Pete Hegseth chce badać poziom testosteronu u amerykańskich żołnierzy, by lepiej radzili sobie z trudami służby. Kryzys na lotniskowcu USS Abraham Lincoln, który od wielu miesięcy jest na morzu, pokazuje, że ważniejsze są inne potrzeby. Żołnierzom i marynarzom, którzy nie mogą się wyspać, umyć i porządnie najeść, testosteron niewiele da.
Lotniskowiec USS George Washington zmierza na Bliski Wschód z Azji Południowo-Wschodniej. Ma zastąpić USS Abraham Lincoln, którego załoga spędziła na morzu ponad osiem miesięcy bez przerwy. Większość tego czasu załoga uczestniczyła w przedłużającej się wojnie z Iranem.
Marynarze i ich rodziny opisują przemęczenie na okręcie, kiepską dietę, załamanie morale załogi oraz obawy o bezpieczeństwo i próby samobójcze. Doniesienia mówią o brakach podstawowych środków higienicznych, niesprawnej kanalizacji i licznych usterkach po ponad 260 dniach nieprzerwanej służby na morzu.
Gdyby tylko wszyscy członkowie załogi powyżej trzydziestki sprawdzili poziom testosteronu przed wypłynięciem! Może ich odporność na trudności podczas misji, która miała się skończyć już w maju, byłaby większa…
Bez obaw — od tej pory to zostanie uregulowane. 15 sierpnia mija termin wyznaczony przez sekretarza obrony Pete’a Hegsetha na aktualizację polityki i procedur, które mają wprowadzić obowiązkowe badania poziomu testosteronu u żołnierzy. To tylko jedna z wielu inicjatyw mających „zwiększyć gotowość bojową, dominację i maksymalną wydajność” sił zbrojnych.
Jednak sytuacja na pokładzie Lincolna wskazuje na szerszy problem, którego Hegseth zdaje się nie dostrzegać: optymalizacja działa najlepiej dopiero wtedy, gdy zaspokojone są podstawowe potrzeby.
Biegacz-amator, który wyda fortunę na najnowszy zegarek sportowy i buty z karbonową podeszwą, by pobić rekord na 5 kilometrów, może zauważyć niewielką poprawę. Prawdopodobnie więcej dałoby mu jednak lepsze wysypianie się, więcej treningu i ograniczenie pizzy.
Skupianie się na drobiazgach
Próba „dostrojenia” hormonów żołnierzy wpisuje się w program, który Hegseth uruchomił wcześniej w tym roku, pod nazwą „Warfighter Performance Optimization”.
Posługując się językiem, jakiego można by się spodziewać w laboratorium sportowym, Hegseth polecił Pentagonowi „zdecydowanie wdrażać analitykę danych, urządzenia i inne technologie”, aby traktować żołnierzy z taką samą „dyscypliną oceny i optymalizacji”, jaką stosuje się wobec systemów uzbrojenia i innych zasobów wojskowych.
Na pierwszy rzut oka to świetna strategia. Wojsko może i powinno wykorzystywać wszystkie osiągnięcia nauki i technologii, by uczynić żołnierzy silniejszymi, szybszymi i bardziej skutecznymi; nawet drobne usprawnienia u każdego członka sił zbrojnych mogą przynieść znaczące rezultaty.
Jednak żadna terapia zastępcza testosteronem nie rozwiąże problemów, z jakimi borykają się marynarze na Lincolnie. Ich skala skłoniła demokratycznego senatora Richarda Blumenthala do wystosowania listu do Hegsetha i sekretarza marynarki Hung Cao z żądaniem wyjaśnienia, jak oceniają „morale, zdrowie psychiczne i gotowość załogi”.
Tak naprawdę te obawy nie powinny nikogo dziwić.
W badaniu Military Medicine z 2025 r. przeprowadzonym przez naukowców związanych z Naval Health Research Center, zapytano 441 czynnych marynarzy o stresory, których doświadczają na morzu. Spośród nich 87,5 proc. służyło ostatnio na lotniskowcu, a wszyscy mieli za sobą co najmniej 30 dni służby na morzu w ciągu ostatnich pięciu lat.
Trzy z czterech najczęściej wskazywanych czynników stresogennych to: brak możliwości odpoczynku we właściwym momencie, brak dostępu do dobrej opieki zdrowotnej i pomocy psychologicznej oraz niedobór personelu do prawidłowego wykonania misji. Niemal połowa — 48,3 proc. — stwierdziła, że odpowiednie programy i wsparcie w radzeniu sobie ze stresem na morzu są niedostępne. Żaden z respondentów nie spędził aż tylu dni na morzu bez przerwy, co obecna załoga Lincolna.
Marzec 2026 r. Personel pokładowy na lotniskowcu USS Abraham Lincoln podczas operacji Epic Fury przeciw Iranowi
Foto: Msgt. Kulani Lakanaria/U.S. Navy / Zuma Press / Forum
Wojskowa Służba Zdrowia Departamentu Obrony już wcześniej biła na alarm. W ubiegłym roku MHS poinformował, że 560 tys. żołnierzy służby czynnej otrzymało co najmniej jedną diagnozę dotyczącą zdrowia psychicznego w latach 2020-2024.
Prawie połowa z nich — 47,9 proc. — otrzymała diagnozy z więcej niż jednej kategorii, a w 2024 r. zaburzenia psychiczne były powodem największej liczby dni hospitalizacji spośród wszystkich schorzeń wśród czynnych żołnierzy. US Navy odnotowała też najwyższą częstość występowania zaburzeń depresyjnych spośród wszystkich rodzajów sił zbrojnych.
Badania Pentagonu wykazały również, że większość żołnierzy śpi sześć godzin lub mniej na dobę, mimo iż Departament rekomenduje co najmniej siedem godzin snu dla optymalnej wydajności i gotowości — wynika z badania Government Accountability Office z 2024 r. Połowa badanych przyznała, że niezależnie od długości snu, jego jakość pozostawia wiele do życzenia.
Żaden test krwi, najnowocześniejszy system monitorowania czy terapia hormonalna nie są potrzebne, by stwierdzić, że sześć godzin snu to mniej niż siedem. I nie zapewnią one rozwiązania tego problemu.
Otwarte oczy?
Pentagon nie jest ślepy na ten problem.
W rzeczywistości nowa „polityka testosteronowa” Hegsetha została ogłoszona jako próba walki z tzw. „syndromem operatora” — pojęciem opisującym unikatowy zestaw problemów zdrowotnych obserwowanych u żołnierzy odbywających intensywną służbę, takich jak urazy mózgu, zaburzenia snu, przewlekły ból, depresja i inne problemy psychiczne.
Departament Obrony zaczął postrzegać zmęczenie jako problem systemowy. Wspomniane wcześniej badanie GAO z 2024 r. skłoniło resort do powołania zespołu Fatigue-Related Management Working Group, który ma zająć się deprywacją snu, zakłóceniami rytmu dobowego oraz innymi skutkami zmęczenia wśród wojskowych.
Trwają także szerzej zakrojone działania, by rozwiązać problemy ze zdrowiem psychicznym członków sił zbrojnych, w tym marynarzy.
Na każdym lotniskowcu przebywa niezależny licencjonowany doradca, który jest przeszkolony, by zapewniać wsparcie dopasowane do specyficznych stresów związanych z misją. Doradcy ci mogą także opiekować się marynarzami objętymi programem Sailor Assistance and Intercept for Life (SAIL), w ramach którego każdy żołnierz doświadczający myśli samobójczych lub podejmujący próbę samobójczą może zostać skierowany do 90-dniowego programu opieki.
W oświadczeniu przesłanym do „Newsweeka” 12 sierpnia Marynarka Wojenna zapewniła, że wsparcie psychologiczne jest dostępne na pokładzie Lincolna i zakwestionowała sugestie, że zgłaszane przypadki samookaleczeń lub prób skoku za burtę świadczą o pogłębiającym się kryzysie.
„Na podstawie dostępnych informacji nie stwierdziliśmy wzrostu liczby zgłaszanych myśli samobójczych ani prób samobójczych na pokładzie okrętu” — powiedział rzecznik. „Każdego żołnierza traktujemy poważnie; mamy dostępnych specjalistów ds. religijnych, medycznych i zdrowia psychicznego, którzy oceniają i reagują na zgłaszane potrzeby”.
Hegseth powiedział dziennikarzom podczas czwartkowej konferencji prasowej, że doniesienia o warunkach na Lincolnie zostały „całkowicie przeinaczone”, wcześniej zaś określił wątpliwości zgłaszane w kwietniu jako „fake news”.
Pentagon odmówił „Newsweekowi” dalszych komentarzy.
To nie jest zwykła praca od dziewiątej do piątej
Jakakolwiek rozmowa o zdrowiu psychicznym i dobrostanie wojskowych musi uwzględniać prostą prawdę: służba w wojsku, zwłaszcza na lotniskowcu o napędzie atomowym podczas wojny, wiąże się z zupełnie innymi oczekiwaniami, wymaganiami i ryzykiem niż typowa praca biurowa.
Żołnierz nie może po prostu przełożyć wojny na jutro, jeśli miał gorszy dzień, ani marynarz na Lincolnie nie uniknie pracy, załatwiając sobie L4. Dowódcy muszą czasem wymagać od podwładnych rzeczy ponadprzeciętnych, by wykonać powierzoną misję.
Żołnierze przyjmują to do wiadomości i świadomie rezygnują z wielu swobód i praw, jakie przysługują cywilom i zwykłym pracownikom, wiedząc, że mogą być zmuszeni do ogromnych poświęceń w imię służby.
Jednak robią to z podstawowym oczekiwaniem, że instytucja żądająca tych wyrzeczeń zapewni im jedzenie, odpoczynek, opiekę medyczną i niezbędne wsparcie, by mogli skutecznie wykonywać zadania i mieć poczucie, że ktoś o nich dba — na tyle, na ile pozwalają okoliczności.
Program Hegsetha niewątpliwie ma sens. Wraz z rozwojem technologii i poszerzaniem się naszych możliwości analizy danych, Pentagon i armia amerykańska muszą wykorzystywać każde narzędzie, by utrzymać przewagę nad przeciwnikami.
Jednak Warfighter Performance Optimization nadmiernie koncentruje się na innowacjach i pogoni za marginalnymi zyskami w imię „inwestycji w zabójczą skuteczność”. Ryzykuje przy tym zignorowanie podstawowych potrzeb, jakie musi zaspokoić każdy żołnierz, by normalnie funkcjonować. Leczenie niskiego poziomu testosteronu nie odpowiada na pytanie, dlaczego ten poziom był niski.
Departament Obrony i armia USA mogą wydać miliardy dolarów z pieniędzy podatników na najnowocześniejsze technologie, opaski monitorujące, zastrzyki testosteronu i inne środki, by uczynić żołnierzy jak najbardziej skutecznymi oraz niebezpiecznymi dla wroga.
Żadne z tych rozwiązań nie zastąpi jednak solidnych posiłków, działającej toalety i porządnego snu.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

