od poglądów politycznych, jest istnienie wolnych mediów. Owszem, gazety, portale i telewizje należą do prywatnych właścicieli, których celem jest zysk. Ale media, wypracowując ten zysk, spełniają też obietnicę, której nikt inny nawet nie składa. Mówiąc inaczej: złotówka przeznaczona na serwis muzyczny jest złotówką wydaną na rozrywkę. Złotówka przeznaczona na aplikację uczącą języków jest złotówką wydaną na rozwój. Złotówka wydana na abonament Onet Premium, „Wyborczej”, „Polityki” jest złotówką wydaną także na utrzymanie bezpiecznika, z którego korzysta cała nasza wspólnota. Niezależne media to taki sam element demokratycznego ładu jak niezawisłe sądy i wolne wybory.
Kierunek mogłoby wskazać państwo, lecz naszym politykom brakuje albo dojrzałości, albo odwagi, by zaproponować rozwiązanie, które z jednej strony zapewniłoby mediom bezpieczeństwo, a z drugiej — uniezależniło ich los od polityki. Pogląd PiS (czyli Jarosława Kaczyńskiego) na media jest powszechnie znany i wielokrotnie opisany. Publiczne radio i telewizja winny pełnić funkcję propagandową, obok mogą funkcjonować hojnie dotowane służebne redakcje prywatne. Wolne media trzeba zaorać.
Pomysłu obecnej władzy nie znamy i nie zanosi się, żebyśmy mieli poznać. Ustawa medialna przygotowana przez ministrę kultury przełomem nie będzie, raczej próbą wyjścia z kociokwiku, w który władowały nas rządy PiS. No i ona skupi się jednak na mediach publicznych, a nam potrzeba rozwiązania systemowego. Przełomowego, na miarę wartego 107,5 mln euro programu wsparcia dystrybucji prasy drukowanej uruchomionego we Francji. Tam ktoś uznał, że wiarygodna informacja jest wartością samą w sobie, a państwo powinno zrobić wszystko, by zapewnić obywatelom i obywatelkom do niej dostęp.
Wróć. Miało być optymistycznie. A wyszło jak zwykle.
***
Już dziś większość treści publikowanych w internecie powstaje przy użyciu AI. I ta liczba będzie tylko rosła. Jednocześnie publiczność, a także big techy zaczynają doceniać (zostawmy ich motywację) materiały tworzone przez człowieka. Nowy algorytm LinkedIna ogranicza zasięgi postom w całości przygotowanym przez AI, na takiej samej zasadzie AI slop (czyli niskiej jakości treści generowane przez sztuczną inteligencję) wycina Google. Owszem, możesz korzystać z ulubionego narzędzia — dyktują algorytmy — ale musisz dodać wygrzebane przez siebie dane, nowe wnioski, inne spojrzenie. Inaczej przepadniesz.
Jednocześnie zmienia się narracja wokół przyszłości mediów. Opowieści: „każdy z telefonem jest dziennikarzem”, „ludziom wystarczą media społecznościowe” trafiły tam, gdzie ich miejsce, czyli na śmietnik historii.
Naukowcy z uniwersytetów w Helsinkach i Tampere przeprowadzili niedawno badanie wśród właścicieli i prezesów mediów oraz redaktorów naczelnych. Dużych i małych, tradycyjnych i nowych. Wyszły cztery scenariusze przyszłości. Tylko jeden zakłada marginalizację mediów w miarę upowszechniania AI. Pozostałe prognozują, że pozostaną one kluczowym źródłem informacji; przetrwają jako dostawcy treści opartych na relacjach międzyludzkich; zaadaptują się dzięki narzędziom wspomaganym przez sztuczną inteligencję i postęp technologiczny.
Pytaniem jest zatem skala. Czy materiały dziennikarskie (publikowane na papierze, na stronie internetowej czy w wersji audio — bez znaczenia) staną się tym, czym dziś są płyty winylowe — niszą dla hermetycznej grupy entuzjastów? A może osiągną status książek? Czyli dobra jednak mainstreamowego, ale trudniejszego w konsumpcji, nie dla wszystkich.
Brawurą byłoby napisanie, że wszystko, co najgorsze, dziennikarstwo ma już za sobą. Ale przez ostatnie 25 lat było mnóstwo momentów, w których jego przyszłość rysowała się zdecydowanie gorzej niż dziś. Upowszechnienie narzędzi AI może się okazać przełomem, na który media czekały. Nieoczekiwanym i zmieniającym zasady gry.
Przy każdym scenariuszu „Newsweek” się obroni. Już dziś możemy służyć za odtrutkę dla wszystkich przebodźcowanych informacyjnie, szukających tekstów napisanych z namysłem, oddechem, rozwagą.
Naszym czytelniczkom i czytelnikom życzę, żeby w 2051 r. trzymali w rękach magazyn z 50 tekstami na półwiecze „Newsweeka”.
Sobie — żebyśmy mieli jeszcze większy problem z wyborem tych tekstów, niż mieliśmy w tym roku.
Wracam do Lema. Na pewno napisał też, co w tym numerze opublikujemy.

