Niedziela 11 października 1998 r. jest wietrzna, od jeziora w Giżycku ciągnie przenikliwym chłodem. Na ulicach pusto, choć to dzień szczególny — w całym kraju odbywają się wybory samorządowe. Braci Neflów, 15-letniego Adama i młodszego o cztery lata Szymka, to nie obchodzi — postanowili połowić ryby w zatoce pobliskiego jeziora Niegocin. Kiedy uzbrojeni w wędki wychodzą po obiedzie z domu, matka żegna ich słowami: — Macie wrócić przed zmrokiem!
Miesiąc później w rejonie starej twierdzy znaleziono pod gałęziami zmasakrowane ciało starszego nastolatka. Gałki oczne są wydłubane, żebra połamane. W ustach zamordowanego tkwią dwa grube kije wystające na zewnątrz w kształcie litery V. Trzeci kołek leży pod zwłokami. Lekarz medycyny sądowej stwierdza w gardle denata jeszcze jeden kanał, powstały w czasie nieudanego wbijania trzeciego kija. Bezpośrednią przyczyną śmierci jest zachłyśnięcie się krwią.
Newsweek Kryminalny, szukaj w salonach Empik i na Literia.pl
Foto: Newsweek
Wkrótce potem nad brzegiem jeziora, niedaleko krzyża św. Brunona, policjanci odnajdują pod śniegiem ciało Szymona, wyrzucone przez fale jeziora. Dziecko ma na szyi zaciśnięty szalik, widoczne są ślady pobicia. Na pobliskim drzewie kołysze się na wietrze foliowa kokarda ze skarpetą, jakby ktoś chciał oznaczyć to miejsce.
Nic nie wskazuje na to, że chłopcy się bronili. Morderca musiał mieć nad nimi znaczną przewagę fizyczną.
Wędka Adama
Kto ich zabił? Policja jeszcze nie wie. Zrozpaczona matka ofiar na większość pytań śledczego odpowiada przecząco. Synowie nie mieli przy sobie pieniędzy. Nie zdradzali zachowania homoseksualnego, nie byli zainteresowani prostytutkami, narkotykami ani sektami religijnymi. W Giżycku wśród nastolatków była moda na kwitowanie bójek gestem ułożenia palców w literę V. Ale jej synowie nie wszczynali awantur.
W zeznaniach ojczyma zamordowanych chłopców pojawia się nazwisko miejscowego gangstera, który zbiera haracze i stoi za podłożeniem bomby pod miejscową kawiarnię. Jej właściciel odmówił płacenia okupu. Po mieście niesie się plotka, że Adam doniósł policji na terrorystę i dlatego musiał zginąć. Dom, w którym nastolatek mieszka, jest blisko lokalu zdewastowanego w nocy ładunkiem wybuchowym. Winnych nie znaleziono. Może Adam widział sprawcę i poinformował mundurowych? Wbicie kołków do gardła to egzekucja, zamknięcie na zawsze ust kapusiowi, który powiedział za dużo.
Wzgórze św. Brunona, krzyż nad jeziorem Niegocin
Foto: Tomasz Waszczuk / PAP
Ostatecznie ten trop zostaje przez śledczych odrzucony. Nie znajduje też potwierdzenia teza, że braci Neflów zamordowali sataniści. Nieszczęśliwą, pogrążoną w żałobie matkę zamordowanych dręczą w nocy anonimowe telefony: „Cieszysz się k…, że nie masz dzieci?”. Albo: „Masz, co chciałaś. Będziesz szczekać, to skończysz jak oni”.
Policja apeluje w miejscowej gazecie o zgłaszanie informacji, które mogłyby doprowadzić do mordercy lub morderców. Wywołuje to lawinę zmyślonych informacji, jedną trzeba jednak sprawdzić. Funkcjonariusze odwiedzają rodzinę 18-letniego Roberta T., notowanego już w kartotece policyjnej. W czasie przeszukania pokoju ucznia znajdują wędkę Adama. Chłopiec twierdzi, że zabrał ją jako niczyją z parkowej ławki.
Wieczorem tego samego dnia pijany Robert podczas kłótni z młodszym bratem (poszło o pobrudzone krwią dżinsy) krzyczy: „Zawsze wszystko jest na mnie. Jak chcecie wiedzieć, to ja zabiłem Neflów!”.
Następnego dnia rano policja zabiera go do aresztu. W aktach prokuratorskich nie ma informacji, kto zawiadomił funkcjonariuszy.
Zabawimy się z konfidentem
11 października po południu wyszedłem z domu na miasto — zeznaje zatrzymany Robert T. — Po drodze spotkałem kolegów: Piotra P., ksywa Bąbel i Sebastiana S. Postanowiliśmy się napić. W niedzielę alkohol można kupić w naszym mieście tylko w delikatesach. Podeszliśmy, a tam na tyłach budynku urzędowali Marcin Ch., pseudo Chmiel, z chłopakiem, o którym w Giżycku mówi się „Szklane Oko”, bo na jedno nie widzi. Jego nazwiska nie znam.
Solidarnie zrzucili się na kilka butelek i poszli balangować pod krzyżem na wzgórzu koło twierdzy Boyen. To miejsce upamiętnione męczeńską śmiercią zakonnika Brunona, który chrystianizował Prusy. Ładny widok na jezioro ściąga giżyckich nastolatków. Dorośli się tam raczej nie zapuszczają.
W pewnej chwili „Szklane Oko”, rzucając w krzaki pustą butelkę po winie, przeklina : „K… pod mostem stoi konfident”. I pokazuje na Adama N., łowiącego ryby z bratem.
— „Szklane Oko” zbiegł nad jezioro — podaje do protokołu przesłuchiwany — i kazał wędkującym wejść z nim na wzgórze. On jest starszy od Adama o trzy lata, musieli go słuchać, choć już chlipali po drodze. Kiedy stanęli pod krzyżem, ja poczułem głód i wyciągnąłem z torby Adama kanapkę. Potem „Szklane Oko” kazał mi przypilnować „tej małpy”, czyli młodszego Nefla. „A my zabawimy się z konfidentem” — zapowiedział. Chwycił Adama za ramię i tak schodzili na dół.
— Nie chciałem zostać sam z Szymkiem — zeznaje w kolejnej godzinie Robert T. — mały się mazał. Zostawiłem go i ruszyłem za „Chmielem” i „Szklanym Okiem”, tylko nie bardzo nadążałem, bo z powodu wypicia plątały mi się nogi. Doszliśmy do wykrotów z powalonymi drzewami i tam „Szklane Oko” zdjął Adamowi szalik, zarzucił mu jak pętlę i dusił. Potem z Marcinem złapali starszego Nefla za nogi i zaciągnęli na polanę. Bili go tak, że dookoła była krew. Skakali mu po twarzy.
— Brałeś w tym udział? — pyta policjant.
— Nie pamiętam, czy ja też go kopałem, bo kręciło mi się w głowie. Widziałem, jak oni do gardła Adama wsadzali takie długie, grube kołki. Potem „Szklane Oko” kazał przynieść gałęzie i przed odejściem przykryli nimi nieprzytomnego Nefla.
Z ustaleń śledczych: Ściemniło się, wieje silny wiatr. Chłopcy postanawiają wrócić do miasta. Zapomnieli o 11-letnim Szymku, który jak sparaliżowany stoi za drzewem i milczy z przerażenia. Kiedy schodzą z góry, osamotniony chłopiec zaczyna głośno płakać, wołać brata. Marcin ze „Szklanym Okiem” biorą dziecko pod pachy i wloką w kierunku jeziora. Po 20 minutach wracają bez dziecka.
— Zapytałem: „co z małym?”. „Utopiony” — odpowiedzieli.
Potem złożyli pod krzyżem przysięgę, że nikomu nie powiedzą, co się wydarzyło. Jeśliby zdradzili, zginą jak bracia Neflowie. Klękali po kolei: 15-letni Piotr P., 16-letni Sebastian S., 18-letni Robert T. Na koniec inicjatorzy zaprzysiężenia: 20-letni Marcin Ch. i 18-latek przezywany „Szklanym Okiem”.
Pod koniec przesłuchania Robert T. przypomina sobie, że taką ksywę ma Krzysztof K. Nie wie, dlaczego jego starszy kumpel nazwał Adama konfidentem.
Widzisz mnie po raz ostatni
Wszyscy uczestnicy zbrodni na Wzgórzu św. Brunona trafiają do aresztu. Jako ostatni zostaje zatrzymany przez drogówkę Krzysztof K., gdy wraca z rodzicami od babci. Nie przyznaje się do wyprawy na wzgórze.
— Od południa siedziałem w domu. Niedziela jest dniem świętym, wychodziłem do kościoła, a potem odpoczywałem, a u babci uczyłem się do klasówki. Do braci N. nic nie mam, nie słyszałem, aby ten starszy donosił na policję.
Również najstarszy z tej grupy Marcin Ch. zdecydowanie zaprzecza, że 11 października był pod krzyżem Brunona.
— A co robiłeś po wyjściu z domu? — pyta policjant.
— Nic, chodziłem sobie po mieście.
Kiedy „Chmiela” zakuwają w kajdanki, na odchodnym mówi do ojca: — Widzisz mnie po raz ostatni.
Prokurator potraktuje to pożegnanie jako dowód, że aresztant miał świadomość czekającej go kary za popełnioną zbrodnię.
Młodsi chłopcy nie wykazują takiej determinacji. Przesłuchiwany w obecności rodziców 16-letni Sebastian S. potwierdza, że był na miejscu zbrodni. Ale on tylko obserwował. Odwrócił się, kiedy starsi chłopcy topili Szymona. Już mieli odchodzić, gdy „Bąbel” zauważył, że starszy N. rusza się pod gałęziami.
— Wtedy „Szklane Oko” zrobił z gałęzi kołki, wsadził Adamowi do ust i dopchnął nogą.
— Dlaczego Adam został zabity?
— Trzymał z ochroniarzami.
— A Szymek?
— Był świadkiem.
15-letni Piotr P., który na początku zapewnia śledczego, że ze śmiercią braci nie ma nic wspólnego, po dwóch tygodniach za kratami zgłasza chęć zmiany zeznań. — Prawda jest taka — wyjaśnia — że 11 października piłem z Robertem, Sebastianem, Krzyśkiem i Marcinem pod krzyżem Brunona. Ale nad jeziorem tylko trzymałem Szymka, dusili go Sebastian i Marcin.
W akcie oskarżenia prokurator uznaje za winnych wszystkich pięciu młodych mieszkańców Giżycka.
Oprócz wyjaśnień Roberta T., Piotra P. i Sebastiana S. oraz mało wiarygodnych zeznań członków rodziny podejrzanych sąd nie dysponuje innymi dowodami. Nie ma badań genetycznych DNA. Oskarżeni mają tego świadomość.
Idziemy w zaparte
— Nie mógłbym zabić, jestem katolikiem. Nie mam nic na sumieniu. Nie mogę przyznać się do czegoś, czego nie zrobiłem — składa wyjaśnienia przed Sądem Okręgowym w Suwałkach Marcin Ch. — Podczas wizji lokalnej byłem tak wystraszony, że mówiłem to, co mi dyktował policjant. Wkrótce po zatrzymaniu usłyszałem od kierującego śledztwem: „Nieważne, czy wy to zrobiliście. I tak będziecie siedzieć. Znam panią prokurator. Powiedziała, żeby szybko wskazać morderców i po sprawie”.
Ch. twierdzi, że policjanci rozebrali go do naga, przez dwa dni trzymali bez jedzenia. Do ust wkładał jedynie pestki słonecznika, które wygrzebał z kieszeni spodni.
Podobnie, jeśli chodzi o traktowanie w czasie śledztwa, brzmią wyjaśnienia Krzysztofa K. Obaj oskarżeni wskazują jako sprawców siedzących z nimi na sądowej ławie młodszych chłopców. Sugerują, że nad jeziorem mogło być jeszcze dwóch innych nastolatków, których teraz Piotr P. i Sebastian S. kryją, bo wiąże ich jakaś tajemnica.
Robert T. potwierdza swoje wyjaśnienia złożone w śledztwie. Nie ma tylko pewności, czy kopał leżącego Adama. — Byłem pijany, niewiele pamiętam.
Niespodziewanie podczas rozprawy obciąża go jego matka. — Chcę wyrzucić to z siebie — płacze. — Syn mówił, że wie, co się stało z braćmi, ale nie może ujawnić policji, bo się boi. Jakiś tydzień później mój Robuś znów chciał coś powiedzieć w kuchni, ale gdy naciskałam, wycofał się. Dopiero gdy wrócił pod wpływem alkoholu i ja zrobiłam awanturę, wykrzyczał, że czuje się jak morderca, bo wie, kto zabił. I że wszystko działo się pod dyktando Krzysztofa K.
Na następnych rozprawach T. odpowiada na wszystkie pytania przecząco. W ogóle nie jest pewien, czy oskarżeni byli na miejscu zbrodni. Zresztą ich nie zna. Na policji odczytano mu wyjaśnienia innych zatrzymanych i stąd znał szczegóły, które podał do protokołu. Słyszał o kimś w Giżycku, kto ma ksywę Szklane Oko, ale to nie jest ten — pokazuje na Krzysztofa K. Na sali rozpraw nie ma osoby o pseudonimie Chmiel.
Również przesłuchiwani w sądzie rodzinnym Piotr P., ksywa Bąbel, i starszy o rok Sebastian S. informują, że policjanci przynieśli im protokoły przesłuchania innych oskarżonych i dzięki temu wiedzieli, co mają mówić.
Wezwani na świadków funkcjonariusze zaprzeczają. Są oburzeni, że zostali ofiarami pomówienia przez nieletnich. Śledztwo prokuratury w Białymstoku w sprawie przymusu wywieranego przez policjantów na przesłuchiwanych nie wykazuje niczego nieprawidłowego.
Piotr P. twierdzi na rozprawie, że Marcina Ch. i Krzysztofa K. widzi po raz pierwszy. Powtarza słowo w słowo wyjaśnienia Roberta T.:
— Słyszałem o chłopaku nazywanym Szklane Oko, ale to nie jest ten człowiek, który siedzi w ławie oskarżonych. I nie ma tu na sali nikogo, kto by miał pseudonim Chmiel.
Matka „Bąbla” broni syna na swój sposób, przekonując sędziego, że to dobry chłopak, jeszcze dziecko. Na wzgórzu znalazł się przypadkowo. Mówił jej, że kołki wbijali ci starsi —”Szklane Oko” i „Chmiel”. On tylko przyniósł gałęzie do przykrycia ciała Adama. Gdyby okazał nieposłuszeństwo, spotkałoby go to samo, co Neflów. Po powrocie do domu syn bardzo się bał, że po niego przyjdą i utopią w jeziorze — w dzień zamykał drzwi na klucz, a wieczorem siedział w pokoju po ciemku.
— Gdyby na sali nie było oskarżonych, Piotrek inaczej by zeznawał — informuje sąd jego matka.
Na kolejnej rozprawie 16-letni Sebastian S. odwołuje poprzednie wyjaśnienia i wyznaje szeptem, że „w tym brali udział wszyscy, których dziś przyprowadzono”. Dużo zamieszania wywołują niektórzy świadkowie obrony. Sugerują, że oskarżenie „Szklanego Oka” to pomyłka, zapewne chodzi o 17-letniego mieszkańca Giżycka, który ma pseudonim Oczko. Kiedy zarówno sąd, jak i prokuratura nie widzą potrzeby przesłuchania tego nastolatka, piszą skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich. Bez skutku.
Boją się świadkowie oskarżenia. Jeden z nich kilka godzin po przesłuchaniu w sądzie zostaje napadnięty przez nieznanych nożowników w centrum miasta. Dostaje „kosę” w pośladek. Później odbiera anonimowy telefon, że „to jeszcze nie koniec”. Wystraszony mężczyzna przez pewien czas się ukrywa, a ponownie wezwany na rozprawę mówi, że niewiele pamięta.
Boże, za co!
W marcu 2000 r. Sąd Okręgowy w Suwałkach orzeka, że Krzysztof K. i Marcin Ch. są winni i skazuje każdego z nich na 25 lat więzienia. Roberta T. czeka 15 lat za kratami, Piotra P. — 8 lat, Sebastiana S. — 7 lat. Zarówno prokurator, jak i adwokaci głównych skazanych składają apelację. Sąd II instancji uznaje, że ustalenia sądu okręgowego w zakresie winy oskarżonych są prawidłowe, nakazuje jednak przesłuchanie dodatkowego świadka obrony. Jest nim doprowadzony na ponowny proces sądu okręgowego więzień (skazany za porwanie dziecka), który przez pewien czas siedział z Robertem T. Twierdzi, że jego towarzysz z celi zwierzył mu się, że pod wpływem policji pomówił Marcina Ch. i Krzysztofa K.
Przytakuje mu skazany Robert T., który na początku procesu przyznał, że był na miejscu zbrodni.
— Wcześniej kłamałem, bo miałem zostać świadkiem koronnym, ale nic z tego nie wyszło. Byłem bity podczas przesłuchania. Nie wiem, dlaczego nie powiedziałem o tym pani prokurator. Protokoły moich wyjaśnień zostały sporządzone z wyprzedzeniem. Ja miałem je tylko podpisać. Zrobiłem to ze strachu, nie ja dopisałem, że oświadczenie złożyłem dobrowolnie. To już robota przesłuchującego. Policja wymyśliła również przysięgę pod krzyżem.
W tym czasie rodzice skazanego Marcina Ch. usiłują interweniować u ministra sprawiedliwości. W złożonej skardze twierdzą, że policja w raporcie z przesłuchania przekręciła słowa ich syna. Na wzgórzu był inny chłopak, z wyglądu podobny do Marcina Ch. i też nazywany w Giżycku „Chmielem”. To on zamordował braci, a po znalezieniu ciał ofiar uciekł za granicę. W ocenie resortu brzmi to nieprawdopodobnie, zwłaszcza że nie przedstawiono żadnych dowodów.
W lipcu 2001 r. zapada kolejny wyrok. Marcin Ch. i Krzysztof K. są skazani na dożywocie, Robert T. otrzymuje karę 25 lat więzienia, dwaj pozostali jak poprzednio — 8 i 7 lat za kratami.
— Boże, za co! Jestem niewinny, niczego nie zrobiłem! — krzyczy Marcin Ch. wyprowadzany z sali sądowej.
Rodzice obu „dożywotnich” nie są w stanie pogodzić się z wyrokiem. Wynajmują detektywa Krzysztofa Rutkowskiego, aby spotkał się w więzieniu z tym skazanym za porwanie dziecka, który dzielił celę z Robertem T. Detektyw szczegółowo spisuje zwierzenia więźnia. Według tej relacji Robert miał z Adamem Neflem na pieńku, bo tamten siłą zabierał mu kieszonkowe. Dlatego śmiertelnie pobił starszego z braci i to on wbijał ofierze kołki do gardła. Natomiast młodszego z braci utopił Sebastian S. na żądanie Roberta, żeby nie było świadka pierwszej zbrodni.
Więzień podaje dowód, że T. mówił mu prawdę. Otóż w pierwszych tygodniach po zamknięciu skazanych za morderstwo chłopców z Giżycka matka Roberta T. przysłała mu paczkę ze starymi adidasami. Jeden but miał dziurę w podeszwie, w której zakrzepła krew. Niestety, tego obuwia już nie ma. Obrońca Marcina Ch. eksponuje ten dowód, składając kasację do Sądu Najwyższego. Zostaje oddalona jako bezzasadna.
Dowody z rękawa
Mija dziewięć lat. Piotr P. i Sebastian S. są już na wolności. Adwokat skazanych Ch. i K. występuje do Sądu Najwyższego o wznowienie postępowania procesowego z uwagi na ujawnienie nowych faktów. Tym przełomowym dowodem ma być nagranie rozmowy za murami w 2008 r. Marcina Ch. z Robertem T. Niedoszły świadek koronny miał mówić do mikrofonu: „Ty i Krzychu zostaliście wplątani nie przeze mnie, a przez dwóch psów, nie wiem, jak się nazywali. Jesteście niewinni, bo was, k… tam nie było. Mordowali Sebastian S., Piotr P. i dwóch dresiarzy, których nie znam”.
Zarejestrowane zwierzenie, a także rozmowa ze skazanym przekonują przedstawicielkę Kliniki Prawa — Niewinność z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, że na skutek kłamstw chłopców chcących pomniejszyć swój udział w zbrodni doszło do skazania niewinnych ludzi — Krzysztofa K. i Marcina Ch. Helsińska Fundacja zwraca się do Sądu Najwyższego o wznowienie postępowania.
Mimo takiej rekomendacji wniosek jest odrzucony. — To, że Robert T. teraz sobie zaprzecza — uzasadnia sędzia SN — nie ma decydującego znaczenia, bo przebieg zbrodni został ustalony nie tylko w oparciu o wyjaśnienia tego skazanego. Rozmowa przedstawicielki Kliniki Prawa — Niewinność z T. budzi wątpliwości, czy było to nagranie spontaniczne. Zdaniem sędziów SN teza obrońcy, że ten skazany w rozmowie z Marcinem Ch. podał dane dwóch prawdziwych, a nie ujawnionych sprawców (mieli to być koledzy małolatów), idzie zbyt daleko. W rozmowie z przedstawicielką fundacji Robert T. nie potrafił wyjaśnić, dlaczego w toku postępowania ani przez dziewięć lat po wyroku nie powiedział o tych dwóch dresiarzach. SN odrzucił też dowód w postaci anonimowego listu, którego autor jako zabójców braci Neflów wskazał dwóch nieznanych mężczyzn „psychopatycznych morderców”, rzekomych świadków podkładania przez Adama bomby w restauracji.
W 2016 r. skazani na dożywocie ponownie przypominają o sobie, występując w interwencyjnym programie Polsatu „Państwo w państwie”. Twierdzą, że zostali wrobieni. Dowodem ma być kolejne nagranie rozmowy Marcina Ch. z Robertem T. Ten drugi mówi o czymś, czego daremnie szukać w aktach: dwa dni przed odnalezieniem ciała młodszego z braci Neflów wyznał matce, że pod krzyżem Brunona był mężczyzna z charakterystyczną szramą na twarzy, którego rok wcześniej poznał w areszcie śledczym w Suwałkach. Ten człowiek przyznał się do zamordowania obu chłopców i wyjawił, gdzie leżą zwłoki Szymka.
W audycji jest też mowa o tym, że w wyjaśnieniach Roberta T., Piotra P. i Sebastiana S. tkwi wiele niejasności, które zostały przez śledczych zlekceważone. Na przykład jedni twierdzili, że Adam Nefl wyszedł z domu w bluzie skórzanej (nie została odnaleziona), a drudzy, że miał na sobie kurtkę dżinsową. Podobnie z plecakiem: nosił go Szymon, czy Adam? Przesłuchiwani odpowiadali raz tak, raz inaczej. W ich wyjaśnieniach wędka została wrzucona do kanału albo do jeziora, a z akt wynika, że znaleziono ją podczas rewizji w mieszkaniu Roberta T.
Różnie opowiadają, gdzie kupili alkohol, jaki i ile go było. Kolejne nieścisłości dotyczą momentu, kiedy nastolatkowie znęcali się nad Neflami. W przekonaniu Marcina Ch., z wyjaśnień Roberta T., Piotra P. i Sebastiana S. nie wynika jednoznacznie, jak to wyglądało. Przesłuchiwani raz twierdzili, że ofiary szły dobrowolnie, kiedy indziej, że się szarpały ze swymi oprawcami. Raz Szymon był bity, według innej wersji przez dłuższy czas pozostawiano go w spokoju. Nie wiadomo, czy Adam był duszony szalikiem, czy tylko jego młodszy brat. Są też wątpliwości co do miejsca złożenia przysięgi po zabójstwie. Przesłuchiwani uczniowie podawali różne adresy: przy pomniku, w parku, koło jednostki wojskowej, przy jakimś ogrodzeniu.
— Plątali się — twierdzi Marcin Ch. — bo nie potrafili wyuczyć się na pamięć policyjnej wersji zdarzenia.
***
Marcin Ch. po 26 latach życia za kratami został warunkowo zwolniony i wyszedł na wolność w październiku 2024 r. Krzysztof K. w 2023 r. zmarł w więzieniu na raka. Ch. obwinia się przed dziennikarzami o los swego przyjaciela. — Gdybym w 1998 r. nie podał jego nazwiska policjantom pytającym o moich najbliższych kolegów, Krzysiek nie znalazłaby się na liście podejrzanych. On też nie miał nic wspólnego z morderstwem braci Neflów.
Odmowa wznowienia postępowania procesowego oznacza, że Ch. może wrócić za kraty. Zwłaszcza że wszystkie argumenty w jego obronie zostały już wyeksponowane.




