Prezydent Donald Trump nasila presję na Kubę. W Hawanie coraz bardziej słabną nadzieje, że impas administracji Białego Domu w sprawie wojny z Iranem powstrzyma ją przed spełnieniem zapowiedzi kolejnych działań.
Zamiast wstrzymać kampanię nacisku, która rozpoczęła się w styczniu od blokady paliwowej tuż po odebraniu władzy w Wenezueli Nicolásowi Maduro — kluczowemu sojusznikowi i dostawcy energii dla Kuby — administracja Trumpa podniosła stawkę, wysyłając do Hawany szefa CIA. Według doniesień mediów Waszyngton przygotowuje też akt oskarżenia wobec byłego prezydenta Raúla Castro, brata legendarnego przywódcy rewolucji kubańskiej z 1959 r., Fidela Castro.
Kuba, komunistyczne wyspiarskie państwo, oddalone zaledwie 145 km od wybrzeży Florydy, szykuje się na najgorsze.
— To stało się bardzo istotnym tematem dla Białego Domu i nic nie wskazuje, by problem miał zniknąć czy osłabnąć — powiedział w rozmowie z „Newsweekiem” Michael Bustamante, profesor nadzwyczajny i dyrektor ds. studiów kubańskich na Uniwersytecie Florydy.
— Jeśli kubańskie władze sądziły, że wystarczy sprawę przeczekać, poczekać na wybory do Kongresu [w listopadzie 2026 r. — przyp. tłum] lub że konflikt z Iranem odciągnie uwagę administracji, to ostatnie 48 godzin wyraźnie temu zaprzeczyło — dodał.
Jedna bitwa po drugiej
Kuba od dawna była na celowniku Trumpa. Podczas swojej pierwszej kadencji w Białym Domu zniweczył wysiłki Baracka Obamy, dążącego do ocieplenia stosunków z dawnym zimnowojennym przeciwnikiem. Trump zaostrzył wtedy trwającą już od sześciu dekad kampanię sankcji.
Po powrocie do władzy na początku ubiegłego roku Trump kontynuował twardą retorykę wobec Hawany. Decyzja o powołaniu byłego senatora z Florydy, Marco Rubio, na stanowisko sekretarza stanu, a następnie także doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, była dla wielu sygnałem zaostrzenia kursu (zważywszy na centralną rolę sprawy Kuby w karierze tego wpływowego kubańsko-amerykańskiego konserwatysty w Partii Republikańskiej).
Druga kadencja Trumpa okazała się rzeczywiście bardziej interwencjonistyczna niż pierwsza, choć początkowo Kuba pozostawała na dalszym planie wobec innych konfliktów w polityce zagranicznej. Śmiały rajd amerykańskich sił specjalnych w Wenezueli po raz pierwszy pokazał gotowość Trumpa do użycia siły wobec przywódców innych państw. Jego determinacja w polityce zagranicznej była jeszcze bardziej widoczna, gdy USA wraz z Izraelem rozpoczęły wojnę przeciwko Iranowi, zabijając jego najwyższego przywódcę już pierwszego dnia konfliktu.
Kampania na Bliskim Wschodzie wciąż jest daleka od rozstrzygnięcia. Waszyngton i Teheran nie doszły do porozumienia, choć zakłócenia przepływu energii przez Cieśninę Ormuz wywołały na świecie chaos. Jednak mimo tych wszystkich wydarzeń Trump nie stracił z oczu Kuby. Otwarcie sugerował, że to właśnie Kuba będzie „następna”.
Peter Kornbluh, główny analityk National Security Archive i dyrektor projektu dokumentacji kubańskiej, przewidywał, że Trump od początku zamierzał zająć się Kubą podczas swojej drugiej kadencji.
— Sądzę, że Kuba była celem planowanym nawet przed atakiem na Wenezuelę, która była postrzegana jako etap przejściowy ku Kubie. Gdy Stany Zjednoczone odniosły sukces w Wenezueli, było niemal przesądzone, że kolejnym celem będzie Kuba — powiedział Kornbluh. — Myślałem, że to Kuba będzie następna. Okazało się, że była to Iran, ale z pewnością taki był ich plan.
Jak dokładnie Trump, który często unika jednoznacznych deklaracji co do swoich zamiarów, zamierza realizować ten plan? To pozostaje niejasne. Embargo na ropę już doprowadziło na wyspie do poważnych problemów: regularnych, długotrwałych przerw w dostawie prądu, braków podstawowych towarów i usług oraz paraliżu transportu.
— Stany Zjednoczone mają jeszcze wiele sposobów, by zwiększyć presję. Można odizolować Kubę przez wstrzymanie lotów z USA czy nawet przeprowadzić atak militarny — mówił Kornbluh. — Niepokojące w kontekście planowanego aktu oskarżenia wobec Raúla Castro jest to, że stwarza to fasadę legalności dla ewentualnej akcji przeciwko Kubie, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Maduro w Wenezueli.
Nie taki łatwy cel
Zapytany o szansę na amerykańską interwencję zbrojną, prezydent Kuby Miguel Díaz-Canel powiedział w zeszłym miesiącu „Newsweekowi”, że jego kraj będzie „stawiał opór”, odwołując się do doktryny „wojny całego narodu”, charakterystycznej dla partyzanckiego stylu walki, który miałby zrównoważyć przewagę militarną Waszyngtonu.
Díaz-Canel podkreślał również, że ideologiczna odporność Komunistycznej Partii Kuby i kolektywne zarządzanie państwem utrudnią próby obalenia władzy przez likwidację jej przywódców czy poprzez rozkład od środka.
Coś jest na rzeczy. Kubańskie służby bezpieczeństwa i wywiadu od lat skutecznie tłumią wszelką opozycję, co sprawia, że trudno sobie wyobrazić na Kubie scenariusz podobny do tego z Wenezueli, gdzie wiceprezydent Delcy Rodríguez szybko zastąpiła Maduro i przyjęła bardziej ugodową postawę wobec administracji Trumpa.
— Sądzę, że to znacznie trudniejsze do osiągnięcia na Kubie, bo mamy do czynienia z silnie zinstytucjonalizowanym komunistycznym systemem politycznym i kolektywnym przywództwem — powiedział w rozmowie z „Newsweekiem” William LeoGrande, profesor i specjalista ds. Ameryki Łacińskiej na American University. — Gdyby jutro schwytano Miguela Díaz-Canel, na jego miejsce wszedłby wiceprezydent — i nie jest to Delcy Rodríguez. Kubańscy wiceprezydenci to osoby z wieloletnim stażem, niektórzy działają jeszcze od wczesnych lat rewolucji.
— To po prostu działa inaczej — dodał LeoGrande. — Nie sądzę, żeby istniała jedna osoba, która mogłaby zyskać lojalność wojska, służb bezpieczeństwa, partyjnej biurokracji i aparatu rządowego, by zapewnić sprawność państwa. I nie sądzę, by był ktoś, kogo Stany Zjednoczone mogłyby wyjąć z cienia i osadzić na stanowisku prezydenta Kuby.
Opcja militarna ma też swoje pułapki. LeoGrande zauważa, że kubańska armia raczej nie będzie próbowała bronić strategicznych punktów, takich jak porty i lotniska, ale powstanie zbrojne mogłoby znacząco podnieść koszty dla USA i skomplikować realizację celów, zaciemniając obraz ewentualnego sukcesu.
Wyzwaniem są też kwestie logistyczne. Gdy USA rozpoczynały operację pojmania Maduro, dysponowały największą od 1965 r. koncentracją sił morskich na Karaibach. Obecnie znaczna część z nich zaangażowana jest w konflikt z Iranem.
Największym zagrożeniem jest jednak potencjalny krach gospodarczy na Kubie, który może wywołać nieprzewidziane konsekwencje.
— Sam reżim jest instytucjonalnie dość silny i nie widzę, by miał upaść jako siła polityczna, ale chaos społeczny doprowadzi do tego, do czego zawsze prowadził na Kubie: ludzie wsiadają na łodzie i płyną na północ — mówił LeoGrande. — Jeśli na wyspie wybuchnie prawdziwa przemoc, rzeczywisty chaos, a rząd nie będzie w stanie utrzymać kontroli, kubańscy Amerykanie chwycą za łodzie i popłyną na południe, by ratować swoich bliskich.
— Możemy mieć powtórkę z 1980 i 1994 r. jednocześnie — dodał LeoGrande, nawiązując do tzw. „marielitos” i kryzysu balseros, gdy dziesiątki tysięcy uchodźców uciekły na Florydę.
Fulton Armstrong, wykładowca i starszy pracownik naukowy w Center for Latin American and Latino Studies na American University, uważa, że ryzyko może przewyższać potencjalne zyski dla administracji Trumpa.
— Cel, by uczynić z Kuby „państwo upadłe” bez wywoływania katastrofy humanitarnej, jest po prostu nieosiągalny — powiedział Armstrong „Newsweekowi”. — Ciągłe zmiany stanowiska administracji sugerują świadomość tej rzeczywistości; każdego dnia, a czasem co kilka godzin, słyszymy inne deklaracje.
— Gdy sytuacja z Iranem wygląda źle, administracja potrzebuje sukcesu, a niektórzy urzędnicy wciąż naiwnie wierzą, że i Kuba padnie tak łatwo jak Wenezuela. Tak się nie stanie — ocenił Armstrong. — Kuba to zupełnie inny kraj — podsumował.
Kryzys na horyzoncie
W kubańskiej pamięci zbiorowej istnieje jeszcze jedna data związana z interwencją USA. W kwietniu 1961 r. — rok przed kryzysem kubańskim, który postawił wyspę w centrum jednego z najbardziej dramatycznych zimnowojennych starć jądrowych między USA a ZSRR — CIA wsparła inwazję mającą na celu obalenie komunistycznych władz Castro w pierwszych latach rewolucji.
Słynna inwazja w Zatoce Świń zakończyła się fiaskiem. Amerykańskie lotnictwo nie pojawiło się na czas, a kontrrewolucjoniści zostali rozgromieni. Wzmocniło to przekonanie Hawany, że potrafi stawić czoło interwencji USA.
Jednak w ciągu ostatnich 65 lat wiele się zmieniło i dziś okoliczności sprzyjają Waszyngtonowi.
— Nowoczesna technologia oraz bliskość Kuby sprawiają, że mamy do czynienia z sytuacją zupełnie inną niż w czasach Zatoki Świń — mówił w rozmowie z „Newsweekiem” Evan Ellis, profesor studiów nad Ameryką Łacińską w Strategic Studies Institute przy U.S. Army War College, wcześniej członek zespołu ds. Ameryki Łacińskiej w Departamencie Stanu USA.
— Kuba to stosunkowo niewielki kraj, położony bardzo blisko Stanów Zjednoczonych i otoczony przez amerykańskie siły wojskowe oraz systemy nadzoru — tłumaczył Ellis. — Nawet bardziej niż w przypadku Wenezueli, dzięki zdjęciom satelitarnym, wywiadowi radiowemu i innym technologiom, zanim na miejscu pojawią się operatorzy, USA już mają ogromną kontrolę nad każdym obiektem, osobą czy strukturą rządową i wojskową na wyspie.
W odróżnieniu od Iranu, jak zauważył, położenie i rozmiar Kuby „dają prezydentowi możliwość pojmania lub wyeliminowania kolejnych szczebli przywództwa, aż znajdą osoby skłonne do współpracy”.
— Trzeba oddać prezydentowi Trumpowi, że tacy liderzy jak sekretarz stanu Rubio doskonale znają specyfikę Kuby i mają silną determinację, by rozwiązać ten problem — podsumował Ellis. — Przy kalkulacji, jak daleko USA mogą się posunąć w kwestii sankcji czy ewentualnej interwencji zbrojnej, kubańskie władze doskonale zdają sobie sprawę, że znajdują się dokładnie pomiędzy Iranem a wyborami do Kongresu USA w listopadzie 2026 r.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

