„Referendum, referendum” przy takich krzykach władze Warszawy wyjaśniały, co robią w sprawie Szpitala Południowego. Widownia nie dostała tego, co chciała, czyli politycznej egzekucji, ale show i tak było. Warszawski samorząd nie przekonał nieprzekonanych, a opozycja zamierza zrealizować polityczny plan na wakacje, czyli spróbować odwołać prezydenta stolicy.
Rada Warszawy zebrała się na specjalnej sesji, żeby porozmawiać o Szpitalu Południowym. Zaczęło się od wniosków PiS o odwołanie wiceprezydentów miasta i szefowej rady Warszawy radnej Ewy Malinowskiej-Grupińskiej, która wg tego, co twierdzą politycy PiS, miała korzystać z uprzejmości Dawida Kacprzyka i przebywać w „saloniku VIP”. Radna twierdzi, że to nieprawda i nigdy tam nie była. Po mniej więcej godzinie awantury na posiedzeniu rady miasta pojawił się Rafał Trzaskowski. Prezydent stolicy wystąpił w sprawie szpitala, ale szczerze mówiąc, nie usłyszeliśmy niczego nowego. W szpitalu przez trzy lata było 40 różnych kontroli, od NIK począwszy, a na sanepidzie kończąc. Audyt zarządzony przez miasto potrwa do 11 czerwca.
Trzaskowski: to musi zostać wyjaśnione do spodu
— Sprawa, o której dzisiaj rozmawiamy, jest niesłychanie poważna, ponieważ padają zarzuty dotyczące spraw fundamentalnych: bezpieczeństwa pacjentów, standardów leczenia i ludzkiego życia. Dlatego chcę powiedzieć bardzo jasno: to musi zostać wyjaśnione do spodu, bez żadnych „ale”, bez zamiatania czegokolwiek pod dywan, bez ochrony kogokolwiek ze względu na funkcje, znajomości czy też polityczne powiązania (…) Jeżeli te zarzuty się potwierdzą, osoby odpowiedzialne, wszystkie osoby odpowiedzialne muszą ponieść konsekwencje — mówił Trzaskowski.
— Jeżeli okażą się nieprawdziwe, konsekwencje powinni ponieść także ci, którzy je formułują. Bo w takiej sprawie nie ma miejsca ani na bezkarność, ani na rzucanie oskarżeń, które mogą zniszczyć zaufanie pacjentów do szpitala — stwierdził prezydent Warszawy.
Na razie ustalono tyle, że w szpitalu nie działał prawidłowo system ewidencjonowania czasu pracy lekarzy, co umożliwiało różnego rodzaju nadużycia. Dość zabawne jest powtórzone stwierdzenie, że „w szpitalu nie było żadnego formalnego pokoju VIP”.
No właśnie o to chodziło, że go nie było, bo pan Dawid sam go sobie stworzył. Wydaje się, że tak dojrzały polityk, jak Rafał Trzaskowski powinien rozumieć mechanizm, w którym młody lekarz-radny chce sobie nabić punkty u starszych kolegów, którzy mogą mu dopomóc w karierze politycznej i okazuje im specjalne względy, kiedy trafią do niego na SOR. Najwyraźniej jednak nie rozumie, skoro powtarza, że formalnie nic takiego nie miało miejsca. Tłumaczył także, jak to się stało, że dr Jędrzejewski przysłał mu SMS, a potem nic się nie wydarzyło w tej sprawie.
— Wiemy, że doktor Jędrzejewski zwrócił uwagę na pewne nieprawidłowości. Został poproszony przez szpital o to, żeby uzupełnił swoje wątpliwości i odpowiedział na pytania. Do formalnego uruchomienia procedur potrzebny jest podpis, co nie zostało zrobione — tłumaczył Trzaskowski.
— To nie jest droga zawiadamiania prezydenta miasta, żeby wysyłać do niego SMS-y czy pisać maile, jeśli sprawy są tak poważne. Ta informacja do mnie nie dotarła. Gdyby jakikolwiek formalny sygnał został zignorowany przez urzędników, wyciągnąłbym konsekwencje. Nie znaleźliśmy takich śladów — mówił.
Zandberg: to nie było poważne
Potem przez ponad godzinę wiceprezydent Renata Kaznowska wykończyła wszystkich zebranych na sali i nie tylko odczytywaniem tego, jak działa ochrona zdrowia w stolicy. Ale nie były to wyniki żadnych kontroli czy audytów, a głównie regulaminy i dane statystyczne.
— Ktoś powołujący się na to, że tutaj zadzwonił do Renaty, tutaj spotkał się z Rafałem, nie mógłby funkcjonować bez wsparcia politycznego. Gdyby cała afera dotyczyła Prawa i Sprawiedliwości, to pan Dawid dawno już byłby w areszcie, a pan prezydent stałby przed wnioskiem o aresztowanie za przewodzenie zorganizowanej grupie przestępczej. Takie standardy państwa prawa obecnie funkcjonują — krzyczał radny Dariusz Figura z PiS.
Na warszawską mównicę wyszli także posłowie z Warszawy: PiS, Lewicy, Razem, KO — każde, żeby pokazać, jak bardzo na sercu leżą im sprawy miasta.
— Moje pytanie nie brzmi, panie prezydencie, czy będą dymisje. Moje pytanie brzmi: dlaczego jeszcze nie ma dymisji? Usłyszeliśmy dzisiaj wykład z kodeksu spółek handlowych i opowieści o mleku dla niemowląt zamiast wyjaśnienia sprawy. To nie było poważne wobec mieszkańców — mówił Adrian Zandberg, poseł partii Razem, w trakcie wystąpienia na sesji Rady Warszawy.
— Jakie konsekwencje zostały wyciągnięte wobec dyrektora szpitala, który dowoził Jarosławowi Kaczyńskiemu kule, który zamknął połowę oddziału, kiedy Jarosław Kaczyński tam gościł? Jakie konsekwencje zawodowe, ale również polityczne zostały wyciągnięte w Lublinie, gdzie pan Przemysław Czarnek odwiedzał swoją babcię w czasie covidu, kiedy nikt inny nie mógł tam wchodzić? Jakie konsekwencje zostały wyciągnięte wobec pani marszałkini Witek i osób, które nadzorowały szpital, kiedy jej mąż zajmował w sposób nieuprawniony miejsce na OIOM-ie przez dwa lata? Te pytania są bez odpowiedzi, bo żadnych konsekwencji nie było — oświadczyła posłanka KO Dorota Łoboda.
„Warszawa to jest specyficzny teren”
Całej tej imprezie towarzyszyły okrzyki „referendum, referendum”. Opozycja bowiem zaczęła marzyć, że w Warszawie może powtórzyć się Kraków. Jest już nawet strona Stołeczna Operacja Referendalna (skrót SOR) o zbieraniu podpisów pod wnioskiem referendalnym. Tak na wszelki wypadek organizatorzy zaplanowali akcję na połowę lipca, dość brawurowo, bo warszawiacy akurat wtedy bywają na wakacjach, ale może organizatorzy liczą na to, że akurat ci, co zostaną, nie głosują na KO.
Ciekawe jest, że partnerem tej akcji jest najbardziej hejterskie warszawskie medium Portal Warszawski, którego właściciel (przedstawia się jako redaktor naczelny) został dwa razy skazany za pomówienia kierowane wobec aktywistów miejskich. Był też kandydatem Kukiz’15 na radnego. Nie udało mu się zdobyć mandatu, dostał 250 głosów. Ale w czasach TVP Kurskiego bywał komentatorem telewizyjnym, a jego przedsięwzięcie dostawało nawet pieniądze ze spółek Skarbu Państwa. To trochę realnej opozycji miesza szyki, bo naprawdę nikt nie chce być łączony akurat z takim zapleczem. Zresztą PiS jest dość sceptyczne w tej sprawie.
— Boję się o porażkę, bo jednak Warszawa to jest specyficzny teren — mówi nam jeden z warszawskich polityków największej partii opozycyjnej.
— W dodatku my tu mamy bardzo słabą strukturę, a do tego nakłada się, że prezes chyba nie przepada za Kaletą (Sebastian Kaleta jest szefem warszawskiego PiS — red.) — słyszymy.
Wszelkie próby przeprowadzenia w Warszawie referendum odwołującego prezydenta z PO zawsze kończyły się porażką. Przeważnie już na etapie zbierania podpisów. Potrzeba ich niby tylko około 130 tys., żeby referendum zostało rozpisane, ale to i tak przerasta organizatorów. W dodatku warszawiacy naprawdę dobrze oceniają prezydenta Trzaskowskiego. Na bieżąco pyta o to Barometr Warszawski i tam pozytywne oceny prezydenta utrzymują się od bardzo dawna powyżej 55 proc. Warszawiakom dobrze się żyje i mają zaufanie do władz miasta.
— Wiem, że sukces jest co najmniej mało prawdopodobny, ale jak się znajdzie dobry moment, to można go trochę postraszyć — śmieje się nasz rozmówca z warszawskiej listy PiS. — Ta afera naprawdę sprawiła, że KO też w mieście się wystraszyła, że im spadnie o te parę punktów — mówi „Newsweekowi”.
Rafał Trzaskowski w stolicy jest nie do ruszenia. Opozycja może zmobilizować swoich wyborców i to na progu kampanii wyborczej zawsze niezły pomysł, żeby, jak lubi mawiać prezes, „podciągnąć tabory”. Jednak jeśli idzie się do walki z poczuciem, że będzie to bezsensowny zryw, to chyba nie ma specjalnego sensu. Dlatego od wielu polityków PiS słyszymy, że na razie sprawę trzeba zostawić aktywistom. Oni nie mają nic do stracenia.

