Jeśli przywódcy Iranu nie dobiją z Ameryką interesu, Trump „cofnie ich do epoki kamienia łupanego, gdzie przynależą”. W orędziu do narodu prezydent nie sprecyzował, kiedy zakończy wojnę. Ujawnił jedynie, że „ekstremalnie dotkliwe uderzenia potrwają jeszcze dwa-trzy tygodnie”.
Nareszcie wiemy, po co Trump zaatakował Iran. Wprawdzie to wersja 31. a może 56. – nie pamiętam, straciłem rachubę – ale wygłoszona z Białego Domu w formie orędzia do narodu, więc zapewne ostateczna i wiarygodna. Kpię oczywiście, choć przez łzy, bo jestem obywatelem tego kraju, więc wolałbym wierzyć swojemu przywódcy.
Weźcie sobie ropę
Prezydent wrócił do jednego z pierwotnych uzasadnień wojny, a mianowicie tezy, że musiał uniemożliwić najgroźniejszym terrorystom, jakich kiedykolwiek nosiła ziemia, mordercom Amerykanów, sprawcom rzezi w Izraelu 7 października 2023 r. – wyprodukowanie broni jądrowej. Obama woził do Teheranu specjalnymi samolotami miliardy dolarów w gotówce, worki zielonych banknotów, by kupić współpracę reżimu – powtórzył mówca kłamstwo wymyślone dekadę temu. – Myśmy podjęli działania szybkie, zdecydowane i skuteczne.
Wenezuelę pokonaliśmy w ciągu paru minut – podkreślił, by następnie nie sprecyzować, jak długo potrwa wojna z Iranem, ani co właściwie zamierza osiągnąć. „Nasze aktualne cele są płynne, reagujemy elastycznie” – stwierdził. Podziękował wspaniałym sojusznikom z rejonu Zatoki Perskiej: Emiratom, Bahrajnowi, Kuwejtowi, Omanowi, Katarowi. Obiecał, że włos im z głowy nie spadnie, bo zasłużyli na wdzięczność Ameryki.
Ponieważ z martwego, zrujnowanego kraju, który zostawił Biden, administracja Trumpa uczyniła najbardziej kwitnący w dziejach, budzący zazdrość wszystkich pozostałych, Amerykanie nie powinni się przejmować rzekomymi problemami na rynku paliw. Ich ojczyzna produkuje więcej ropy naftowej niż Arabia Saudyjska i Rosja razem wzięte. To akurat prawda, choć przewaga jest minimalna – Stany wytwarzają 22,8 mln baryłek dziennie, Saudyjczycy – 10,8 mln, Rosja – 10,5 mln.
Prezydent nie wyjaśnił jednak kwestii najbardziej nurtującej przeciętnego wyborcę: dlaczego w takim razie zamiast 2,5 dol. jak na początku roku, płacimy dziś za galon benzyny – ponad 4 dol.
Wbrew pogłoskom nie zamierza wycofać się z NATO. Europejskim sojusznikom zaproponował: „Kupujcie ropę od nas. Mamy jej nadmiar. A po drugie, nauczcie się odwagi, płyńcie do Cieśniny Ormuz, zagwarantujcie jej drożność, chrońcie ją i weźcie sobie ropę. Myśmy wykonali najważniejszą, najtrudniejszą cześć zadania, reszta należy do was”.
„Trump niszczy wszystko, czego dotknie” – mówił mi znający prezydenta od lat 80. były redaktor ekonomiczny „New York Timesa” Kurt Eichenwald. „Kłamie bezkarnie całe życie, tak często, jak inni mrugają powiekami” – dodawał. I te dwa zdania właściwie starczyłyby do podsumowania 19-minutowego, primaaprilisowego orędzia.
Przypomnijmy, że początkowo lokatorowi Białego Domu chodziło właśnie o ukrócenie nuklearnych knowań ajatollahów, choć amerykański wywiad raportował, że ich nie snują. Później o uniemożliwienie produkcji pocisków transkontynentalnych, do czego też bynajmniej się nie przymierzali. Następnie o „47 lat nieustannej agresji, Hezbollah, Hamas, Hutich, Palestyński Dżihad, szyickie bojówki w Iraku i Syrii, zakładników z 1979 r.”. Wreszcie o demontaż reżimu oraz demokratyzację kraju.
Przywrócić Iranowi wielkość
Trump przekonywał bandę zbójów zwaną Korpusem Strażników Rewolucji, by złożyła broń, a nic jej nie zrobi, niech tylko lud Iranu wyłoni demokratycznych przywódców i powierzy im rządy w wolnych wyborach. Dość szybko pojął, że to nierealny pomysł, więc wymyślił, jakoby reżim szykował się do ataku na Amerykę i lada chwila by go dokonał, gdyby nie genialne uderzenie wyprzedzające. A ponieważ dla wszystkich było jasne, że po prostu uległ naciskom premiera Netanjahu, nie mając żadnego planu, co dalej, oświadczył: „Jeśli już, to raczej ja zmusiłem Izrael do ataku”.
Dobra, niech i tak będzie, ale w jakim celu? „BEZWARUNKOWEJ KAPITULACJI! – wyjaśniał Trump na Truth Social. – A po wyborze WSPANIAŁYCH i AKCEPTOWALNYCH Liderów, wraz z naszymi cudownymi i dzielnymi sojusznikami podejmiemy niezmordowany wysiłek na rzecz odbudowy większego, lepszego, silniejszego Iranu. Przywrócimy Iranowi wielkość (MIGA!)”. Znaczy: Make Iran Great Again.
Deklaracja ta nie przeszkodziła mu wkrótce zagrozić zniszczeniem cywilnej infrastruktury przeciwnika, czyli popełnieniem zbrodni wojennej. Groźbę powtórzył w środowym orędziu. Wściekł się, bo ajatollahowie zablokowali cieśninę Ormuz, czego – jako jedyna osoba w Waszyngtonie – nie przewidział. A ci, którzy przewidzieli i mają dostęp do prezydenckiego ucha, bali się szepnąć słówko. Tak wesoło klaskał rączkami, tak radośnie tupał nóżkami za każdym razem, gdy rakieta rozwalała koszary, bunkier czy coś tam, na przykład szkołę, że nie opłacało się psuć wodzowi zabawy.
Na Iran ostrzył sobie zęby od dawna. Równo osiem lat temu unieważnił porozumienie, które za namową Baracka Obamy podpisali z Iranem wszyscy członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ plus Niemcy. Dlaczego unieważnił? Bo przystępując do walki o Biały Dom, aby rozreklamować swoje biznesy (na zwycięstwo nie liczył), usłyszał w dyktującym mu „program wyborczy” Fox News, że układ jest zły. Podchwycił ów koncept, a dla większego efektu odruchowo nakłamał, że wynegocjuje lepszy. I tego się trzymał, ponieważ – jak każdy mitoman – z czasem zaczyna wierzyć we własne bujdy.
Układ wcale nie był zły. Obama skłonił ajatollahów do pozbycia się – w zamian za zniesienie sankcji – 99,7 proc. wzbogaconego uranu. Zatrzymali 300 kg, obiecali przestrzegać limitu 15 lat, zgodzili się na kontrole ONZ i Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ceny ropy spadły. Zdawało się, że nasycony rynek paliwowy przestanie wreszcie rodzić kolejne kryzysy gospodarcze, wzbogacony sponsor terroryzmu złagodnieje, wzrośnie bezpieczeństwo Bliskiego Wschodu i świata.
Jak wzmocnić wroga
Sunnicka Arabia Saudyjska uznała traktat za zdradę. Wszczęła z szyickim Iranem zastępczą wojnę w Jemenie. Irak, gdzie szyici stanowią większość, zaczął chylić się ku Teheranowi. A Trump przywrócił sankcje i posłał do Zatoki Perskiej flotę wojenną. Rijad się cieszył, ropa podrożała. Już wtedy można było przypuszczać, że prezydent doprowadzi do konfliktu zbrojnego z regionalnym mocarstwem, ale nie zdążył. Mimo próby dokonania w styczniu 2021 r. puczu, wrócił jednak do Białego Domu, i teraz kończy demolkę, którą zaczął przed ośmioma laty.
Do ataku zachęciło Trumpa bezbolesne zdjęcie dyktatora Wenezueli Nicolása Maduro. Premier Izraela i saudyjski następca tronu podpuszczali zaś, że obalenie irańskiego reżimu przyniesie mu sławę. Zresztą palce zawsze świerzbiły obecnego przywódcę USA do pociągnięcia za cyngiel. Marzył o jakimś spektakularnym triumfie militarnym dowodzącym, że Ameryce, a zatem i jemu samemu, nikt na planecie nie podskoczy. Dla podbicia sobie bębenka osłabił jedyny realny gwarant światowego pokoju, czyli NATO, i równocześnie wzmocnił sojusz Rosji, Chin, Iranu plus pomniejszych krajów „bandyckich”.
Aż nie chce się wierzyć, że zamiast wbijać kliny między najgroźniejszych wrogów Zachodu, jak czyniły wszystkie dotychczasowe administracje USA, zrobił wszystko, by padli sobie w objęcia tudzież zwarli szeregi. Cóż, eksdeweloper naprawdę ma blade pojęcie o dynamice stosunków międzynarodowych i przez całe życie – biegnące od bankructw przez oszustwa (Trump University, zawyżanie wartości majątku, fałszowanie ksiąg rachunkowych, pseudofundacja „charytatywna”) po plajty – dowodził, że nie jest zdolny do implementowania żadnej koherentnej, dalekosiężnej strategii.
Mądry wódz naczelny trzyma karty przy orderach, odsłaniając je tylko wówczas, gdy nie ma absolutnie żadnego innego wyjścia. Trump rzucił wszystkie na stół i dopiero wówczas zaczął blefować. Pięciowymiarowe szachy, w których wyprzedza przeciwnika o tysiąc ruchów, niepojęte dla naszych ciasnych umysłów? Możliwe, nie wiem.
Umysł mam, jaki mam, więc dostrzegam tyle, że atakując Iran bez żadnego racjonalnego powodu, Stany Zjednoczone obnażyły przed wrogami wszystkie słabe punkty swojej machiny militarnej. Niewątpliwie najpotężniejszej na globie, ale mamuty też były najpotężniejszymi ssakami plejstocenu, miały ogromne dochodzące do 5 metrów kły, niektóre ważyły ponad 8 ton, a mimo to nasi przodkowie zabili je dzidami i zjedli.

