Elektryfikacja zmieni każdego w energetyczną wyspę. Domowa samowystarczalność w zakresie energii była do niedawna czymś między naiwną fantazją a kosztownym kaprysem. Dziś leży ona w zasięgu ręki coraz większej liczby Polaków, którzy mogą na niej sporo zaoszczędzić.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Sprawy poruszane w niniejszym artykule jeszcze 15 lat temu można byłoby włożyć między bajki. Wtedy bowiem, czyli w roku 2011, przeciętny Polak, chcąc ogrzać swój dom, musiał opalać kocioł węglowy. Żeby ugotować sobie obiad, potrzebował gazu — z sieci lub butli. Jego samochód spalał najczęściej benzynę lub olej napędowy. Z kolei magazynowanie energii w warunkach domowych mogło odbyć się poprzez odłożenie stosownej liczby drewnianych szczap przy kominku.

Dziś rolę wszystkich tych nośników energii przejmuje elektryczność. Za ogrzewanie domu coraz częściej odpowiada pompa ciepła, w kuchni działają elektryczne płyty grzewcze lub indukcyjne, samochód może być na baterie i działać także jako przydomowy magazyn energii. A wszystko to zasilić można elektrycznością własnej produkcji — generowaną na dachu, z paneli fotowoltaicznych. Czy zatem Polska idzie w kierunku głębokiej decentralizacji energetycznej i milionów niemalże autarkicznych systemów? Wiele na to wskazuje.

Wiek XXI przyniósł światu kolejną globalną rewolucję przemysłową — chodzi o transformację energetyczną polegającą na odchodzeniu od paliw kopalnych. Proces ten pod wieloma względami przypomina poprzednie rewolucje industrialne, choć różni go od nich przede wszystkim zawrotne tempo. Jednakże widać tu ten sam mechanizm „skapywania” rozmaitych rozwiązań z pułapu największych graczy prosto w ręce jednostek. I tak miliardy dolarów inwestowane przez całe państwa i wielkie koncerny w bezemisyjne technologie na poziomie przemysłowym zaczynają przekładać się na taniejące rozwiązania, które mogą zrewolucjonizować życie zwykłego Kowalskiego. Mało tego: zwykli obywatele zaczynają dołączać do powszechnego trendu gospodarczego — elektryfikacji.

Żeby zrozumieć ten fenomen, wystarczy spojrzeć na podstawowe dane. Dla przykładu: zaledwie w siedem lat w Polsce powstało ok. 1,5 mln instalacji prosumenckich, tj. takich, w których jednocześnie produkuje i konsumuje się energię elektryczną. To pokłosie programu Mój Prąd, dzięki któremu Polacy zbudowali ponad 25 GW mocy w fotowoltaice (to więcej, niż działa w całej Afryce). Ta zmiana była możliwa dzięki gwałtownemu spadkowi cen paneli fotowoltaicznych. Jeszcze w 2010 r. 1 wat mocy słonecznych kosztował ponad 2 dol. Dziś kosztuje mniej niż 10 centów, dzięki czemu fotowoltaika pojawia się już praktycznie wszędzie — nie tylko na dachach domów czy budynkach firm, ale także na balkonach blokowisk.

Podobnie potoczyły się losy baterii. Samo ogniwo bateryjne do przemysłowego magazynu energii kosztuje obecnie ok. 75 dol. za 1 kWh. Żeby umiejscowić je w działającej jednostce, trzeba wydać kolejne 50 dol. Oznacza to, że koszt 1 kWh pojemności przemysłowego magazynu energii to niecałe 450 zł. Tymczasem jeszcze 10 lat temu za taką samą kilowatogodzinę płaciło się 5,5 tys. zł. Oczywiście mowa tu o kosztach dla projektów wielkoskalowych — przydomowe magazyny są droższe. Niemniej ceny jednostek o pojemności 5 kWh (to mniej więcej tyle, ile dziennie konsumuje średnie polskie gospodarstwo domowe) zaczynają się już od kilku tysięcy złotych.

Tanie baterie to także coraz tańsze samochody elektryczne. Pojazdy te przestały być zabawkami dla bogaczy, a stały się realnymi konkurentami aut spalinowych w wielu segmentach. Najtańsze nowe osobowe elektryki kosztują w Polsce już nieco poniżej 80 tys. zł, w ofertach leasingowych czy wynajmu często okazują się bardziej opłacalne niż spalinowe odpowiedniki, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę możliwość oszczędzania na ładowaniu. I tak, w ciągu zaledwie 5 lat (2021-2026) liczba zarejestrowanych w Polsce samochodów elektrycznych wzrosła 10-krotnie.

Stabilny rozwój i spadek cen widać na wielu polach.

— W segmencie technologii elektrycznego ogrzewania — w 2025 r. Polacy kupili np. ok. 80 tys. pomp ciepła.

— W elektrycznej mikromobilności — powszechnym widokiem na ulicach są rowery i hulajnogi elektryczne.

— W powszechności punktów ładowania elektroaut — jest ich 10 razy więcej, niż było na początku 2020 r.

Mówiąc krótko: Polska się elektryfikuje. I bardzo dobrze, bo niesie to ze sobą szereg korzyści.

Przechodzenie na energię elektryczną połączone ze zwiększaniem możliwości jej wsobnej produkcji to kierunek strategiczny, jaki obrały zarówno Unia Europejska, jak i Chiny. Kurs ten jest podyktowany chęcią obniżenia emisji gazów cieplarnianych poprzez ograniczenie zużycia paliw kopalnych — a co za tym idzie istotne zmniejszenie kosztownych importów tych nośników energii oraz uzależnienia od ich ciągłych dostaw. Zwykli obywatele idący w kierunku elektryfikacji mogą — toutes proportions gardées — również odczuć istotne korzyści z tego procesu.

Benefity zaczynają się już na poziomie podstawowego bezpieczeństwa. Możliwość własnej produkcji oraz magazynowania energii zasilającej praktycznie wszystkie codzienne potrzeby chroni przed takimi sytuacjami, jak np. blackout — ryzyko tego rodzaju awarii stale trzeba brać pod uwagę. Po drugie, poleganie na autokonsumpcji elektryczności zmniejsza zależność od kopalin oraz wahań ich cen — co chroni np. przed zawirowaniami na rynku gazu, paliw płynnych czy węgla, jakich było sporo w ostatnich latach. Odejście od kopalnych nośników energii przekłada się również na zmniejszenie zanieczyszczeń wchodzących w skład smogu. Przejście na zelektryfikowane urządzenia domowe może też poprawić jakość życia — czyli np. zakończyć czasochłonne obowiązki związane z rozpalaniem w kotłach i piecach.

Ale elektryfikacja to oczywiście także korzyści finansowe. Przeciętne gospodarstwo domowe, które wyposaży się w instalację fotowoltaiczną, pompę ciepła oraz magazyn, może w skali roku obniżyć rachunki za energię nawet o kilka tysięcy złotych. Co więcej, w przypadku używania samochodu elektrycznego ładowanego w takim domu oszczędności na paliwie mogą wynieść kolejne kilka tysięcy złotych rocznie, w zależności od przebiegu.

Jednakże, żeby elektryfikacja była powszechna i naprawdę korzystna, potrzebne jest istotne obniżenie cen energii. Nic bowiem nie zachęca tak do przechodzenia na urządzenia elektryczne jak tani prąd. I tu zaczyna się problem — bo (odkładając na bok kalkulacje związane z własną, przydomową instalacją generacyjną) elektryczność w Polsce jest relatywnie droga. Jeśli chodzi o ceny za kWh dla gospodarstw domowych, to w Unii Europejskiej w ujęciu parytetu siły nabywczej więcej za prąd od Polaków płacili wyłącznie Czesi. Tymczasem rząd mógłby prosto zmienić tę sytuację — wystarczy np. obniżyć stawki opłat dystrybucyjnych, co jest rozwiązaniem już od dawna postulowanym przez ekspertów, zawartym także w projekcie prezydenckiej ustawy w tym zakresie. Podobnie można postąpić z obecną stawką podatku VAT. Warto również rozważyć wprowadzenie nowych, atrakcyjniejszych taryf dla użytkowników pomp ciepła czy samochodów elektrycznych. Naprawdę niewiele trzeba, by przez Polskę przetoczyła się nowa fala elektryfikacji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version