Referendum w Krakowie ze sprawy lokalnej właśnie stało się ogólnopolską. Jego wynik to zły znak dla Donalda Tuska, a jeszcze gorszym sygnałem może być rezultat nowych wyborów pod Wawelem. Aby zapobiec klęsce i jeszcze większym politycznym kłopotom, obóz premiera musi teraz działać szybko.
Prezydent Krakowa Aleksander Miszalski został odwołany w referendum. Kluczowa była frekwencja. Do usunięcia prezydenta ze stanowiska potrzebny był udziału w głosowaniu nieco ponad 158 tys. uprawnionych, a do urn poszło 176 tys. Frekwencja była za to zbyt niska, by odwołać radę miejską.
Odwołanie prezydenta w drugim mieście kraju po upływie mniej niż połowy kadencji, do niedawna jeszcze posła KO, jest bez wątpienia ciosem w cały obóz rządowy. Zwłaszcza że prawicowa opozycja będzie próbowała wykorzystać kampanię w Krakowie do ataku na rząd. Wyniki referendum i wyborów będą przedstawiane jako żółta kartka dla obozu Donalda Tuska i zapowiedź jego klęski w przyszłym roku.
Zaczyna się od Krakowa? Wynik referendum problem Donalda Tuska
Do tej pory tematyka krakowskiego referendum nie przebiła się poza Kraków. Ogólnopolskie media i opinia publiczna nie były specjalnie zainteresowane debatą na temat lokalnych władz toczącą się pod Wawelem. PiS wyraźnie chciał wykorzystać debatę wokół referendum do ogólnopolskiej ofensywy, ale temat zwyczajnie nie chwycił.
Po odwołaniu Aleksandra Miszalskiego to już się zmienia. Referendum przebija się do szerszej opinii publicznej, podobnie jak krakowska kampania wyborcza, która właśnie rusza. Politycy PiS na portalu X już po ogłoszeniu exit poll, nie czekając na oficjalne wyniki, piszą „Tusku, Ty będziesz następny”.
Jednocześnie ta triumfalna narracja PiS szybko zderzy się z polityczną rzeczywistością w drugim polskim mieście. W ostatnich kilku cyklach wyborczych PiS miał tam przecież problem ze znalezieniem kandydata. Takiego, który po pierwsze chciałby wystartować, a po drugie miałby realne szanse powalczyć o zwycięstwo. Problem nie zniknął wraz z rezygnacją Jacka Majchrowskiego z ubiegania się o kolejną, szóstą już kadencję w 2024 r. W ostatnich wyborach samorządowych kandydat PiS, Łukasz Kmita, nie wszedł nawet do drugiej tury. W mediach pojawiły się sensacyjne informacje o możliwym starcie Andrzeja Dudy, ale były prezydent Polski wcale nie byłby faworytem w Krakowie — w wyborach na prezydenta Polski w swoim rodzinnym mieście przegrał zarówno w 2015 r. z Komorowskim, jak i w 2020 r. z Trzaskowskim. Niewykluczone, że za kilka miesięcy PiS znów stanie przed wyborem czy w drugiej poprzeć dyskretnie Łukasza Gibałę. To w końcu były poseł skrajnie anty-PiS-owskiego Ruchu Palikota, a decyzja PiS, by go wspierać w 2024 r., mocno podzieliła lokalną partię.
Z drugiej strony jest mało prawdopodobne, by PiS walkę o Kraków obserwował zupełnie z boku. Gdyby na początku jesieni PiS nie był w stanie wystawić kandydata zdolnego wejść do drugiej tury, to historia o odwoływaniu prezydenta Krakowa wcale nie będzie wyglądała w ostatecznym rachunku tak korzystnie dla PiS, jak wygląda dziś.
Problem obozu władzy
Na dziś większy problem ma jednak KO. Powody do niezadowolenia z rządów Miszalskiego są oczywiście w dużej mierze lokalne — na czele z podsycanym przez Konfederację sprzeciwem wobec stref czystego transportu. Niezależnie od tego widać było, choćby w dyskusji, jaka toczyła się w mediach społecznościowych, że dla wielu zwolenników opozycji mobilizacja wokół referendum była mobilizacją przeciwko rządowi.
Frekwencja, która wyniosła 29,99 proc. przy progu ważności referendum wynoszącym 26,98 proc., nie jest dowodem na istnienie przytłaczającej antyrządowej większości. Z drugiej strony to na pewno nie jest dobry sygnał przed wyborami w przyszłym roku. Rząd wyraźnie liczył na to, że prezydenta Miszalskiego obroni inercja i próg frekwencji. Dlatego w ogóle nie zaangażował się w obronę bliskiego sobie prezydenta. Teraz nie tylko krakowska KO szybko musi uruchomić narrację, która z jednej strony wyśle sygnał: szanujemy wolę mieszkańców Krakowa, z drugiej nie będzie całkowitą kapitulacją przed przeciwnikami Miszalskiego.
KO stoi przed dwoma kluczowymi wyborami kadrowymi: po pierwsze musi wskazać nowego komisarza w Krakowie. Najlepiej, by nominacja była sygnałem, że rząd wsłuchuje się w głos drugiego co do wielkości miasta w kraju. Po drugie, trzeba wybrać nowego kandydata na prezydenta. Ktokolwiek to nie będzie, stanie przed bardzo trudnym zadaniem: w jaki sposób przedstawić mieszkańcom miasta ofertę z jednej strony uwzględniającą sygnał wysłany przez referendum, z drugiej nieodcinającą się zupełnie od tego, co działo się w Krakowie przez ostatnie dwa lata z hakiem.
W przeciwieństwie do PiS, KO nie może sobie pozwolić, by wybory w Krakowie przegrać — bo nawet jeśli ich kandydat lub kandydatka przegra z Gibałą, to będzie to odczytane przez opinię publiczną jako żółta kartka dla całego obozu władzy i zły znak przed wyborami parlamentarnymi w przyszłym roku. Partia będzie więc teraz szukać kandydata o odpowiednim profilu. Takiego, który nie będzie mobilizował przeciw niej normalsów i wszystkich potencjalnych przeciwników rządu. A przynajmniej nie tych, którzy są mocno zaangażowani w polaryzację.
Czekają nas kolejne referenda?
Wynik krakowskiego referendum oznacza też zmianę w dynamice lokalnej polityki. Do tej pory instytucja referendum odwoławczego pozostawała trochę „bezzębna”. Prezydentów miast chronił próg frekwencji i wyborcza inercja. Kraków to drugie po Zabrzu (prezydentka straciła tam władzę wiosną 2025 r.) miasto, które pokazało, że prezydenci miast muszą się poważnie liczyć z możliwością odwołania.
Krakowski przykład z pewnością zachęci do kolejnych prób odwoływania lokalnych włodarzy. Można przypuszczać, że pytanie brzmi dziś nie „czy czeka nas kolejne odwoławcze” przed wyborami parlamentarnymi, ale gdzie i kiedy. Gdyby opozycja zmierzała do wyborów, zbierając po drodze „skalpy” związanych z KO prezydentów, to tworzyłoby to niekorzystną dla rządu polityczną optykę.
Prezydenci poddawani referendum będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy gra na nieważność jest wciąż skuteczną taktyką i czy nie powinni jednak w podobnej sytuacji mobilizować swoich zwolenników. Jeśli tak się stanie, to czeka nas w najbliższym czasie kilka bardzo polaryzujących i angażujących referendów, gdzie obok władzy lokalnej w grze zawsze będzie też ogólnopolska polityka.

