Bliski Wschód kojarzył się Polakom z luksusem, wygodą i bezpieczeństwem. Ten wizerunek został właśnie zniszczony — mówi w rozmowie z „Newsweekiem” Marek Stus, prawnik i wykładowca akademicki, specjalizujący się m.in. w prawie lotniczym oraz międzynarodowych aspektach podróży lotniczych. Jest też redaktorem portalu Pasazer.com.
Newsweek: Jak to się stało, że utknął pan na lotnisku w Katarze?
Marek Stus: Mój samolot miał tam w sobotę międzylądowanie, później wystartowaliśmy do Amsterdamu. I zostaliśmy zawróceni z trasy, chwilę przed wejściem w iracką przestrzeń powietrzną. Zauważyłem, że nasz samolot dość gwałtownie skręca, więc spojrzałem na radar. Akurat załoga prowadziła wtedy serwis śniadaniowy, więc kiedy podszedł steward, zapytałem, czy naprawdę zawracamy z trasy. Był zdziwiony, nic nie wiedział. Sprawdziłem wiadomości i tak dowiedziałem się o izraelskim ataku na Iran. Wylądowaliśmy na lotnisku w Doha. Przez chwilę siedzieliśmy jeszcze na pokładzie samolotu, ale potem wysiedliśmy i już w terminalu czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Po pewnym czasie stało się jasne, że lotów w tym dniu już nie będzie.
Zapanował chaos?
— Nie. Ja byłem w uprzywilejowanej sytuacji, bo jestem stałym klientem Qatar Airways, więc siedziałem w poczekalni i nie musiałem za niczym chodzić po lotnisku, czekałem, co dalej. Przyniesiono mi voucher hotelowy i poproszono o przejazd do hotelu. Jestem tutaj od soboty, pobyt jest codziennie przedłużany, opieka jest naprawdę bardzo dobra. Dostajemy codziennie kredyt na jedzenie w hotelowej restauracji mniej więcej w wysokości 250 zł na osobę, który w zupełności wystarcza. Oprócz tego na miejscu dyżurują pracownicy Qatar Airways, są dostępni codziennie od 10 do późnego wieczora. Można z nimi porozmawiać, dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja. Czekamy na rozwój wydarzeń.
A jak wygląda sytuacja w mieście?
— Gdyby nie wiadomości medialne i zdarzające się co jakiś czas wybuchy na niebie, można by powiedzieć, że nic się nie dzieje. Te wybuchy zresztą bardziej słychać niż widać, bo Iran wystrzeliwuje w stronę Dohy i innych państw w regionie salwy dronów czy rakiet, ale są one niemal w stu procentach neutralizowane nad Zatoką Perską. Celem ataków jest głównie baza amerykańska, która znajduje się poza granicami Kataru, ale dość blisko.
Musi pan cały czas siedzieć w hotelu?
— Można wychodzić, miasto normalnie funkcjonuje. Nie ma żadnych śladów wojny czy paniki, wszystkie sklepy są pootwierane, restauracje działają. Teraz trwa Ramadan, więc w ciągu dnia lokale są generalnie zamknięte, bo ci, którzy przestrzegają postu, jedzą wieczorem wspólny posiłek z pracownikami, z kolegami czy rodziną. Więc restauracje otwierają się po zmroku i są wtedy pełne ludzi. Komunikacja działa, wszystko funkcjonuje, nie ma żadnych przerw w dostawie prądu, działają telefony. Wczoraj rano dostałem na telefon ostatni alert od katarskich władz z apelem, żeby ograniczyć do minimum wychodzenie z domów czy z hoteli, nie wybierać się na wycieczki po mieście. Zamknięte są też muzea, po to, żeby ludzie nie gromadzili się w takich miejscach.
Dostajecie komunikaty od linii lotniczych?
— Tak, Qatar Airways przysyła nam aktualizacje dotyczące sytuacji. Na przykład, że do jutra do 9 wszystkie loty są na pewno zawieszone. Nie trzeba dzwonić, nie trzeba się dopytywać, prosić o informacje. Kiedy loty zostaną uruchomione, będzie jakiś plan działania i my się o nim dowiemy. Wiadomo, że cała siatka połączeń nie od razu ruszy, będziemy dostawać informacje o zmianie rezerwacji i dopiero wtedy mamy się udać na lotnisko. Teraz jest ono zamknięte dla pasażerów.
Jak pan sądzi, kiedy uda się wam wylecieć z Dohy?
— To jeszcze potrwa co najmniej parę dni. Nie wiem, jaki będzie rozwój wydarzeń, jeśli chodzi o wojnę. Katar nie jest formalnie jej stroną, raczej pobocznym celem, bo wiadomo, że Iran stara się wywrzeć presję na Stany Zjednoczone oraz Izrael w ten sposób, że atakuje bazy amerykańskie w regionie Zatoki Perskiej oraz infrastrukturę tych krajów. Po to, żeby je zmusić do naciskania na Stany Zjednoczone i Izrael, żeby doszło do zawieszenia broni czy załagodzenia sytuacji. Na ile to będzie skuteczne, nie wiem. I nikt tego nie wie. Wiadomo, że sytuacja jest dynamiczna. Wiadomo też, że zabicie duchowego przywódcy Iranu ajatollaha Chamenei prawdopodobnie spowodowało radykalizację nastrojów części irańskiego społeczeństwa. Lotnictwo zależy od bezpieczeństwa, a bezpieczeństwo zależy od przebiegu działań wojennych i sytuacji w regionie.
A ona nie jest bezpieczna.
— Cały czas są próby ostrzeliwania Kataru i innych państw, a mimo to wczoraj po południu oba lotniska dubajskie oraz to w Abu Dhabi podjęły próbę uruchomienia pierwszych lotów. Loty się odbywają zresztą cały czas, w bardzo ograniczonym zakresie, ale jednak.
A co ta sytuacja oznacza dla Polaków? Oprócz tych, którzy utknęli na lotniskach, jest też cała masa ludzi, którzy się tam wybierali albo mieli, tak jak pan, przystanki w drodze do Azji.
— W krótkiej, a może nawet średnioterminowej perspektywie, bo nie wiemy, jak to się rozwinie, oznacza zakłócenie planów urlopowych, wyjazdów typowo rekreacyjnych z biur podróży czy też organizowanych samodzielnie. Mnóstwo ludzi bukuje sobie loty i korzysta z linii lotniczych tutaj w regionie. To są zarówno przewoźnicy premium, jak i low cost, nie oferujący może jakichś specjalnych wygód, ale najtańsi. Ale nie chodzi tylko o zaburzenie planów urlopowych.
Co jeszcze?
— Będą też straty finansowe, bo przecież część ludzi ma rezerwacje, które niekoniecznie są zwrotne. Jeżeli ktoś ma zarezerwowany hotel na przykład w Tajlandii, to przecież on wciąż normalnie działa, więc niekoniecznie będzie chciał zwrócić te środki, zwłaszcza gdy rezerwacja jest bezzwrotna, bo była tańsza, wcześniej zrobiona. Niektórzy turyści wykupują ubezpieczenie od rezygnacji, ale niestety bardzo często są z nich wyłączone zamieszania geopolityczne, wojna czy akty terroru.
Teraz niektóre biura podróży wciąż oferują wycieczki na Bliski Wschód.
— Problem polega na tym, że biura podróży w Polsce niekoniecznie stosują się do obowiązujących przepisów, przede wszystkim do ustawy o usługach turystycznych, która przewiduje, że jeżeli z przyczyn nadzwyczajnych, w związku ze stanem wyższej konieczności czy nieprzewidywalnym zdarzeniem, powinny wszystkim zaoferować zwrot pieniędzy za wykupioną wycieczkę. A niestety nie wszystkie biura to robią.
Na jakie przepisy powinni się powoływać klienci, którzy chcą zrezygnować z wyjazdu?
— Na oficjalne wytyczne rządowe związane z podróżowaniem. Na przykład na alert MSZ, że nie należy do jakichś krajów podróżować. Ogłoszony właśnie stopień czwarty, który oznacza „nie podróżuj” albo „zachowaj szczególną ostrożność”, powinien być dla biura sygnałem, że nie można zmuszać ludzi do takiej podróży.
Czy jest na Bliskim Wschodzie jakiś bezpieczny w tej chwili kraj?
— To Egipt, który jest popularną destynacją dla turystów polskich. Egipt w żaden sposób nie jest zaangażowany w ten konflikt, nie jest jego stroną, nie jest przedmiotem ataków ze strony Iranu, więc lotniska egipskie normalnie funkcjonują. Jeżeli ktoś chciałby teraz zrezygnować z wyjazdu do tego kraju, to nie może się powoływać na nadzwyczajne okoliczności. Osoba, która nie chce jechać do Egiptu, bo się boi, ma prawo zrezygnować z wycieczki, ale musi się liczyć z konsekwencjami wynikającymi z umowy o usługach turystycznych.
Na co jeszcze wpłynie to, co się dzieje w Zatoce Perskiej?
— To jest bardzo duży problem dla tutejszych przewoźników. Linie Emirates, Etihad, Qatar Airways, Air Arabia czy Fly Dubai: wszystkie są obecne na rynku polskim i mocno się pozycjonują na przewoźników albo klasy premium, albo takich, którzy są cenowo dostępni i zapewniają łatwy dostęp do Azji, zwłaszcza do Indii czy do Azji Południowo-Wschodniej. Wszystkie latami pracowały na swoją pozycję rynkową, która była oparta między innymi na przekonaniu, że podróże przez Dubaj czy Abu Dhabi są bezpieczne i wygodne, oferują wysokiej klasy usługi, bo te lotniska są bardzo ładne, nieporównywalnie wygodniejsze od europejskich czy jakichkolwiek innych. Były więc pod każdym względem atrakcyjne. A teraz okazuje się, że podróżowanie przez Dubaj nie jest wcale bezpieczne. Wiąże się z ryzykiem.
Skończą się wymarzone przez wielu Polaków wakacje w egzotycznym Dubaju, Omanie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich?
— Dubaj pozycjonuje się jako jedno z centrów turystycznych świata, miejsce atrakcyjne dla influencerów, dla podróżnych. Najnowszy kryzys uderzył w lokalną turystykę i podważył zaufanie do przewoźników i firm z tego regionu. Z pewnością będą oni dążyć do tego, żeby jak najszybciej, o ile to tylko będzie bezpieczne, uruchomić ponownie te loty. Bo im dłużej trwa impas, im dłużej loty są zawieszone, tym gorzej dla przewoźników. Bo to wpływa na ich renomę, pozycję rynkową, przecież oni tracą codziennie dziesiątki tysięcy rezerwacji. To są loty, które miały się odbyć.
Ludzie, którzy kupili bilety, nie polecą. Albo polecą, ale z trudnościami. Taki przeciętny klient jak raz się zawiedzie, nie pojedzie na swoje wymarzone wakacje, więcej nie wróci już do tego przewoźnika. Następnym razem kupi sobie droższy bilet, ale bezpośrednim lotem, nie będzie chciał lecieć do Azji przez Bliski Wschód, bo będzie się bał.
Kolejnej wojny?
— Jakichś nieprzewidzianych perturbacji. Bo przecież nawet jak się sytuacja uspokoi za jakiś czas, to przecież za chwilę może być to samo. Klient będzie miał gdzieś z tyłu głowy obawę, że znów wybuchnie jakaś wojna, więc lepiej ten region w ogóle ominąć. Jego dotychczasowy wizerunek, który jednoznacznie kojarzył się z luksusem, wygodą i bezpieczeństwem, został zniszczony w ciągu dosłownie kilku dni.

