To też, wydaje mi się, ten jej aspergerowy rys, bo normalnie to ciężko wpaść na pomysł, żeby zaprosić przyjaciółkę i zakomunikować jej, że teraz będzie parą z twoim mężem. Ten jej równoboczny trójkąt był taką naiwną, infantylną fantazją — mówi Violetta Ozminkowski-Daukszewicz, autorka biografii Michaliny Wisłockiej.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Violetta Ozminkowski-Daukszewicz*: Dziś powiedzielibyśmy, że nowoczesną dziewczyną. Swoimi zainteresowaniami i widzeniem świata wybiegała dużo dalej niż jej koleżanki, które zajmowały się po bożemu lalkami i falbankami.

— Pracowałam raz z Krystyną nad wywiadem. Zrobiłam łososia, ale się spieszyłam i go przesoliłam. Zazwyczaj gość mówi, że nic się nie stało. A Krystyna szczerze mi powiedziała, że go schrzaniłam. Myślę, że Michalinie przeszkadzało to w nawiązywaniu kontaktów. Przyjaciółkę na przykład miała tylko jedną. W związkach z mężczyznami z kolei zawsze miała taki infantylny rys, który mnie wkurzał przy pisaniu książki. Bo ileż można się zakochiwać jak nastolatka, bez dojrzałego oglądu kobiety 40— czy 50-letniej?

— Był od niej starszy, przystojny, imponował jej. Przed wojną nastolatki szybciej chciały dorosnąć. Rodzice protestowali, ale Michalina już wtedy miała silną osobowość.

A Stanisław, o którym własna córka powie, że był nie tylko narcyzem, ale i sadystą, widział w Michalinie osobę, która będzie dla niego tłem. Podnóżkiem. Sekretarką, gospodynią, pomocą w laboratorium. I będzie w niego tak wpatrzona, że zrobi dla niego wszystko.

Teraz nam się pojawiają czerwone flagi, ale wtedy kobiety nie miały tej wiedzy. Jest zaborczy, znaczy kocha, tak się wtedy myślało.

— To była dla niej, jak by powiedział Sławomir Mentzen, duża nieprzyjemność. I tak przestraszyła swoją córkę, że Krystyna długo nie chciała iść z narzeczonym do łóżka. I w końcu to Michalina, w gabinecie, przerwała jej błonę dziewiczą, żeby oszczędzić jej bólu. Więc to musiał być koszmar.

— Karmią wszy. Nie oni jedni, bo to był sposób na przetrwanie. Dostawało się jajka — przedwczorajsze, ale zawsze — i miało jakąś ochronę przy zatrzymaniu przez Niemców. Karmienie wyglądało tak, że się do ud przystawiało pudełka z wszami, one się przysysały i czasem zarażały tyfusem. Michalina się zaraziła i ledwo to przeżyła.

— To też, wydaje mi się, ten jej aspergerowy rys, bo normalnie to ciężko wpaść na pomysł, żeby zaprosić przyjaciółkę i zakomunikować jej, że teraz będzie parą z twoim mężem. Ten jej równoboczny trójkąt był taką naiwną, infantylną fantazją.

Szybko się okazało, że to nie działa. Kiedy Michalina wróciła do domu, słaba od tyfusu, to oni nie zajmowali się nią, jak to sobie wymarzyła, tylko sobą. Leżała schorowana, przytulona do zimnej ściany, słysząc to wszystko, i wtedy zdała sobie sprawę, co naprawdę zrobiła.

— Piękna. Nie chcę powiedzieć, że prosta, ale lepiej stojąca na ziemi. Bardziej cwana, niż się Michalinie wydawało. Potrafiła gotować, zająć się domem, za to nauka zupełnie jej nie interesowała. Z czasem zainteresował ją, i to bardzo, Stach. Zaczęła być coraz bardziej zaborcza. Coraz bardziej chciała go tylko dla siebie.

— Michalina zapisała się na studia medyczne w Warszawie. Mieszkali w jednym pokoiku, we trójkę w jednym łóżku, obok za cienką ścianą libacja u sąsiadów, zimno, bo nie ma czym grzać, obie w ciąży, więc wiadomo, hormony, zmiany nastrojów. I wtedy Michalina wymyśla, że pojadą z Wandą na wieś, tam urodzą, i zarejestrują jako bliźniaki. Jej bliźniaki. Bo dziecko Wandy miałoby w akcie urodzenia zapis „ojciec nieznany”. Totalnie nie pomyślała, co dalej, jak te dzieci będą dorastać. Chciała zachować w tym trójkącie dyrektorski stołek, ale też pomóc Wandzie, bo już wiedziała, że na Stacha nie można liczyć. Stach zresztą chciał nie tyle dzieci, co udowodnić, że jego plemniki są w porządku, bo jakiś lekarz mu powiedział, że ma z tym problem.

— Kiedy znalazła kilkadziesiąt zdjęć Stacha z mężatkami z instytutu, w którym oboje wtedy pracowali, wiele zrobionych w ich własnym łóżku. I to ją wkurzyło. Nie to, że ją zdradzał, o tym wiedziała, ale to, że jej łóżko było aż tak przechodnie. W końcu musiała zadać sobie pytanie, czy dalej będzie udawała niewidomą, czy coś z tym zrobi? A kiedy go wyrzucała z domu, Stach nie dość, że wyrzekł się ich dzieci, to jeszcze rzucił jej na do widzenia to, co wszyscy tego typu panowie zawsze mówią: ja tak bardzo cię kocham, dlaczego to robisz?

— Taki totalny brak empatii zakrawa na zaburzenie.

— Nie tylko Wisłocką, ale osiem milionów osób w Polsce i jeszcze więcej w Związku Radzieckim. Ten marynarz miał wielkie zasługi dla wschodniej Europy. Michalina pojechała jako lekarka na kolonie do Lubniewic. Mieszkańcy mi opowiadali, że wyglądała bardzo kolorowo i romansowała już z taksówkarzem, który ją wiózł. Ale Jerzy, którego będzie nazywać małpoludem, to było jak uderzenie pioruna. Michalina była po trzydziestce, zaczynała budzić się erotycznie, a Jerzy trafił w jej poszukiwanie nie tylko seksu, ale też czułości. Potrafił opowiadać i potrafił kochać — wyszkolił się, jak to marynarz, w przeróżnych agencjach towarzyskich i nie tylko. Ars amandi miał na poziomie bardzo wysokim.

Dla niego to był wakacyjny romans, miał taki co dwa tygodnie, jak się zmieniał turnus. Michalina mu imponowała, bo miała wyższe wykształcenie, była lekarzem. A Wisłocka zakochała się po prostu na zabój.

— Powiedziała, że przeżyła to, co Hemingway opisywał, ale wcześniej myślała, że to była taka licentia poetica — ale nie, nie była, bo ziemia się pod nią rzeczywiście zatrzęsła.

— Było. Ja mam inne, ale Michalina źle trafiała. Tak myślę, że przez ten jej infantylny rys to ona nie była przez facetów traktowana poważnie. Widzieli w niej taką trochę maskotkę, którą można się pobawić i łatwo manipulować.

— Kiepsko. Głównym środkiem antykoncepcyjnym była aborcja, prezerwatywy były niedostępne, globulki nieskutecznie. Zresztą sama Michalina miała dwie skrobanki, bo antykoncepcja nie zadziałała. Macierzyństwo było praktycznie obowiązkowe, bo to w macierzyństwie kobieta miała się spełniać, i nikomu nie przychodziło do głowy, że można go nie chcieć. A Michalina od początku robiła to, co potem w książce: uświadamiała pacjentkom, jak mają o siebie walczyć w związkach, jak poprowadzić te niemoty, facetów, żeby mieć z seksu przyjemność. Mówiła im też — to mnie, pamiętam, strasznie bulwersowało — jeśli chcesz być matką, a mąż jest niepłodny…

— Dokładnie. Ale też pamiętam, jak w 1989 r. pracowałam w „Gazecie Wyborczej” i robiłam rozmowę z ginekologiem, na szczęście nie pamiętam jego nazwiska, który mi powiedział, że dziś jakość spermy jest tak niska, że on daje swoją. I że z setkę dzieci to już pewnie ma. Takie to były czasy.

— Michalina zobaczyła kobietę, która w ogóle nie była wcześniej przez seksuologów widziana. Zobaczyła świat emocji, który tak bardzo przeszkadzał innym profesorom, że książka dostała od nich tylko jedną dobrą recenzję, reszta to było ironiczne wykpiwanie. Profesor Kozakiewicz uznał ją wręcz za kuriozum. Wisłocka dawała też czytelnikom wiedzę, i to jeszcze podaną językiem przystępnym i ciepłym. Językiem, w którym seks to nie była tylko prokreacja albo grzech, jak w kościele, albo obowiązek małżeński, tylko coś, co może być zabawą. Czytałam to w liceum i do dziś pamiętam opis, jak się para bawi poduszkami, a potem idzie do łóżka. Seks, uczyła Michalina, może być radosny. Nie musi być tak jak w „Trędowatej” czy romantycznej poezji, że ona płacze, a on odjeżdża. Wisłocka zaczęła epokę radości z seksu.

Mój ojciec, pamiętam, zakładał wtedy biblioteki we wsiach i małych miasteczkach. A jak przyszła „Sztuka kochania”, to się kolejki ustawiały, bo były po trzy egzemplarze na całą miejscowość. Nie było wtedy internetu, dopiero u Wisłockiej można było przeczytać, że facet to jednak powinien się kobietą zająć, coś jej dać. Michalina sama zresztą mówiła: zrobiłam wszystkie możliwe błędy i dlatego jestem świetną nauczycielką.

— Absolutnie tak. Ale też chyba wszyscy, którzy przecierają szlaki i idą w awangardzie, z czasem stają się ciotkami rewolucji i hamulcowymi. Zwłaszcza że Wisłockiej trochę sława uderzyła do głowy — jeszcze jak miała siedemdziesiąt lat, to jeździła na wykłady i była bardzo fajnie witana — i był taki moment, kiedy chciała wydzielać czas na spotkania rodzinie. Bardzo jej imponowało, że jak szła do teatru, to wszyscy ją rozpoznawali. Była zresztą bardzo charakterystyczna w tej swojej chustce, więc każdy wiedział, że to…

— Michalina by się z tym nie zgodziła, ale zasłużyła na ten tytuł. Te swoje kiecki i kombinezony z zamkami błyskawicznymi to szyła z zasłon. A jak zarobiła trochę pieniędzy i miała czas, bo przeszła na emeryturę, to pojechała z wnuczkiem na rejs Batorym. Bo, jak powiedziała, zresztą słusznie, że domku, który mogłaby sobie za cenę tej podróży kupić, do trumny nie zabierze.

— Kiedy szukałam wydawcy na biografię Michaliny, to słyszałam, że po co, przecież to stara baba, a dziś jest pełno seksu w internecie i nikt nie będzie o tym czytał. Ale mnie się wydawało, ta jej siła i chęć zrobienia z życia czegoś wyjątkowego, niezmarnowania go, determinacja, żeby wyciągnąć jak najwięcej, była i jest godna podziwu. Wisłocka przez 40 lat walczyła z komuną, patriarchatem, środowiskiem naukowym i z sobą samą: żeby wstać, żeby pojechać na wykład, żeby wydać książkę, i doprowadziła sprawę do końca.

— Kiedy opowiadam o Wisłockiej na antenie, wciąż słyszę, żeby nie używać słowa „orgazm”. Albo ostatnio redaktorka mnie uciszała, gdy w kawiarni mówiłam o raku macicy. Bo to jest brzydki rak. Mój sąsiad o swoim raku prostaty opowiadał w sklepiku osiedlowym i wszyscy mu współczuli.

Więc ten wstyd ciągle jest, taki kołtuński, mieszczański. I nie mówię, żeby przejść totalnie na drugą stronę, ale dajmy przynajmniej kobietom prawo do tego, żeby rak macicy był tak samo neutralny jak rak prostaty, a orgazm kobiecy tak samo normalny jak męski.

*Violetta Ozminkowski-Daukszewicz jest autorką biografii „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version