Wszystko wskazuje na to, że to reżim ajatollahów zdecyduje o tym, kiedy skończy się wojna na Bliskim Wschodzie. Efektem ubocznym konfliktu może być dalsze osłabienie, a nawet rozpad NATO.

Po dwóch tygodniach chaotycznej operacji w Iranie można śmiało zaryzykować tezę, że Stany Zjednoczone nie wygrają tej wojny w sposób, w jaki zakładały 28 lutego, zaś irański reżim nie tylko przetrwa, ale jeszcze utwardzi się w kwestiach dla siebie zasadniczych.

Mimo miażdżącej przewagi militarnej Amerykanom i Izraelczykom nie udało się jak dotąd zniszczyć irańskiego potencjału odwetowego. Tymczasem cała strategia obronna Teheranu opiera się na podnoszeniu kosztów wojny – poprzez uderzenia dronowe i rakietowe na amerykańskie bazy w regionie i obiekty infrastrukturalne arabskich sojuszników USA.

Absolutnie kluczowe okazało się zablokowanie cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi 20 proc. światowego handlu ropą naftową. Spowodowało to wzrost cen ropy i gazu na świecie. „Wunderwaffe” ajatollahów nie są wcale pociski balistyczne (Iran ma ich kilkadziesiąt rodzajów) czy szybkie drony, ale widmo kryzysu energetycznego porównywalnego z tym w latach 70. Im bardziej drożeje ropa i szybciej kurczą się jej strategiczne zapasy w USA, Azji i Europie Zachodniej, tym większe są szansę na to, że „Epicka furia” zmieni się w epicką porażkę.

Nie zmieni tego na korzyść USA nawet operacja lądowa z użyciem żołnierzy piechoty morskiej z Okinawy, których skierowano w region konfliktu. Taki desant oznaczałby spore straty w ludziach, zaś w odróżnieniu od Putina Trump musi się liczyć z efektem „stalowych trumien”, które popłynęłyby wówczas wartkim strumieniem do USA.

Iran sparaliżował ruch w Cieśninie Ormuz w bardzo sprytny sposób i niewielkim kosztem – przy pomocy szantażu i gróźb użycia dronów powietrznych oraz szybkich łodzi motorowych i dronów morskich, ukrytych gdzieś w wykutych w skałach bazach sił morskich Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Trump zgrzeszył pychą – nie docenił ani determinacji, ani potencjału przeciwnika. Nie zwiększył przed uderzeniem rezerw strategicznych paliw tak, aby móc przedłużać operację bez ryzyka kryzysu paliwowego. Nie zgromadził też na wodach Zatoki Perskiej odpowiedniej liczby okrętów, by Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych mogła sama eskortować tankowce. W konsekwencji został zmuszony do zwrócenia się o pomoc do sojuszników przy patrolowaniu kluczowego akwenu.

Prezydent USA poinformował o tym w telefonicznym wywiadzie dla „Financial Times”. Tłumaczył, że w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, Europa i kraje Azji Południowej i Wschodniej są uzależnione od importu ropy z Zatoki Perskiej. – To stosowne, żeby ci, którzy czerpią korzyści z cieśniny, pomogli zapewnić, by nie stało się tam nic złego – powiedział. – Jeśli nie będzie odpowiedzi albo odpowiedź będzie negatywna, myślę, że to będzie bardzo złe dla przyszłości NATO – dodał.

Zabrzmiało to, jak szantaż – „nie przyślecie okrętów, rozważę wycofanie USA z NATO”. Słowa te trzeba brać na poważnie, zważywszy, że w przeszłości Trump niezbyt pochlebnie wypowiadał się na temat Sojuszu, zaś wiceprezydent J.D Vance przekonywał, że Europa musi zadbać sama o siebie. Dla krajów takich jak Polska, które w Sojusz Północnoatlantycki postrzegają jako gwaranta bezpieczeństwa, rozpad NATO wydaje się political-fiction, ale niczego wykluczyć nie można. Trump nigdy nie był fanem systemu kolektywnej obrony. Przed zeszłorocznym szczytem Paktu w Hadze wielu analityków zastanawiało się, czy nie będzie to ostatnie tego rodzaju spotkanie.

W rozmowie z dziennikarzem „FT” prezydent USA nie ukrywał sceptycyzmu co do reakcji sojuszników z Zachodu. – Mamy coś, co nazywa się NATO. Byliśmy bardzo mili. Nie musieliśmy pomagać im z Ukrainą. Ukraina jest tysiące mil od nas. (…) Ale pomogliśmy im. Teraz zobaczymy, czy oni pomogą nam. Bo od dawna mówię, że będziemy dla nich, ale oni nie będą dla nas. I nie jestem pewien, czy byliby – tłumaczył. Na pokładzie Air Force One w drodze z rezydencji na Florydzie do Waszyngtonu ujawnił, że prowadzi rozmowy z około siedmioma krajami, ale nie wymienił ich nazw. Eksperci uważają, że chodzi m.in. o Wielką Brytanię, Francję, Japonię, Koreę Południową i być może także największego rywala USA – Chiny. Polska nie ma marynarki wojennej, która byłaby w stanie operować poza Bałtykiem, ale szef polskiego MSZ wypowiedział się w tej kwestii w sposób jak na siebie niezwykle dyplomatyczny. – Jeżeli pojawi się wniosek do NATO, by dyskutować o ochronie cieśniny Ormuz, to z uwagi na szacunek i sympatię dla naszego amerykańskiego sojusznika będziemy to rozważać – powiedział w Brukseli Radosław Sikorski.

Sojusznicy nie kwapili się z pomocą. Niemcy, Grecja i Wielka Brytania wykluczyły swój udział w działaniach w cieśninie Ormuz. W nocy z poniedziałku na wtorek polskiego czasu Trump niespodziewanie zmienił zdanie w tej sprawie. — Nie naciskam ich, bo uważam, że niczego nie potrzebujemy. Jesteśmy najsilniejszym krajem na świecie, mamy zdecydowanie najsilniejsze siły zbrojne — powiedział. Co więcej, przekonywał, że jego apel był swego rodzaju testem, który sojusznicy oblali: „Nie potrzebujemy ich. W niektórych przypadkach robię tak, nie dlatego że ich potrzebuję, ale żeby sprawdzić, jak zareagują. Od lat mówią, że jak będziemy ich potrzebowali, to nam nie pomogą”.

Niekorzystna dla USA sytuacja w cieśninie Ormuz to tylko jeden z dowodów na to, że wojna wymyka się Trumpowi spod kontroli (zakładając, że przystępując do niej, miał jasne cele, co nie jest pewne). Po przejściu w tryb przywództwa zombie (nikt nie wie, w jakim stanie jest nowy najwyższy przywódca i czy jest w stanie kierować krajem) reżim nie tylko otrząsnął się, ale okrzepł i odzyskuje kontrolę nad sytuacją. Im dłużej udaje się przetrwać rządzącym, tym bardziej wierzą w to, że wyjdą z tego zwycięsko, co sprawia, że stają się asertywni. Bez względu na to, jak uzasadniłby zakończenie operacji Trump, „zwycięstwem” będzie dla nich zaprzestanie przez sojusz amerykańsko-izraelski działań bojowych bez wymuszenia na reżimie koncesji w sprawie programu nuklearnego czy budowy rakiet balistycznych.

Wojna stała się kosztowna, bo idąca już w dziesiątki miliardów dolarów grą w kotka i myszkę. Celem ataków są obiekty wojskowe i infrastruktura reżimu, ale to zadanie na tygodnie, jeśli nie miesiące, bo IRGC ma bardzo rozproszoną i zdecentralizowaną strukturę i bazy we wszystkich prowincjach. Siły powietrzne USA i Izraela systematycznie niszczą naziemne, mobilne wyrzutnie pocisków rakietowych oraz dronów i podziemne magazyny, gdzie ten arsenał jest przechowywany – tzw. „rakietowe miasta”. Wbrew deklaracjom Trumpa, który zarzeka się, że w Iranie „zniszczono już wszystko, co było do zniszczenia”, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej prowadzi wciąż odwetowy ostrzał rakietowy.

Jak dotąd Amerykanom nie udało się zrealizować żadnego z prawdopodobnych celów operacji. Kurdowie, zachęcani, a potem zniechęcani przez Trumpa do przyłączenia się do działań wojennych, czekają na rozwój wydarzeń w bazach. Reżim został pozbawiony części przywództwa, ale ma się całkiem dobrze. Okazało się, że jest jak hydra – potwór o wielu głowach, które odrastają po ścięciu. Szanse na wybuch powstania przeciw ajatollahom, do którego nawoływał Trump, w zasadzie spadły do zera. Ulice Teheranu i większych miast opanowali zwolennicy reżimu, zaś IRGC grozi, że wszyscy demonstranci zostaną potraktowani jako sprzyjający wrogom i zabici. Wiele wskazuje na to, że Republika Islamska przetrwa i to jej przywódcy — których zdaniem Trumpa już nie ma — zdecydują o końcu wojny.

W Pentagonie i Białym Domu trwają teraz gorączkowe prace nad rewizją strategii operacji w Iranie. Z informacji, które przeciekają do amerykańskich mediów, wynika, że horyzont czasowy wydłuża się z 3-4 tygodni do 3 miesięcy. Tymczasem im dłużej trwa ta wojna bez wyraźnych sukcesów, tym bardziej zwiększają się szanse na porażkę Republikanów w wyborach połówkowych w listopadzie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version