Pisowska prawica zawsze widziała w Unii Europejskiej zagrożenie, przynależność do Wspólnoty nigdy nie była dla niej wartością, a pozostanie w UE ma dla niej sens wyłącznie merkantylny.
To może być jedna z największych mistyfikacji polskiej polityki. Od ponad dwóch dekad PiS (z przyległościami, które w pewnym momencie tworzyły Zjednoczoną Prawicę) systemowo narzeka i szczuje na Unię Europejską. Nie ma obelgi, która nie zostałaby rzucona w stronę Brukseli. Po prawdzie jest tylko jedna stolica, która bywa traktowana przez PiS gorzej (i nie jest to, rzecz jasna, Moskwa).
Jednocześnie, gdy ktoś zapyta Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Czarnka czy innego Marcina Przydacza, czy jeśli to taka potworna organizacja, to może lepiej byłoby Polsce poza nią, przywódcy PiS odpowiedzą, że nie mają takich planów.
I tak to się kręci, przyboczni Kaczyńskiego dbają o wizerunek pełnych dobrych chęci „eurorealistów”, którzy chcą Unię reformować i zmieniać na lepsze.
Rzeczywistość jest jednak taka, że to środowisko nigdy mentalnie nie dołączyło do Unii Europejskiej. Nigdy nie podzielało wartości, które spajają Wspólnotę. Nigdy nie uważało członkostwa za wartość samą w sobie. Dla nich zawsze była to „wyimaginowana wspólnota”.
To fundamentalna różnica: dla części Polek i Polaków integracja z Unią była i jest wyborem cywilizacyjnym, dla prawicy spod znaku PiS — przykrą koniecznością. A Unia Europejska, w której PiS chciałoby być (a przynajmniej tak mówi), nie istnieje i nigdy nie powstanie.
„Unia tak, ale czeka nas walka o model Unii”, „My w Unii będziemy nowi i traktowani jak druga kategoria”, „Unia ma być nowym supermocarstwem. Moim zdaniem będzie to instrument 140-milionowego mocarstwa francusko-niemieckiego. A reszta to wypełniacze” — to cytaty z wywiadu Lecha Kaczyńskiego dla „Gazety Wyborczej”, przeprowadzonego tuż przed referendum akcesyjnym w czerwcu 2003 r., w którym — co chętnie przypomni każdy pisowiec — partia Kaczyńskich namawiała do głosowania na „tak”. Na tych uprzedzeniach — twórczo rozwijanych przez następne pokolenia — do dziś opiera się stosunek PiS do Unii.
Sądy zależne od polityków, strefy wolne od LGBT, zaostrzanie prawa aborcyjnego — to jest świat polskiej prawicy, nie demokracja, równość, praworządność ani poszanowanie praw człowieka, wymieniane w traktacie z Maastricht jako wartości UE. Kiedy PiS zaproponowało zmianę konstytucji, stworzyło potworka ustrojowego z fasadowym parlamentem, likwidacją państwa świeckiego i polityczną kontrolą nad wymiarem sprawiedliwości. Senator Marek Borowski pisał, że taka konstytucja wprowadzałaby „demokraturę”.
Unia nigdy nie była dla tego środowiska partnerem, zawsze rywalem, często — wrogiem. Kiedyś objawiało się to porażką 1:27 w głosowaniu na szefa Rady Europejskiej, dziś realizowaniem polityki Donalda Trumpa, któremu zależy na tym, by Wspólnotę rozwalić.
Unia to dla PiS bankomat. Pobieranie europejskich funduszy stanowiło początek i koniec integracji z Brukselą. Jakiekolwiek dostosowywanie się do wymogów było w najlepszym wypadku biurokratycznym szaleństwem, a zdecydowanie częściej — zamachem na niedawno odzyskaną niepodległość.
Zwracam uwagę, że wciąż mowa tylko o politykach z głównego nurtu PiS. Nie padło jeszcze ani jedno słowo o przybudówkach medialnych, które od lat zohydzają Unię (przez kilka lat za publicznie pieniądze w TVP), jak tylko można, ani o rosnącej grupie siedzącej jeszcze bliżej prawej ściany (obie Konfederacje zbierają dziś 1/5 głosów w sondażach).
Polexit, przed którym ostrzegają dziś premier, minister spraw zagranicznych i marszałek Sejmu, jest strzelbą zawieszoną przez prawicę, gdy tylko Polska dołączyła do Unii. Ta strzelba wypali, kiedy będzie potrzeba, czyli kiedy ktoś (Kaczyński?) uzna, że można na tym ugrać coś politycznie. Obrzydzanie Wspólnoty ma interes doraźny, lecz jest też obliczone na długi marsz. Te wszystkie opowieści o gangach brukselskich biurokratów, którzy seksualizują dzieci i zmuszają nas do jedzenia robaków, nie giną, odkładają się w społeczeństwie. Brexit też nie wydarzył się w tydzień.
Być może przełom nadejdzie, gdy Polska stanie się płatnikiem netto unijnego budżetu, być może okaże się, że strzelbę trzeba będzie zdjąć wcześniej. Zmiana wajchy z „Unia zła, ale nie wychodzimy” na „Unia zła, wyjdźmy” nie będzie trudna. PiS jest gotowe, w końcu nigdy do Unii nie weszło.