Administracja Donalda Trumpa zatrzymała rotację oddziałów, które miały trafić do Polski. Nie oznacza to, że amerykańskie wojsko zniknie. Bardziej martwi to, że w żaden sposób nie można długofalowo przewidzieć planów Waszyngtonu.

Pentagon wstrzymał rotację około 4 tys. żołnierzy z 2. Brygadowego Zespołu Bojowego 1. Dywizji Kawalerii, którzy mieli trafić do Polski oraz innych państw wschodniej flanki NATO. W Warszawie spowodowało to spore tąpnięcie, zwłaszcza, że prezydent Karol Nawrocki i jego otoczenie cały czas powtarzają, że mają bardzo dobre relacje z amerykańską administracją. Tymczasem decyzja Amerykanów wywołała konsternację w Pałacu Prezydenckim. Okazuje się bowiem, że wcale tak dobrych relacji nie mają.

Zwłaszcza, że, jak przekazał korespondentowi RMF FM, Pawłowi Żukowskiemu, Joel Valdez, pełniący obowiązki rzecznika Pentagonu, „nie była to decyzja niespodziewana ani podjęta w ostatniej chwili, i przedstawianie jej w ten sposób byłoby niezgodne z prawdą”.

Valdez dodał, że „decyzja o wycofaniu wojsk jest wynikiem kompleksowego, wielowarstwowego procesu, który uwzględnia stanowiska kluczowych liderów dowództwa oraz na wszystkich szczeblach dowodzenia”.

I jest to fakt. Choć środowisko Trumpa zapowiadało wcześniej redukcję wojsk w Niemczech, realizacja takiego planu byłaby trudniejsza, niż zakładano. Po ogłoszeniu decyzji pisaliśmy o tym, że to jest mało realny plan. Wycofanie się Amerykanów z Niemiec, sprawiłoby więcej problemów samym Amerykanom niż europejskim państwom NATO. Podstawowy problem polega na tym, że niemal cała logistyka amerykańskich operacji na tym terenie przechodzi przez bazy lotnicze w Niemczech. Tam są największe centra logistyczne i zaplecze medyczne.

To właśnie przez Niemcy przechodzą przerzuty żołnierzy, amunicji i wyposażenia kierowane nie tylko na wschodnią flankę NATO, ale również na Bliski Wschód. Ograniczenie obecności w Niemczech oznaczałoby konieczność budowy alternatywnych szlaków transportowych i centrów logistycznych. To proces kosztowny, czasochłonny i obarczony ryzykiem. W krótkim okresie prowadziłby do spadku tempa operacji i ograniczenia zdolności do szybkiego reagowania.

W efekcie ograniczenia objęły przede wszystkim rotacyjne siły rozmieszczane na wschodniej flance NATO. Bo te łatwiej zatrzymać nawet, kiedy były już w drodze. I tak też się stało. Według amerykańskich mediów i wypowiedzi przedstawicieli Pentagonu część pododdziałów była już w drodze do Europy, wysłano także zespoły przygotowawcze.

Najogólniej można powiedzieć, że mimo twierdzeń Pentagonu, w administracji panuje całkowity chaos decyzyjny. Nie jest to nic nowego, zważywszy choćby na sposób prowadzenia polityki podczas operacji Epic Fury w Iranie. Administracja Trumpa funkcjonuje w trybie ciągłej korekty planów, pomysłów i zamierzeń. Komunikaty dotyczące działań wojskowych potrafią zmieniać się kilkukrotnie w ciągu jednego dnia zależnie od tego, co pojawi się na koncie prezydenta w Truth Social.

Wpisy Donalda Trumpa dotyczące konfliktu z Iranem wielokrotnie pokazywały brak spójności przekazu. Jednego dnia prezydent pisze, że „Iran chce rozmawiać. My też. Możemy mieć pokój bardzo szybko”, by kilka godzin później opublikować wpis w zupełnie innym tonie: „Jeśli Iran zrobi choć jeden ruch, spotka się z siłą, jakiej świat jeszcze nie widział”. Wygląda to tak, jakby w Trumpie „były dwa wilki”. Oba nie do końca rozgarnięte. I tak samo dzieje się w kwestii wycofania jednostek z Europy.

Najpierw, po skrytykowaniu Europy za brak pomocy w Iranie, zapowiedział, że jego administracja rozważa ograniczenie liczebności amerykańskiego kontyngentu w Niemczech, a decyzja w tej sprawie ma zostać podjęta w najbliższym czasie. Po czym ograniczana jest obecność na wschodniej flance NATO. Bez poinformowania o tym sojuszników.

Choć było do to przewidzenia. Stany Zjednoczone muszą stopniowo ograniczać części sił w Europie, co wynika zarówno z kwestii finansowych, jak i napięć politycznych. Pierwsze są jednak ważniejsze. Operację przeciwko Iranowi USA prowadziły z bieżącego budżetu Pentagonu. Podczas majowych przesłuchań w Kongresie poinformowano, że wojenka Trumpa kosztowała 29 mld dol.

Jednak rzeczywiste koszty są jeszcze wyższe, ponieważ oficjalne dane Pentagonu nie obejmują wszystkich wydatków pośrednich, takich jak długoterminowe uzupełnianie zapasów magazynowych. Pojawiały się nawet szacunki mówiące o ponad 70 mld dol. całkowitych kosztów związanych z operacją i jej konsekwencjami strategicznymi. Dlatego Pentagon musiał zacząć oszczędzać. A zatrzymanie rotacji było najłatwiejsze. Mimo że to Polacy ponoszą większość kosztów utrzymania Amerykanów.

Według danych podawanych przez rząd Polska przeznacza około 15 tys. dol. rocznie na utrzymanie jednego amerykańskiego żołnierza stacjonującego w kraju. Przy obecnej wielkości kontyngentu liczącego ok. 9-10 tys. żołnierzy daje to mniej więcej 500-550 mln zł rocznie.

Te pieniądze nie trafiają bezpośrednio do żołnierzy USA jako żołd. Chodzi głównie o finansowanie infrastruktury i obsługi pobytu wojsk amerykańskich. Polska pokrywa m.in. koszty budowy koszar, magazynów, dróg, składów paliw, części poligonów, ochrony obiektów, mediów czy zaplecza logistycznego. Duże środki przeznaczono np. na rozbudowę bazy w Powidzu, infrastruktury w Poznaniu czy instalacji w Redzikowie.

Osobną kategorią są inwestycje infrastrukturalne związane z długoterminową obecnością USA w Polsce. Mogą one sięgać nawet około 2 mld zł rocznie, jeśli uwzględni się wszystkie programy budowlane i modernizacyjne realizowane dla wojsk amerykańskich oraz NATO, jakie są prowadzone w Polsce.

Kolejne polskie rządy od lat przedstawiają te wydatki jako „inwestycję w bezpieczeństwo”, argumentując, że obecność wojsk USA zwiększa odstraszanie wobec Rosji i wzmacnia znaczenie Polski w NATO. Zwracają też uwagę, że utrzymywanie wojsk amerykańskich w Polsce jest dla USA tańsze niż np. w Niemczech czy w samych Stanach Zjednoczonych. Nie zmienia to jednak faktu, że za obecność Amerykanów płacą polscy podatnicy. I mogą poczuć się oszukani ostatnimi działaniami administracji Trumpa.

Zwłaszcza, że w sondażach po wybuchu wojny na Ukrainie poziom poparcia dla obecności amerykańskich żołnierzy w Polsce często przekraczał 70-80 proc. Znacznie spadł po ostatnich działaniach Trumpa. Szczególnie po obrażeniu pamięci polskich żołnierzy poległych w Iraku i Afganistanie.

To jednak nie oznacza automatycznego sprzeciwu wobec samej obecności sojuszniczych sił. W polskim społeczeństwie nadal dominuje przekonanie, że amerykańska obecność zwiększa bezpieczeństwo kraju i działa odstraszająco wobec Rosji. Rośnie natomiast sceptycyzm wobec przewidywalności kolejnych działań administracji w Waszyngtonie.

W Polsce stacjonują przede wszystkim amerykańskie jednostki wojsk lądowych, logistycznych, lotniczych oraz elementy obrony przeciwrakietowej. Większość z nich podlega rotacji. To znaczy, że sprzęt zwykle pozostaje w Polsce, a wymieniani są żołnierze.

Najważniejszą jednostką jest Pancerna Brygadowa Grupa Bojowa — ABCT. To ciężki oddział wyposażona w czołgi M1 Abrams, bojowe wozy piechoty M2 Bradley oraz artylerię samobieżną. Elementy tej brygady rozmieszczone są głównie w Żaganiu, Świętoszowie, Skwierzynie, Bolesławcu i Drawsku Pomorskim. Jednostka działa w ramach operacji Atlantic Resolve od 2017 r.

W Orzyszu stacjonuje natomiast wielonarodowa batalionowa grupa bojowa NATO, której trzon stanowią żołnierze USA. Jednostka ta została utworzona w ramach programu Enhanced Forward Presence po decyzjach szczytu NATO w Warszawie w 2016 r.

W Poznaniu znajduje się wysunięte dowództwo V Korpusu US Army, odpowiedzialne za koordynację działań wojsk lądowych USA na wschodniej flance NATO. To jedna z najważniejszych amerykańskich struktur dowodzenia w Europie. Obok niego działa także pierwszy stały garnizon wojsk USA w Polsce.

W Powidzu rozmieszczono ogromne zaplecze logistyczne armii amerykańskiej. Znajdują się tam magazyny tyłowe, w których przechowywany jest sprzęt dla całej brygady pancernej. W razie kryzysu żołnierze mogą zostać przerzuceni drogą lotniczą i od razu przejąć gotowy sprzęt. W Powidzu oraz Łasku operują również amerykańskie samoloty transportowe i lotnictwo wsparcia.

W Redzikowie działa baza systemu obrony przeciwrakietowej Aegis Ashore, będąca częścią amerykańskiego i natowskiego systemu obrony przed rakietami balistycznymi. Znajdują się tam wyrzutnie rakiet przechwytujących oraz radar dalekiego zasięgu.

Łącznie w Polsce przebywa obecnie około 8,5-10 tys. amerykańskich żołnierzy, choć liczba ta zmienia się wraz z rotacjami i ćwiczeniami NATO. W tym ok. 4 tys. osób liczy Brygadowa Grupa Bojowa, której rotację zatrzymano.

Dla porównania Siły Zbrojne RP liczą dziś około 200 tys. żołnierzy zawodowych i WOT, z czego ok. połowa to oddziały bojowe, więc amerykańskie jednostki nie są znaczącym wzmocnieniem obrony Polski. Ich znaczenie polega przede wszystkim na tym, że obecność wojsk USA działa odstraszająco i gwarantuje natychmiastowe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w razie konfliktu. Przynajmniej w teorii.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version