Nie mogę odżałować, że Ryan Murphy, król telewizyjnych opowieści, tak bardzo zepsuł serial o Johnie Kennedym Jr. i Carolyn Bessette. Zawiodła rzecz podstawowa: obsada. A przecież w tej historii jest wszystko, co może przydarzyć się ludziom, których życie inni uwielbiają podglądać.
Od dawna żaden serial nie budził takich emocji jak „Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette”. Piękni, młodzi, uprzywilejowani byli ikoniczną parą Nowego Jorku. Ich zdjęcia z ulic Tribeki, wystylizowanych z nonszalanckim luzem, trafiały na pierwsze strony plotkarskich gazet na świecie. Wiele lat po tragicznej śmierci pary fotografie Carolyn Bessette ciągle pojawiają się w modowych rubrykach jako ilustracja ponadczasowej elegancji. Była ikoną. Ale aktorka Sarah Pidgeon nie ma tego czegoś, co sprawia, że każdy włożony ciuch wygląda jak milion dolarów. A jeszcze mniej z charmu Kennedy’ego ma grający go Paul Anthony Kelly.
Carolyn Bessette i John F. Kennedy Jr. w 1998 r.
Foto: Band Photo / uppa.co.uk /Photoshot / PAP
Kiedy się poznali, ona była asystentką i muzą Calvina Kleina (w tej roli też blady Alessandro Nivola). On tworzył, bez sukcesu zresztą, magazyn „George”, który miał łączyć politykę z popkulturą. Styl miał w genach. Jego matka Jacqueline Kennedy-Onasis do dziś uchodzi za jedną z najelegantszych kobiet w historii. Ale był też dzieckiem Ameryki. Zdjęcie trzyletniego chłopczyka salutującego na pogrzebie ojca weszło do ikonografii XX w.
W serialu John mówi do Carolyn: nie pamiętam śmierci ojca, pamiętam żałobę matki. Problem polega na tym, że nie jestem w stanie przejąć się żadnym słowem wypowiadanym przez aktora. Jest przystojny i nawet podobny do Kennedy’ego Jr., ale ma jedną, uprzejmą minę i nic ponad to. Naomi Watts, moja ulubiona aktorka, w roli Jackie Kennedy jest bezlitośnie pretensjonalna. Nienaturalnym głosem wypowiada życiowe mądrości na temat ewentualnej przyszłej pani Kennedy.
Na pozycji straconej była u niej Daryl Hannah, wieloletnia dziewczyna Johna. Jackie ostentacyjnie nie pojawiła się na kolacji we własnym domu, podczas której miała poznać Daryl. Hannah protestuje przeciwko sposobowi, w jaki pokazano ją w serialu, i trudno się dziwić. Gwiazda kina lat 80., znana m.in. z „Łowcy androidów”, w serialu zachowuje się jak mało rozgarnięta, płaczliwa dziewczyna, której jedynym celem w życiu jest zmuszenie Kennedy’ego do małżeństwa. Patrzę na Dree Hemingway w tej roli i myślę, że podobieństwo fizyczne do postaci to zdecydowanie za mało.
Nigdy do końca nie wiadomo, co dzieje się między dwojgiem ludzi, ale Carolyn i John z pewnością nie byli cukierkową parą. Kłócili się, także publicznie, nie byli pewni, czy chcą być razem. Carolyn obawiała się, że zniknie w cieniu księcia Ameryki. Nie pomyliła się. Sceny w posiadłości rodzinnej Kennedych, w której przy obiedzie omawia się najważniejsze kwestie polityki międzynarodowej, a Carolyn zostaje skarcona za sweter owinięty wokół szyi, pokazują, z czym musiała się mierzyć dziewczyna ze świata mody i reklamy. Fala zainteresowania mediów nową panią Kennedy dosłownie przygniotła Carolyn. Przed naporem paparazzich schroniła się w słynnym lofcie męża i zaczęła osuwać się w depresję. I to akurat udało się dobrze pokazać twórcom serialu. Ofiarą polowania na celebrytów stała się księżna Diana. Doniesienia o jej śmierci państwo Kennedy oglądają w lęku. Dwa lata później zginą w katastrofie lotniczej.
Murphy kręci serial, naśladując rytm modny w latach 90. Długie rozmowy, teledyskowe ujęcia, pietyzm dla szczegółów. Ze mną zostaną wspaniała ścieżka dźwiękowa, blond włosy głównej bohaterki, ciuchy Calvina Kleina i minimalistyczny loft Kennedy’ego. Za mało jak na opowieść o najsłynniejszej parze Ameryki.
Jeszcze gorzej jest w innym serialu Ryana Murphy’ego „Wszystko dozwolone” wyprodukowanym wspólnie z Kim Kardashian. Założenia brzmiały dobrze. Trzy prawniczki z elitarnej kancelarii, sfrustrowane seksistowskim zachowaniem przełożonych, buntują się i tworzą własną firmę. Postanawiają w trudnych sprawach rozwodowych bronić kobiety. Niestety aktorki tej klasy co Glenn Close, Naomi Watts czy Sarah Paulson nie uratowały serialu, osuwającego się w soap operę i reality show w stylu Kardashianów. Prawniczki bronią kobiety, ale pod warunkiem, że ich mężowie latają prywatnymi jetami, a biżuteria, o którą toczy się gra, warta jest 30 mln USD. Wszyscy narysowani są tępą, grubą kreską. Aż trudno uwierzyć, że wyszli spod ręki twórcy „Bez skazy”, „Glee” czy „American Horror Story”. Ryan Murphy powinien raczej nostalgicznie wspominać ukochane lata 90., a kręcenie seriali o tym czasie pozostawić innym.

