Amerykanie koncentrują siły do operacji lądowej przeciwko Iranowi. Biały Dom zapewne będzie chciał udrożnić Cieśninę Ormuz. Może to być jednak kosztowny błąd.
Sekretarz Stanu, Marco Rubio stwierdził, że nie można dopuścić do tego, żeby Iran kontrolował Cieśninę Ormuz. Dodał, że „jest sposób, aby osiągnąć nasze cele w ciągu kilku tygodni, a nie miesięcy”. Na pewno jednak Amerykanie nie przeprowadzą pełnoskalowej inwazji, lecz najwyżej ograniczoną operację, która miałaby pozwolić na kontrolę strategicznych punktów Cieśniny Ormuz.
Na razie w region operacji dotarła Amfibijna Grupa Zadaniowa z uniwersalnym okrętem desantowym USS „Tripoli” oraz okrętem desantowym-dokiem USS „New Orleans”. Na ich pokładach znajduje się 31. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej licząca około 2200 żołnierzy piechoty morskiej.
W drodze znajduje się kolejne zgrupowanie zbudowane wokół uniwersalnego okrętu desantowego USS „Boxer”. Na jego pokładzie transportowana jest 11. Jednostka Ekspedycyjna Piechoty Morskiej. Oba okręty na swoich pokładach, prócz komponentu lotniczego, przenoszą jednostki amfibijne i lekkie pojazdy opancerzone.
Oznacza to, że w krótkim czasie Stany Zjednoczone mogą dysponować w regionie dwiema jednostkami ekspedycyjnymi Korpusu Piechoty Morskiej. To istotna zmiana jakościowa. Jeden taki oddział pozwala na przeprowadzenie pojedynczego rajdu. Dwie umożliwiają prowadzenie działań równoległych lub utrzymanie jednego obiektu przy jednoczesnym przygotowaniu kolejnego uderzenia.
Równolegle do regionu skierowane zostały elementy 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Mowa o co najmniej tysiącu żołnierzy, co wskazuje na minimum batalionową grupę bojową. To siły, które mogą zostać użyte do zabezpieczenia konkretnych punktów, jak lotniska, czy do zabezpieczenia przyczółków opanowanych przez piechotę morską lub zajęcia kluczowych obiektów w głębi terenu.
Jakie mogą być plany?
Charakter zgromadzonych sił i środków nie pozostawia dużego pola do interpretacji. Tego typu zgrupowanie przeznaczone jest do operacji o ograniczonym zakresie. Żeby zaatakować większe cele, brakuje mu ciężkich brygad, rozbudowanego zaplecza logistycznego i odpowiedniej głębi rezerw, które byłyby konieczne przy długotrwałej kampanii lądowej. Zatem potencjalnie będzie to ograniczona operacja.
Najbardziej oczywistym celem jest wyspa Chark. Z militarnego punktu widzenia jest to stosunkowo dogodny cel dla tak niewielkich sił. To mała wyspa o długości około 8 km i szerokości 4-5 km, położona kilkadziesiąt kilometrów od irańskiego wybrzeża. Teren jest w większości płaski lub lekko pofałdowany, bez większych wzniesień, co z jednej strony ułatwia desant, ale z drugiej ogranicza możliwości ukrycia się przed obserwacją i ogniem przeciwnika.
Naturalna roślinność jest uboga. To raczej krajobraz zdominowany przez instalacje przemysłowe. I to one są tu najważniejsze. Wyspa jest w praktyce jednym wielkim terminalem naftowym. Znajdują się tam rozległe zbiorniki magazynowe, instalacje przeładunkowe, rurociągi oraz infrastruktura portowa przystosowana do obsługi największych tankowców. Głębokie wody wokół wyspy pozwalają jednostkom o dużym zanurzeniu podchodzić bezpośrednio do nabrzeży.
Znacznie bardziej wymagającym celem byłaby wyspa Keszm. W odróżnieniu od niewielkiej Chark, mamy tu do czynienia z celem o zupełnie innej skali. Keszm to największa wyspa Zatoki Perskiej, o powierzchni blisko 1500 km2 i długości sięgającej około 135 km. Jest zamieszkana przez ok. 100 tys. osób.
Wyspa leży w bezpośrednim sąsiedztwie Cieśniny Ormuz, oddzielona jest od irańskiego wybrzeża jedynie stosunkowo wąskim i płytkim pasem wody. Z jednej strony daje to możliwość izolowania wyspy od wsparcia lądowego przeciwnika, z drugiej jednak oznacza, że przez cały czas pozostaje ona w zasięgu ognia artylerii rakietowej, systemów przeciwokrętowych i bezzałogowców operujących z kontynentu.
Ukształtowanie terenu jest bardziej zróżnicowane niż na Chark. Oprócz obszarów płaskich występują tu wzniesienia, grzbiety skalne oraz liczne doliny, które tworzą naturalne przeszkody terenowe. To znacząco utrudnia działania desantowe i późniejsze operacje manewrowe. Jednocześnie daje obrońcy możliwość ukrycia sił, rozproszenia ich oraz prowadzenia działań opóźniających.
Na wyspie znajdują się instalacje Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, w tym baza bezzałogowców morskich, które były używane do ataków na jednostki przechodzące przez cieśninę. Na wyspie znajdują się także wyrzutnie bomb latających i montownie bezzałogowców. Jej zdobycie może ograniczyć irańskie zdolności do prowadzenia szybkich ataków w cieśninie. Na pewno jednak ich nie zatrzyma.
Ryzyko eskalacji
Zgromadzone siły pozwalają na przeprowadzenie operacji w ograniczonym zakresie, ale nie na długotrwałe utrzymanie większego obszaru. Każde przedłużenie działań zwiększa ryzyko kontrataku, szczególnie w warunkach, gdzie przeciwnik dysponuje rakietami i bezzałogowcami zdolnymi do rażenia celów na morzu i lądzie, a Amerykanie mają przy tym poważne problemy z niedoborami własnej obrony przeciwlotniczej.
Drugim czynnikiem jest brak szerokiej koalicji. Amerykanie dali się wciągnąć przez Izrael w wojnę, której nikt inny nie chce prowadzić. I mimo zaklinania rzeczywistości przez Trumpa, który twierdzi, że od zlikwidowania reżimu ajatollahów zależy bezpieczeństwo NATO, to tak nie jest i sojusznicy mają tego świadomość. Dlatego po kolei odmawiają wysłania wojsk na Bliski Wschód.
Ogranicza to skalę operacji i możliwości jej rozwinięcia. Zwłaszcza że Kongres na pewno nie zgodzi się na wysłanie większych sił. Ponad 60 proc. Amerykanów jest przeciwna wojnie z Iranem. Co może być dość istotne dla Trumpa. Zbliżają się bowiem połówkowe wybory do Kongresu, a wiele wskazuje, że Republikanie mogą je przegrać z kretesem.
Ponadto wspierający Iran Huti wprost zapowiedzieli, że jeśli Amerykanie przeprowadzą desant, to zablokują Cieśninę Bab al-Mandab, przez którą przechodzi ok. 12 proc. całego eksportu ropy z Bliskiego Wschodu. To z kolei spowoduje kolejny wzrost cen na światowych rynkach. Zapewne dlatego Biały Dom zdjął część sankcji na Rosję i zaczął naciskać na Kijów, aby ten ograniczył ataki na rosyjski przemysł naftowy. Decyzja o operacji desantowej zrobi więcej złego niż dobrego. W Waszyngtonie jednak zdają się tego nie dostrzegać.

