PiS rozpoczyna ofensywę, Jarosław Kaczyński ma dostarczać amunicji Przemysławowi Czarnkowi. Z wewnętrznych badań, których wyniki poznaliśmy, wyłania się niezbyt korzystny dla partii obraz. Z jednej strony poparcie dla PiS jest wyższe niż w ogólnodostępnych sondażach. Ale z drugiej sztabowcy przyznają, że zawiedzionych PiS jest legion. I mają dokąd pójść.

Kierowca w szoku. Asystentka w szpitalu. Samochód do kasacji. — Przemek OK — tak tuż po wypadku z udziałem samochodu, którym jechał kandydat PiS na premiera, mówili ludzie z jego otoczenia. Czarny Volkswagen PiS po zderzeniu z innym autem, które wymusiło pierwszeństwo, wylądował na słupie.

Jeśli Przemysław Czarnek nie zacznie wyciągać PiS z dołka sondażowego, to nie będzie z nim OK. Na Nowogrodzkiej zapadła decyzja, że musi dodać gazu w swojej prekampanii wyborczej.

Do tej pory profesor z Lublina był obwoźnym kandydatem, który spotykał się z ludźmi, ale nie miał dla nich żadnych konkretów. Jego prekampanię rozbijał wewnątrzpartyjny konflikt z Mateuszem Morawieckim, a brak obietnic pchał go w krasomówcze popisy i wpadki, które go tylko ośmieszały.

Człowiek z otoczenia Czarnka: — Wtopy? Tu dużą robotę wykonali wrogowie Czarnka. Przecież to oczywiste, że była operacja ludzi Morawieckiego, by skompromitować Przemka. Teraz Mateusz się wyciszył, ale nie mam wątpliwości, że znów będzie kąsał.

Do dziś w partii z drwiną wypominają Czarnkowi „OZE-sroze” i miotanie się, czy zdejmie panele fotowoltaiczne ze swojego dachu (a właściwie z dachu domu swojej żony), czy jednak nie. Czarnek sam sobie fundował takie wtopy.

Wielokrotny sztabowiec PiS: — Najbardziej nam rosło, jak nic nie robiliśmy. Platformie będzie spadać, bo partia władzy się męczy. My musimy przestać się sami wyrzynać i głupio gadać, a wtedy PiS będzie rosło.

Recepty, by nic nie robić i korzystać z tego, że władza gnije, jednak w PiS długo nie ordynowano. A teraz Czarnek dostał zgodę, by składać publicznie różne obietnice oznaczające wydatki z budżetu państwa, a jednocześnie w obóz władzy uderzyła afera w warszawskim szpitalu.

PiS dostało prezent, o jakim nawet nie marzyło: aferę w Szpitalu Południowym. Ta placówka to duma prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego — miasto ten szpital wybudowało, w pandemii przejął go rząd PiS, jednak po sądowych bojach Trzaskowskiemu udało się go odzyskać i zaczął działać. Ale obsiedli go ludzie związani z Koalicją Obywatelską: była wiceminister zdrowia w rządzie PO-PSL Anna Łukasik była dyrektorką (właśnie została odwołana), a w radzie nadzorczej zasiadają samorządowcy związani z Koalicją. Koordynatorem — a de facto szefem SOR, choć nie miał wymaganej specjalizacji — został radny KO w dzielnicy Ursus Dawid Kacprzyk. Młody lekarz z partyjną legitymacją zarobił w rok 1,6 mln zł. Jak twierdził serwis Zero, w placówce mieli być przyjmowani z pominięciem kolejki politycy KO. Kacprzyk pod presją odszedł z partii, złożył mandat radnego i zwrócił pół miliona złotych szpitalowi.

To polityczne złoto dla PiS, w sytuacji, gdy ochrona zdrowia jest w zapaści, a badania dla szeregowych pacjentów są odwoływane. — To jest coś, czego nie da się spier… — mówi sztabowiec PiS.

Politycy z Nowogrodzkiej dostali świeże badania. PiS ma (to dane bez niezdecydowanych) 30 proc., a KO 33 proc. W ostatnich paru tygodniach to wzrost o ok. 2 pkt proc. Analitycy PiS uznali, że największe zagrożenie to dziś Grzegorz Braun, do którego odpływają wyborcy uznający partię Kaczyńskiego za miękiszonów. Bo Braun rośnie w siłę, a prezes PiS wyklucza z nim koalicję. Patrząc na średnie z badań (za ewybory.eu) publikowanych w mediach, widać, że PiS odbiło się od dna, które osiągnęło w lutym. Tyle że o zaledwie 1 pkt proc. — więc to ruchy robaczkowe, a nie wyraźny trend.

Polityk PiS z Nowogrodzkiej: — Liczymy, że Przemek utrzyma tempo wzrostu. Będzie dostawał od Kaczyńskiego amunicję, tę programową. Jesienią powinien nas wyciągnąć do 34 proc. Wtedy powinna być mijanka z Donaldem Tuskiem.

Niby jest gdzie łowić, bo — co pokazały wybory prezydenckie — prawicowych wyborców jest nieco więcej, ale na Nowogrodzkiej szykują się na mozolne ciułanie każdego promila. — Policzyliśmy, że w sumie ludzi, którzy kategorycznie nie wykluczają, że mogliby zagłosować na PiS, jest 53 proc. To dużo, ale oni teraz wolą Brauna, Bosaka albo Mentzena — mówi o suficie poparcia dla partii wieloletni sztabowiec.

Inny: — Cudów nie będzie. Jest wielu wyborców zawiedzionych PiS i musimy ich przekonywać.

Afera w szpitalu przykryła ofensywę PiS. Nowogrodzka przygotowała program dla Czarnka, którym ma odbijać wyborców promil po promilu.

Polityk PiS z jądra partii: — Zaczęliśmy etap programowy. Główne obietnice trzeba będzie wbić ludziom do głów.

To 21 punktów. Plan Nowogrodzkiej zakłada, że do końca tego roku Czarnek pokaże wszystkie.

Polityk PiS: — Kaczyński podejmuje wszystkie najważniejsze decyzje w kampanii Czarnka. Sztab szykuje pomysły, przychodzi do prezesa, a Jarosław mówi, które punkty wchodzą do „planu Czarnka” i które z nich odpalamy teraz, a które w kolejnym miesiącu. Do końca roku wszystkie propozycje programowe powinny już być przedstawione.

Człowiek z PiS: — W zasadzie program jest napisany w 90 proc. Oczywiście do samego końca będą do niego wpadać jakieś punkty. Ale już teraz wybieramy z niego smaczki. W 2023 r. popełniliśmy błąd, bo mieliśmy program, który był księgą, ale konkretów nie było. A teraz wybieramy rodzynki.

Program PiS to tradycyjnie gruba księga — ma 300-400 stron. Zawiera diagnozę, wywody o dokonaniach poprzednich rządów partii, socjologiczne popisy. Żadna inna partia nie pisze tak opasłych programów. Kaczyński jest przywiązany do takiej formy, nawet jeśli jego współpracownicy uznają, że to pozbawione sensu, a wręcz ryzykowne. Mało kto w ogóle czyta programy w całości, a jeśli już, to z intencją, by upolować potknięcia.

Z tej programowej pulpy wyciągnięto 21 punktów. Każdy z nich jest zaakceptowany przez Kaczyńskiego.

Na spotkaniu w Kaliszu Czarnek mówił o trzech punktach. Mniej więcej co miesiąc ma ogłaszać kolejne trzy.

Pierwszy: wypowiedzieć uczestnictwo w unijnym systemie ETS (opłat za emisje CO2) — to postulat stary i stosunkowo trudny do wytłumaczenia. Drugi: „srebrna praca”, czyli zwolnienie z PIT, składek emerytalnych i rentowych wynagrodzeń emerytów do poziomu 2500 zł netto. I trzeci, najważniejszy: podniesienie drugiego progu podatkowego ze 120 do 180 tys. zł (w przypadku rozliczania małżonków — 360 tys. zł). Wpadanie w drugi próg (ze stawki 12 do 32 proc.) jest bolesne, bo pensja topnieje pod koniec roku. Dzięki zmianie progu można by zachować w portfelu do 12 tys. zł rocznie. Koszt dla budżetu państwa: ok. 25 mld zł rocznie.

Polityk PiS: — Trzeba było rzucić szybko podniesienie drugiego progu, bo temat zaczął krążyć w koalicji rządzącej, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i PSL chcieli podwyższać. Czarnek wszedł i zagarnął temat.

Na Nowogrodzkiej analizowano, co zaproponować klasie średniej, aby ją zdemotywować do głosowania na Koalicję Obywatelską. I jak odwieść od głosowania na Konfederację. Uznano, że podwyższenie progu będzie wycelowane w ten elektorat.

W centrali PiS działają małe zespoły programowe zajmujące się poszczególnymi zagadnieniami. Co ciekawe, w sprawach gospodarczych Kaczyński czerpie pomysły od Sasina i jego otoczenia oraz od grupy Morawieckiego. A te frakcje ze sobą konkurują — jest między nimi szczera nienawiść. — Ale prezes to akurat lubi, bo ma różne spojrzenia — słyszymy od współpracownika prezesa.

Człowiek z jądra PiS: — Postulat podniesienia drugiego progu do 180 tys. zł rezonuje nam dobrze w każdej grupie wyborców. W elektoracie Konfy, PSL, Brauna, nawet w elektoracie PO. W tej sprawie jesteśmy wiarygodni, bo już raz podnieśliśmy tę kwotę. Możemy to wprowadzić z dnia na dzień po przejęciu władzy. To jest nasz gamechanger.

Ten optymizm jest przedwczesny. Postulat dotyczy około 2,5 mln osób. Efekt nie byłby więc tak powszechny jak choćby w przypadku 500 plus, ale to gra o newralgiczny elektorat.

Sztabowiec: — Badaliśmy, czy możemy obiecać podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł. To za drogie, kosztowałoby z 60 mld zł.

To był postulat Koalicji Obywatelskiej w 2023 r. Ale premier Tusk odłożył tę obietnicę na półkę.

W PiS wiedzą, że kasa jest bardzo ograniczona. Sztabowiec, który zna analizy ekonomiczne Nowogrodzkiej: — Prezes wie, że jeśli dojdzie do władzy, to zaśmierdłe jajo zacznie cuchnąć w 2028-2029 r. Ktokolwiek by rządził, będzie miał problem z finansami państwa.

Problemem jest narastające zadłużenie. Na koniec I kwartału 2026 r. dług sięgnął 50,6 proc. PKB i rośnie. Przekroczenie progu 55 proc. z ustawy o finansach publicznych będzie oznaczać zamrożenie płac w budżetówce i waloryzacji świadczeń socjalnych.

Rozmówca z Nowogrodzkiej: — Dziś nikogo nie interesują ostrzeżenia, że będziemy drugą Grecją. Tyle razy to słyszeliśmy, że jak to się staje realne, to nikt nie bierze tego na serio.

W PiS szukano sposobu na wykorzystanie blasku prezydenta Nawrockiego. Głowa państwa ma największe poparcie wśród wyborców prawicy. Ale prezydent nie chce się angażować w kampanię Czarnka. Skoro Nawrocki nie chce pomóc Czarnkowi, to Czarnek pomoże Nawrockiemu. Jak? Nowogrodzka sięgnęła do 2015 r. i do przetestowanej wówczas narracji: aby zrealizować program zwycięskiego prezydenta z PiS, musi wygrać PiS, które ma podobny program.

Wielokrotny sztabowiec PiS: — Tak szliśmy w 2015 r. Program Andrzeja Dudy został zrealizowany, bo przyszedł rząd PiS. Teraz, żeby wyborcy Karola Nawrockiego dostali jego program, powinni zagłosować na PiS.

Tylko wtedy chodziło o obniżenie wieku emerytalnego do 65 lat dla mężczyzn i 60 dla kobiet oraz o 500 plus.

Czarnek na spotkaniu w Kaliszu przekonywał, że PiS musi wygrać wybory, aby „wspomóc pana prezydenta Karola Nawrockiego w realizacji jego 21 punktów programowych”. — To jest komplementarne. To cały wielki plan — mówił kandydat na premiera z PiS.Na Nowogrodzkiej panuje przekonanie, że na razie udało się przygasić wojnę domową między frakcją Morawieckiego („harcerze”) a aliansem Przemysława Czarnka, Tobiasza Bocheńskiego, Patryka Jakiego i Jacka Sasina („maślarze”). Prezes PiS domknął projekt tworzenia konkurencyjnego stowarzyszenia wobec tego stworzonego przez Morawieckiego. Ogłosił, że konflikt wygasa.

Współpracownik prezesa PiS: — Hierarchia jest dziś taka. Jest prezes, potem długo, długo nikt. Następnie jest Czarnek jako kandydat na premiera, a potem Sasin z dużym stowarzyszeniem i dalej Morawiecki z małym stowarzyszeniem. Nikt ma nie naruszać tej hierarchii.

Morawiecki z Czarnkiem nawet zaczęli wspólnie występować — także na wiecach. Do tej pory kandydat PiS o to, że jego kampania ugrzęzła, obwiniał byłego premiera. Teraz to wytłumaczenie traci rację bytu.

Sprawdzianem dla Czarnka będzie jesień. Sztabowiec PiS: — To nie wybory prezydenckie, on nie ma zdobyć 51 proc., ale ponad 30. Musi dowieźć.

A jeśli mu się nie uda — czy partia zamieni Czarnka na kogoś innego? Odpowiada człowiek z PiS: — Jak będzie źle, to można dokooptować nowe twarze, ale go jeszcze nie zmieniać. Kto miałby tę żabę połykać?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version