– Mamy ludzi słabych, głupich lub o niskim IQ, którym nie przeszkadza posiadanie przez Iran broni jądrowej. Ludzie z MAGA są inteligentni – tłumaczył prezydent Donald Trump na antenie stacji Fox News. Wyrażał w ten sposób zadowolenie z sondażu pokazujące 90-proc. poparcie dla wojny z Iranem w jego najwierniejszym elektoracie.
Prezydent Stanów Zjednoczonych nie przejął się też zbytnio wątpliwościami prezentowanymi przez wpływowych, prawicowych influencerów, jak Tucker Carlson, Candace Owens czy Megyn Kelly. „Oni nie są MAGA, są przegrywami, którzy po prostu próbują się podczepić pod MAGA” – stwierdził prezydent w swoim wpisie na Truth Social.
Jednocześnie Trump zaczyna sygnalizować pewne obawy dotyczące jesiennych wyborów połówkowych do Kongresu.
– Kiedy ktoś zostaje wybrany na prezydenta, ta partia zawsze przegrywa wybory uzupełniające. Nie wiem, dlaczego. Nikt nie potrafi tego wyjaśnić – mówił niedawno dziennikarce Marii Bartiromo.
Skąd te obawy, jeśli jest tak dobrze, a „inteligentni ludzie z MAGA” idą za prezydentem nawet wtedy, gdy wbrew swoim wcześniejszym deklaracjom, rozpoczyna kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie?
Odpowiedź tkwi w niuansach amerykańskiego systemu wyborczego, złożonej koalicji, jaką Trump zbudował w 2024 roku i piętrzących się coraz bardziej politycznych kłopotach tej administracji.
Historyczne trendy przeciwko republikanom
Prezydent Trump ma rację, że wybory połówkowe zazwyczaj są trudne dla ugrupowania, którego przedstawiciel zasiada w Białym Domu. Powody jednak wcale nie są tak trudne do wytłumaczenia.
Wybory wypadają w środku prezydenckiej kadencji, frekwencja najczęściej jest znacząco niższa (nawet o 20 pkt proc. względem wyborów prezydenckich), a do głosowania ruszają przede wszystkim niezadowoleni wyborcy opozycji.
Głosujący na prezydenta i jego partię są potencjalnie bardziej zdemobilizowani – dopiero co ich kandydat odniósł sukces, z drugiej strony jego rządy zdążyły już trochę stracić swój blask.
Ostatni raz, kiedy prezydencka partia zyskała dodatkowe miejsca w Izbie Reprezentantów po wyborach połówkowych, miał miejsce w 2002 roku – kiedy George W. Bush cieszył się rekordową popularnością ze względu na swoją postawę po zamachach z 11 września.
Przy zaledwie czterech głosach przewagi, jakimi dysponują obecnie republikanie, utrata kontroli nad Izbą Reprezentantów wydaje się prawdopodobna już ze względu na typową dla tych wyborów dynamikę.
W USA kadencje senatorów trwają sześć lat, ale co dwa lata (przy okazji każdych wyborów do Izby Reprezentantów) wymienia się jedna trzecia składu.
Arytmetyka jest tu więc o wiele bardziej skomplikowana niż w przypadku Izby Reprezentantów. W tegorocznych wyborach republikanie bronią 21 miejsc w Senacie, demokraci tylko 13.
Ale spośród tych wszystkich wyborczych wyścigów tylko kilka niesie za sobą prawdziwe emocje. Demokraci mają szanse odbić Karolinę Północną, gdzie republikański senator Thom Tillis nie będzie się ubiegał o reelekcję. Osłabła pozycja zasiadającej w Senacie od trzech dekad Susan Collins, a jej Maine to stan, który chętniej głosuje na demokratów (w 2024 roku Kamala Harris wygrała tam dość gładko).
Różnie mogą się potoczyć wybory w Ohio, gdzie wyborcy wskażą, kto zajmie miejsce zwolnione przez J.D. Vance’a.
Jednak najpoważniejszy ból głowy republikańskich strategów budzi Teksas, gdzie demokraci wybrali w prawyborach Jamesa Talarico, młodego polityka, który może przyciągnąć cześć głosów niezadowolonych wyborców republikanów.
Tymczasem teksańscy republikanie wciąż swoich prawyborów nie rozstrzygnęli – o możliwość kandydowania spierają się John Cornyn (wysoko postawiony polityk partii, zasiadający w Senacie od dekad, prawdopodobnie bardziej predysponowany do pokonania Talarico) i Ken Paxton (uwikłany w skandale prokurator generalny Teksasu, o wiele bliższy preferencjom ruchu MAGA, ale trudniejszy do zaakceptowania przez bardziej umiarkowanych wyborców).
Politycy republikańscy, przerażeni perspektywą przegranej w Teksasie, próbowali nakłonić prezydenta, by oficjalnie poparł Cornyna i zmusił Paxtona do wycofania się z wyborów. Trump jednak tego nie zrobił.
Przewaga republikanów w Senacie wynosi sześć głosów. Wybory musiałyby się dla nich ułożyć fatalnie, by stracili nad nim kontrolę (ponieważ dysponują głosem wiceprezydenta, mogącym przełamać głosowanie w razie remisu, demokraci musieliby zyskać siedem miejsc i uzyskać przewagę).
To jednak scenariusz, który w ostatnich miesiącach z zupełnie nieprawdopodobnego stał się przynajmniej możliwy.
Zwiastuny nadchodzącej katastrofy?
Sondaże publikowane w ciągu ostatnich trzech miesięcy wskazują jednoznacznie na przewagę demokratów, choć skala tej przewagi bardzo się różni – w niektórych badaniach to 1 proc, w innych nawet 10 proc.
Jednak biorąc pod uwagę skomplikowany charakter amerykańskich wyborów, ogólne badanie sympatii wobec partii politycznych nie mówi wiele o możliwym końcowym rezultacie. Dlatego trzeba przyglądać się innym sygnałom.
Jesienią zeszłego roku i na wiosnę tego roku odbył się szereg wyborów – na gubernatorów, burmistrzów czy uzupełniających do legislatur stanowych i Kongresu. Niemal wszędzie wniosek był ten sam – elektorat przesunął się mocno w kierunku demokratów. Jak mocno?
W wyniku sporu z prezydentem Trumpem, nie czekając na kolejne wybory, opuściła Izbę Reprezentantów Marjorie Taylor Greene – kiedyś uznawana za jedną z najbardziej lojalnych wobec prezydenta. Powstał wakat w 14. okręgu na Florydzie i niedawno odbyły się tam wybory uzupełniające.
Ostatecznie zwyciężył republikanin Clay Fuller, ale jego przewaga nad demokratą Shawnem Harrisem wyniosła mniej niż 12 pkt proc.
Dwa lata wcześniej Donald Trump miał tam 37 pkt proc. przewagi nad Kamalą Harris, a Taylor Greene uzyskała kolejną reelekcję, osiągając prawie 30 pkt proc. więcej od rywala, którym również był wówczas Shawn Harris. Okręg, który od lat uchodził za republikańskiego „pewniaka”, w ciągu dwóch lat stał się miejscem zaciekłej rywalizacji.
To może niepokoić republikańskich polityków. Prezydenturę Donalda Trumpa pozytywnie ocenia zaledwie 40 proc. wyborców (56 proc. negatywnie).
Poparcie dla prezydenta sukcesywnie spada od początku tej kadencji.
Z analizy dziennikarza G. Elliota Morrisa wynika, że aż w 104 okręgach, które reprezentują w Izbie politycy republikańscy, przeważają negatywne oceny prezydenta.
Wojna, papież i deportacje
W 2024 roku Trump wygrał wybory nie tylko dlatego, że zmobilizował się elektorat MAGA (stanowiący pokaźną część wyborców Partii Republikańskiej), ale przede wszystkim dlatego, że przyciągnął bezprecedensową liczbę wyborców młodych, czy o pochodzeniu latynoskim.
Zbudował szeroką koalicję głosujących, którzy uwierzyli, że dla amerykańskiej gospodarki mogą wrócić lepsze czasy.
– Od dnia, w którym złożę przysięgę, będę działał na rzecz obniżenia cen i sprawimy, że Ameryka znów będzie przystępna cenowo – obiecywał Trump w czasie kampanii wyborczej. Tak się oczywiście nie stało. Ceny nie tylko nie zmalały, ale nawet zaczęły rosnąć.
Najpierw ze względu na chaotyczną politykę celną. Nowojorski Bank Rezerwy Federalnej oszacował, że 90 proc. kosztów podniesionych ceł spadło na podmioty amerykańskie.
Niemiecki Kiel Institute również doszedł do wniosku, że to głównie Amerykanie płacą za politykę celną prezydenta. Do tego doszły rosnące ceny benzyny z powodu wojny w Iranie i obawy, że prawdziwa drożyzna dopiero nadejdzie.
W marcu ocena polityki gospodarczej prezydenta w badaniu CNN spadła do rekordowo niskiego poziomu – zaledwie 31 proc. ankietowanych oceniło ją pozytywnie.
Złamanie obietnicy dotyczącej niskich cen może być dla prezydenta i jego partii o wiele bardzie kosztowne niż naruszenie zapowiedzi, że nie będzie nowych wojen.
Sondaż przeprowadzany cyklicznie wśród młodych wyborców przez Yale University pokazuje, że prezydent w ostatnich miesiącach stracił od kilku do kilkunastu proc. poparcia wśród młodych mężczyzn (wśród młodych kobiet jest jeszcze gorzej).
W wyborach Trumpa poparło rekordowe 46 proc. wyborców pochodzenia latynoskiego, ale z badań Florida International University wynika, że obecnie popiera go ledwie 30 proc. wyborców w tej grupie. Powód? Wciąż wysokie koszty życia i uciążliwość polityki deportacyjnej.
A do tego dochodzą wciąż nowe problemy. Na przykład konfrontacja z papieżem.
Na Trumpa zagłosowała ponad połowa amerykańskich katolików, ale ostre ataki na głowę kościoła mogą im się nie spodobać – papież cieszy się w Stanach o wiele lepszymi wynikami sondażowymi niż prezydent. 57 proc. ankietowanych ocenia go pozytywnie i tylko 11 proc. negatywnie (wśród katolików odsetek pozytywnych ocen to 84 proc.).
Przedstawianie samego siebie jak Jezusa – co Trump zrobił w jednym z niedawnych postów w mediach społecznościowych – może odrzucić część wyborców należących do innych wyznań chrześcijańskich.
Żeby republikanie ponieśli klęskę na jesieni, od Donalda Trumpa wcale nie musi się odwrócić elektorat MAGA (to zresztą mało prawdopodobne). Wystarczy, że odpłynie część umiarkowanych wyborców rozczarowanych wysokimi cenami i część republikanów spod znaku America First, których nie ucieszyła wojna w Iranie. Że w domu zostanie część wyborców latynoskich niezadowolonych z deportacji, które dotknęły ich znajomych, że zirytują się niektórzy katolicy albo zabraknie entuzjazmu wśród młodych wyborców.
Na początku tego roku wydawało się, że prezydent jest tego świadom. Wyciszy awanturę o Grenlandię, mniej czasu będzie poświęcał na politykę zagraniczną, a więcej na komunikowanie swoich starań, by uczynić Amerykę znowu przystępniejszą. Ale ostatnie tygodnie poprowadziły go w zupełnie przeciwną stronę.













